31 grudnia 2010

W roku 2010 dowiedziałam się, że:

1. Nie warto łączyć grzybków marynowanych z wódką.
2. Czasem trzeba pozwolić komuś odejść, nie walczyć, nie szarpać się, nie próbować zmieniać, po prostu pozwolić odejść. Nawet, jeśli ta osoba fascynuje i się za nią tęskni. Może lepiej zacząć kochać siebie niż osobę, która na to nie zasłużyła. Tak:)
3. Altruizm nie istnieje, ludzie pomagają innym, żeby poczuć się lepiej. Ale co z tego, jeśli można sprawić, żeby ktoś chociaż na chwilę przestał być smutny, samotny czy żeby przestało mu się nudzić – dlatego angażuję się w wolontariat. Egoizm, który przydaje się innym.

Uznaję ten rok za bardzo wartościowy. Czuję się, jakbym była kimś innym niż 1 stycznia 2010. Wydarzyło się wiele. Dobrego i złego. Nie, nie żałuję, po co żałować.

Najlepsza książka: Złodziejka książek Markusa Zusaka
Najlepszy film: Filadelfia lub Zło

Jestem bardzo ciekawa, co się wydarzy w kolejnym roku.
A Wy? Jesteście ciekawi swojej przyszłości?

Życzę Wam udanych imprez sylwestrowych, a potem dużo siły i uśmiechu :)

Olka

28 grudnia 2010

Rene Goscinny, Jean-Jacques Sempe „Nowe przygody Mikołajka”

Kiedy wybierając prezent dla przyjaciółki, zapytałam panią w księgarni o lekturę lekką i dowcipną (a ona pokazywała mi romanse historyczne), nie znałam jeszcze Mikołajka.

To książka, w której narratorem jest mały chłopiec, żyjący w latach 60-tych we Francji. Ma kolegów, z którymi uwielbia rozrabiać, a kiedy rodzice zrobią coś, co mu się nie podoba, tupie albo krzyczy, że ucieknie z domu i będą go żałować.

Brzmi dosyć standardowo.

Ale kluczem tej książki jest jej niezwykły styl. Mikołajkiem jest przecież dorosły facet, który przypominając sobie własne przygody z dzieciństwa i wymyślając nowe, naśladuje sposób myślenia dziecka. Tym mężczyzną jest Rene Goscinny. W połączeniu z zabawnymi rysunkami Sempego, mamy inteligentne i śmieszne historyjki, przyprawione dużą ilością ciepła i szacunku dla dzieci. Takiej książki nie mogłyby stworzyć osoby, które dzieci nie lubią.

Tutaj dwa fragmenty – pierwszy: jak Mikołajek miał się kąpać sam pierwszy raz i wybierał sobie zabawki, żeby było fajnie i drugi: świadczący o wielkiej dobroduszności naszego małego bohatera.

Nie wziąłem misia, bo zostało mu jeszcze trochę sierści – resztę zgoliłem starą maszynką taty, która już nie działa. Bo rzeczywiście, jak raz włożyłem misia do wody, w wannie zostało wszędzie pełno sierści i mama była niezadowolona. Poza tym miś po kąpieli nie wyglądał za ładnie, a ja nie lubię niszczyć zabawek. Bardzo o nie dbam.


W czwartek poszedłem z mamą na zakupy. Kupiła mi śliczne żółte buty – szkoda, że nie będę mógł w nich chodzić, bo mnie uwierają, ale żeby być grzecznym i nie robić mamie przykrości, nie powiedziałem jej tego.


Czytając Nowe przygody Mikołajka, wspominałam własne dzieciństwo, kiedy budowałam z siostrą cioteczną domki z krzeseł i koców i siedziałyśmy tam przy latarce, kiedy robiłyśmy błoto w ogrodzie, a z niego potrawy i ciasta, kiedy wymyślałyśmy sobie mężów i dzieci albo robiłyśmy miksturę w łazience – wlewałyśmy wszystko co się dało do jakiegoś pojemnika, a potem to zaczynało śmierdzieć, chociaż każdy płyn osobno pachniał, i pytałyśmy siebie: „To co robimy?”, „Wylewamy do kibla?”, „Wylewamy”.

A w szkole, tak jak u Mikołajka, pani denerwowała się na dzieci piszące do siebie karteczki. I nawet musiałam sama sobie wpisywać uwagi!


27 grudnia 2010

Wiesław Łukaszewski „Udręka życia. Jak ludzie radzą sobie z lękiem przed śmiercią”

Udało mi się przebrnąć przez książkę z psychologii społecznej, a trzeba przyznać, był to dla mnie nie lada wyczyn. Nie, książka ze społecznej to nie lekki i przyjemny opis, jak ludzie zachowują się wtedy i wtedy, ale także, a może przede wszystkim przedstawienie setek badań, których wyniki często są ze sobą niespójne i próba złożenia ich w logiczną całość.

Tematyka za to bardzo interesująca.

Łukaszewski, w pierwszej części książki, opisuje dwa ciekawe zjawiska, zaprzeczające lękowi przed śmiercią. Pierwsze z nich to efekt Wertera, który polega na tym, że po informacji o samobójstwie znanej osoby nasila się liczba samobójstw, przy czym najwięcej ludzi zabija się czwartego dnia po opublikowaniu tej informacji. Efekt Wertera może jednak utrzymywać się bardzo długo. Autor podaje przykład 19-letniej Japonki Kiyoto Matsumoto, która w 1933 roku rzuciła się do wulkanu Mihara-Yama. Ponieważ sprawę nagłośniono, w tym samym roku w jej ślady poszły 143 osoby, a w 1934 roku – 167 osób.

Kolejnym zjawiskiem jest birthday blues, polegający na tym, że samobójstwa nasilają się w specjalnych terminach – ludzie popełniają je częściej tuż po urodzinach, po świętach, rocznicach niż przed tymi ważnymi dniami.

Głównym tematem książki jest jednak teoria opanowania trwogi autorstwa trzech badaczy amerykańskich: Greenberga, Pyszczynskiego i Solomona. Teoria ta mówi, że w pokonywaniu lęku przed śmiercią pomaga człowiekowi jego światopogląd i wysoka samoocena.

Jeśli chodzi o światopogląd, Łukaszewski podsumowuje, że pobudzenie człowieka do myślenia o śmierci (poprzez np. wyobrażenie sobie swojej śmierci czy też swojego ciała 3 miesiące po śmierci) powoduje, że jeszcze mocniej popieramy nasze poglądy, jeszcze bardziej: akceptujemy ludzi, którzy mają takie same poglądy jak my oraz potępiamy tych, którzy mają poglądy odmienne od naszych. Sprawą kontrowersyjną jest tutaj niejasność i szerokość pojęcia „światopogląd”.

Badając związek między wysokością samooceny a lękiem przed śmiercią, badacze udowodnili, że osoby o wysokiej samoocenie mają mniejsze negatywne skutki lęku przed śmiercią i są mniej wrażliwe na sygnały jej dotyczące. Wykazano też, że lęk przed śmiercią powoduje wzrost samooceny (jest to reakcja obronna). Jednak i tutaj nie brak kontrowersji – autorzy teorii stwierdzili, że samoocena jest po to (i tylko po to), żeby chronić nas przed lękiem przed śmiercią – jest to oczywiście teza przesadzona.

Teoria opanowania trwogi nie jest jednak doskonała. Są dowody na to, że ludzie broniąc się przed lękiem przed śmiercią, uciekają w bliskie związki, konsumpcję, zachowania ryzykowne i jeszcze wiele innych zachowań. Łukaszewski dobrze przedstawia słabe strony tej teorii i podaje podejścia alternatywne.

Brzmi to może niezbyt zachęcająco, ale jeśli pomyśleć o konkretnym człowieku, o jego lęku przed śmiercią i o tym, jak próbuje sobie z tym lękiem radzić… Uświadamiamy sobie, że my też stosujemy te wszystkie sztuczki, że to książka o nas. Bo przecież nasza „nieśmiertelność” kończy się w dzieciństwie, kiedy zaczynamy rozumieć, że śmierć to nie to samo, co sen.

7 grudnia 2010

NIC NAD ZDROWIE

Ani lepszego,
Ani droższego;
Bo dobre mienie,
Perły, kamienie,
Także wiek młody
I dar urody,
Mieśca wysokie,
Władze szerokie
Dobre są, ale -
Gdy zdrowie w cale (…)


Jak mądrze pisał Jan z Czarnolasu :-) Dzisiaj po wyjściu od lekarza poczułam wielką ulgę. Tomografię będę miała po Nowym Roku, ale czy mi wyjdzie kostniak czy coś tam w sierpie to mi nie zagraża, tak powiedziała doktorka. RTG jest niewyraźne, części się na siebie nakładają i dlatego nie wie, co to jest. Przepisała mi sterydy do nosa i powiedziała, żebym przyszła za jakiś czas i powiedziała, czy pomogły. Więc było bardzo ok.

Za tydzień moja pierwsza wizyta na oddziale rehabilitacji w DSK. Mam tremę :D

Wczoraj zaczęłam czytać Nowe przygody Mikołajka René Goscinnego i mnie wciągnęły. Niesamowite jest to, jak dziecko opisuje świat, a jeszcze bardziej niesamowite, jak człowiek szybko zapomina, że kiedyś też w ten sposób myślał.

Przede mną nudne kolokwia, jutro z komunikacji społecznej. Zaraz się zmuszę do nauki :-)

6 grudnia 2010

Gdyby Wojaczek żył…

…skończyłby dzisiaj 65 lat. Kim by był? Spokojnym staruszkiem? Zażywającym antydepresanty? Pacjentem szpitala psychiatrycznego?

Grzecznym poetą jeżdżącym na spotkania autorskie? Jakie pisałby wiersze? A może prozę? Pisanie prozy jest podobno trudniejsze niż pisanie poezji.

Czy skończyłby się jego bunt?

Czy kochałby swoją córkę? Czy znałby swoje wnuki?

Jakim byłby człowiekiem?

Jutro premiera jego jedynej powieści, nigdy wcześniej nie publikowanego Sanatorium. To już ostatnia rzecz, jaką po sobie zostawił.

27 listopada 2010

Nie ma to jak wsparcie

Przy okazji RTG klatki piersiowej, miałam też prześwietlenie zatok. Lekarz napisał kostniak ze znakiem zapytania. Wpisałam w google i ciocia wiki oznajmiła mi, że to łagodny nowotwór kości. 7 grudnia pojadę do szpitala, do dobrego laryngologa. Mama mówi, że zrobimy dokładniejsze badania, że może się okaże, że lekarz źle opisał zdjęcie, że będzie ok. Fascynująca była za to reakcja mojego ojca. Drze się już od trzech godzin, że po pracy nawet nie ma spokoju, bo takie wiadomości. Obwinia matkę, że mnie leczyła nie wiadomo czym, mnie, że to moja wina. Rzuca rzeczami. Kiedy powiedziałam, że za grosz w nim odpowiedzialności i że normalny człowiek powiedziałby: „nie martw się, na pewno będzie ok”, kazał mi wyjść z kuchni. Kiedy powiedziałam, że opiszę ten fenomen na moim blogu, zaczął mi grozić, że jak zacznę wywlekać jego prywatne sprawy, to… i dalej już nie usłyszałam, bo włączyłam muzykę.

Strach pomyśleć, co by było, gdybym zachorowała na coś poważnego.

23 listopada 2010

Stereotypy płciowe

„Niektórzy autorzy upatrują przyczyny pojawienia się stereotypów płci w wiktoriańskiej Anglii z jej sztywnym rozdzieleniem świata mężczyzn i kobiet, konserwatyzmem i pruderyjnością, jednak pogląd taki zdaje się być przejawem anglocentryzmu. Podobne do współczesnych stereotypy płci występowały znacznie wcześniej, np. pobożni Żydzi od tysięcy lat, modląc się dziękują Bogu, że nie stworzył ich kobietą, starożytni Grecy całkowicie wykluczali kobiety z procesów demokratycznych, a średniowieczni mnisi europejscy zastanawiali się, czy kobieta też jest człowiekiem.”

(z książki Człowiek wśród ludzi Bogdana Wojciszke)

Chętnie bym sobie podyskutowała ze średniowiecznym mnichem europejskim na ten temat :D

11 listopada 2010

Jest lepiej

Tęsknię za książkami, w końcu czytanie kserówek to nie samo :P. Najbliższą lekturą będzie zapewne Udręka życia Łukaszewskiego na zaliczenie ze społecznej. Były różne do wyboru, ale kupiłam tą, bo uważam go za mądrego człowieka i lubię jego sposób pisania – jego tekst zawsze otwiera Charaktery.

Mówią, że III rok jest trudny, po kilku tygodniach zajęć mogę to potwierdzić. Góra kartek rośnie, niedługo zaczną się kolokwia. W drugiej połowie semestru powinno być luźniej.

Dobrze mi się mieszka z wariatkami na Kalinie :) Chociaż mamy przeboje – ostatnio zatkał się i zlew i wanna, potem dowiedziałyśmy się, że zmywać też nie bardzo możemy, bo to wszystko połączone, więc zanim zjawił się hydraulik było mycie w misce :D Mamy podejrzenie, że to teściowie naszego szanownego właściciela robią nam na złość (są ostatnio przedmiotem naszych scenariuszy horrorów komediowych). Sylwia jest najodważniejsza z nas trzech, śpi na ich łóżku :)

Po pierwszych zajęciach tanecznych bolało mnie wszystko. Zapisałam się też na w-f na siłownię w poniedziałek o 8 rano (pomysł Agnieszki). Więc niedzielne wieczory i poniedziałkowe poranki będą pod znakiem dbania o kondycję ;)

W poniedziałek podejmę decyzję, na jaki oddział w szpitalu chcę przychodzić. Cały czas się waham. Muszę jeszcze pójść do lekarza rodzinnego po zaświadczenie, że jestem zdolna do pracy w wolontariacie i zrobić prześwietlenie klatki.

Dzieje się dużo, tak jak lubię, dlatego czuję się lepiej. Po długim weekendzie na pewno poszlajam się po mieście :)

23 października 2010

Odpowiedź rektora

„W odpowiedzi na odwołanie z dnia 08 października br. uprzejmie informuję, że zgodnie z Uchwałą Rady Wydziału Pedagogiki i Psychologii, podjętą w oparciu o regulamin studiów na UMCS, nie może Pani zostać wpisana w poczet studentów III roku stacjonarnych studiów na kierunku: psychologia.

W roku akademickim 2010/2011 może Pani kontynuować studia niestacjonarne na III roku, albo rozpocząć studia stacjonarne – zgodnie z otrzymaną decyzją o przyjęciu na studia.”

Podpisał prorektor ds. studenckich

Ciężko mi przyjąć do wiadomości, że w tamtym roku przeniesienie w oparciu o poprawioną maturę i dostanie się w na I rok, było formalnością.

Mimo straconych nerwów i chwilowej załamki nie straciłam motywacji. Najważniejsze są dla mnie teraz diagnoza psychologiczna i psychologia kliniczna. Zaraz zabieram się za naukę.

18 października 2010

Kamuflaż

To niesamowite jak niektórzy ludzie potrafią się kamuflować. Udawać fajnych, dobrych, uczciwych. Dopiero kiedy pozna się ich bliżej, okazuje się, jak ciężko z nimi być, jak bardzo nienawidzą świata albo ludzi, albo swojego życia. Wtedy trudno od nich odejść, "bo zainwestowaliśmy czas", "bo głupio teraz przyznać się do błędu"...

Zaprawdę powiadam wam: człowiek może wyssać z innego człowieka całą energię. Znam wampirów energetycznych, świetnych manipulantów, którzy robią to właściwie bez celu. Tkwiłam długo w sadomasochistycznym związku. Manipulował mną także mój ojciec, człowiek zły i zagubiony. Teraz mówię: koniec. Będę się wystrzegać wampirów i ich wpływu.




Na świecie jest przecież tylu dobrych i ciekawych ludzi. To dla nich warto poświęcać czas. :-)

14 października 2010

Dzień Belfra

Proszę o obejrzenie tego krótkiego filmu.

http://mamtalent.plejada.pl/108,16541,5,1_odcinek_mam_talent_iii_-_czesc_druga,1,wideo_detal.html

Występ pani Doroty Szczepańskiej natchnął mnie, żeby w tym szczególnym dniu, Dniu Belfra, napisać coś o swoich dawnych nauczycielach. :-)

Są tacy nauczyciele, których się nie zapomina. Na pewno należy do nich pani od chemii, która potrafiła w klasie C zaprowadzić porządek. Wyjaśnię, że w klasie C problemy dorastania (powiedzmy, że tak to delikatnie nazwę) były bardziej widoczne niż w innych. Nauczyciele nas nienawidzili :-). Czasami chamstwo urastało w tej klasie do niebotycznych rozmiarów, np. mówienie do katechetki na ty, udawanie, że się wymiotuje do kosza na lekcji rosyjskiego, teksty w stylu: chciałbym być tamponem Julii (to na polskim w trakcie omawiania tragedii Szekspira) czy chociażby codzienne przezywanie mnie i popychanie przez pewnego chłopca, który dzisiaj ma już żonę i na pewno się zmienił, ale dla mnie pozostanie na zawsze szkolnym katem :-). Oj, działo się, działo.

Ale wróćmy do pani od chemii. Wchodziło się do klasy, pani kazała wyjąć kajety i robiło się cicho jak makiem zasiał. Pani mówiła, co mamy przepisać z książki i szła do kantorka zapalić. Jeśli jednak ktoś odważył się zrobić hałas… Zaczynało się niewinnie: Co tu tak głośno? Poszaleliście czy jak? A potem otwierały się bramy piekielne.
- Jak cię szturnę, to się zeszczysz!
- ……(tu nazwisko) Ja bym ci żreć nie dała przez tydzień, jakbym była twoją matką.
- ……(tu nazwisko, przeważnie się one powtarzały) Gdzie ojciec pracuje? A gdzie matka pracuje? (Potem następowały groźby:-)
Kiedyś mój kolega podszedł do niej na lekcji i spytał, czy może wyjść do łazienki. Pani na to, że od chodzenia do łazienki to jest przerwa. Kolega jednak był nieustępliwy, stwierdził, że musi, ma biegunkę. Pani od chemii zrobiła się purpurowa na twarzy, wrzasnęła: „Następnym razem będziesz srał po gaciach!”, pozwoliła mu wyjść, ale wysłała za nim woźną, żeby sprawdziła, czy rzeczywiście poszedł do łazienki. Kolega był bezczelny, wrócił się jeszcze do sali i spytał, czy ktoś ma chusteczki :-). Pani od chemii na zakończenie lekcji wołała: „Fajrant”, oceny z referatów stawiała na podstawie ilości stron (widzieliśmy jak liczy), a na przerwach radziła sobie spokojnie z chłopakami dwa razy wyższymi od niej. Zadziwiająco mało było na nią skarg od rodziców. Miałam z nią lekcje trzy lata, nigdy nie zrobiła mi krzywdy.

Moją ulubioną nauczycielką wszech czasów była wychowawczyni z gimnazjum. Uczyła mnie polskiego. Robiła trudne sprawdziany – z lektur, z gramatyki. Z gramatyki byłam niezła. Zdania rozkładałam dobrze, ale już odmiana hrabiego? hrabi? pleć czy pielić – tego nie mogłam załapać. Często też szukałam reguł tam, gdzie ich nie było. Ta nauczycielka sprawiła, że kocham polski. Wtedy bałam się jej, bo oceniała srogo i zaprowadzała porządek krzykiem, ale z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że nie byłabym tym, kim jestem, gdyby nie ona. Mówiła: Olka, ty masz swój styl pisania. Nigdy nie wyśmiała moich wierszy, które w pąsach i w towarzystwie koleżanek dawałam jej na korytarzu. Teraz wiem, jakie to było ważne – nie wyśmiać, nie zanegować, nie pozbawiać nadziei i aspiracji.

Odwrotnym przykładem jest tutaj moja pani z najmłodszych klas, która powiedziała, że ze mnie to plastyczki nie będzie. Dopięła swego, mój sposób rysowania zatrzymał się na poziomie małego dziecka. Chociaż pamiętam, że w którejś z późniejszych klas za bohomaz zniekształconej twarzy namalowany farbami dostałam szóstkę. Może pisana mi abstrakcja? :D Pomyślę o tym.

Z kolei królowa nauk w podstawówce oznaczała dla mnie spocone ręce i walenie serca. Nie zmieniła nawet tego późniejsza nauczycielka, która była delikatna niczym anioł, nie denerwowała się na matematyczne beztalencia i wiedząc, że tego nienawidzę, rzadko brała mnie do tablicy.

Tak, nauczyciel może bardzo dużo. Może zniechęcić na całe życie albo może wydobyć z młodego człowieka światło. No cóż, spotykałam jednych i drugich. Przez wiele lat byłam kujonką i naprawdę liczyło się dla mnie, żeby mieć 5.0 albo wyżej, chociaż nic z tego nie miałam, bo nawet na nagrody książkowe szkoła rzadko miała pieniądze. Robiłam to dla własnej satysfakcji i dlatego, że robiły tak moje koleżanki. Płaciłam za to codziennym bólem żołądka, ale na koniec roku rozpierała mnie duma. W liceum zmieniłam strategię. Nie liczyły się już dla mnie oceny, liczyło się dla mnie to, żeby szkoła nie bolała. Dużo było takich lekcji, które przegadałam z ówczesną przyjaciółką, K. Nie żałuję ani minuty. Fajne to były rozmowy.

W liceum nauczyłam się ściągać. W taki sposób, że do tej pory nikt mnie nie złapał. Ściągałam na fizyce, z cudownym sorem Świstakiem, który zawsze na początku lekcji zaglądał do mojego zeszytu, który był miernikiem tego "co było, a co nie", bo wszystko miałam zapisane, i którego na koniec zawiodłam zwianiem z jakiejś ważnej klasówki. Ściągałam na chemii, na niemieckim. Z tyłu zeszytów miałam różne cytaty, wiersze i rysunki K. Rysowała mi w każdym zeszycie. Miłe wspomnienia. Nie zapomniałam jednak, co to znaczy marnować zdrowie przez szkołę i jeśli dziecko podeszłoby do mnie z płaczem, że dostało 4 zamiast 5, to tak bym mu nagadała, że już nigdy nie zapłakałoby z tego powodu. Ważne, żeby skończyć szkołę i odkrywać swoje pasje, a nie przejmować się niższymi stopniami, prawda? :-)

11 października 2010

Spokojna Pani

Nie zdawałam sobie sprawy, że można się tak bardzo przywiązać do osoby, o której się niczego nie wie. Aż do dziś. Bo dzisiaj pożegnałyśmy się ze Spokojną Panią, która odchodzi na urlop (jest w ciąży).

To zabawne, że jadąc autobusem na to spotkanie czytałam akurat kserówkę o kontakcie diagnostycznym, postawie psychologa wobec osoby badanej itd. Tak, miałam okazję przyglądać się naszemu kontaktowi z dwóch stron – jako pacjentka i jako przyszły psycholog.

Spokojna Pani nie jest oczywiście zawsze spokojna. Jak każdy człowiek złości się, ma problemy, bywa przygnębiona. Ja ją idealizowałam. To pewnie jeden z mechanizmów rządzących terapią. Wiem o tym, że aby zostać terapeutą, trzeba przejść wiele godzin terapii własnej. I to, że w gabinecie jest się trochę kimś innym niż na zewnątrz. To wszystko takie ludzkie, ale jednocześnie niesamowite, że można nie udzielając rad, nie mądrząc się, słuchając raz w tygodniu o problemach i nie oczekując niczego w zamian, otworzyć komuś oczy na wiele spraw, zmienić czyjeś błędne myślenie…

Były chwile, że nie mogłam mówić. Bardzo rzadko zdarza mi się płakać przy ludziach, a dzisiaj ściskało mnie w gardle.

Bycie terapeutą wymaga pewnego dystansu, niemyślenia o problemach pacjenta. Jest to jednak także bardzo silna więź. Nie wiem, czy jeszcze spotkam Spokojną Panią. Powiedziała, że mnie nie opuszcza, nie znika i jeśli będę jej potrzebować, mogę wrócić. I że zmiana terapeuty jest dobra, bo otwiera nowe możliwości. Pewnie ma rację. Wiele razy miała rację, chociaż przeważnie uświadamiałam to sobie po wyjściu z gabinetu.

Pożegnała się ze mną w delikatny sposób. Tak jak delikatnie ze mną rozmawiała. Lubiłam w niej tą wyrozumiałość, opanowanie i to, że wymyślała fajne, obrazowe metafory, żeby ukazać pewne mechanizmy myślenia, zachowania. Jasne, że nie zawsze było różowo, czasem denerwowało mnie jej pytanie: dlaczego? Czasem bałam się z nią rozmawiać albo uświadamiałam sobie przykre rzeczy. To naturalne.

Nie wiem, co o mnie myśli, bo nigdy mnie nie oceniła. Ja jej życzę dużo radości, żeby jej dziecko urodziło się zdrowe i żeby czuła satysfakcję z tego, co robi, bo robi coś zajebistego. Jestem jej bardzo, bardzo wdzięczna.


9 października 2010

Leszek Kołakowski „Mini wykłady o maxi sprawach”


Podoba mi się, kiedy człowiek jest na tyle wszechstronny, by móc wypowiadać się na przeróżne tematy, ale jeśli nie ma o czymś pojęcia – przyznaje się do tego bez problemu. Z takich wypowiedzi składa się książka Mini wykłady o maxi sprawach. Kołakowski wyraża w niej swoje zdanie na tematy niekoniecznie poważne. Napisał między innymi o luksusie, nudzie, szacunku do natury, sprawie seksu czy odpowiedzialności zbiorowej. Z mini wykładu o młodości przepiszę fragment, który mi się spodobał:

Porzekadło, iż wybrańcy bogów umierają młodo, można dwojako rozumieć. Może ono znaczyć po prostu, że bogowie nie pozwalają, by ich faworyci dożyli wieku, kiedy dosięgłaby ich niemoc starości i trapiły różne choroby zwykle później przychodzące, jak choroba Parkinsona, choroba Alzheimera, artretyzm itd. Ale może też mieć sens groźniejszy: bogowie chcą, żeby ich ulubieńcy możliwie krótko byli ofiarami nieszczęścia, które nazywa się życie. W tym sensie zawiera się pewien widok świata. Można go zilustrować tak: Lessingowi urodziło się dziecko, które zmarło po kilku godzinach. Pisał on wkrótce potem do przyjaciela, że miał syna, który był nadzwyczajnie mądrym dzieckiem; trzeba go było kleszczami na świat sprowadzać, a ledwo przyszedł, skorzystał z pierwszej sposobności, by uciec. Ten ponury obraz świata mógłby na pozór być obalony prostym testem: przecież ludzie, co uważają, że życie jest tylko nieszczęściem, powinni by natychmiast popełnić samobójstwo, jeśli są konsekwentni. Tak się zdaje, ale w takich sprawach nie liczmy na konsekwencję: ludzi przy życiu nie doktryna żadna trzyma, ale instynkt.

Chociaż (…) niepodobna postanowić, że się będzie młodym, można postanowić, że w miarę sił naszych nie poddajemy się duchowo starości – nie w ten sposób, iż absurdalnie udajemy, że sprawa wieku nas nie dotyczy, ale w ten, że nie żyjemy żalem za utraconą młodością. Zważmy, że niemal każdy (tak się zdaje) skrycie czy jawnie żałuje, gdy młodość minęła, że jej „nie wykorzystał”. Ale cóż to znaczy? Jeden może myśli, że mógł korzystać z urozmaiconych bogactw seksu; inny może przeciwnie, seksu miał dużo, ale mógł przecież uczyć się, studiować, być mądrym, co zaniedbał, albo walczyć o to lub owo, o co wcale nie walczył (…). To, co możliwe w młodości, tego nie można na ogół mieć w pełnych rozmiarach i wszystkich formach. Dlatego niemal wszyscy są ofiarami złudzenia, że „utracili młodość”, która przecież mogła być o tyle lepsza. Nie, nie mogła.


Pozytywne słowa :-), szczególnie z perspektywy osoby młodej, popełniającej „głupie błędy”.
Nie mogę powiedzieć, że we wszystkim zgadzałam się z filozofem (np. nie podzielam jego wiary w przyjaźń damsko-męską czy obaw związanych z przekazywaniem narządów zmarłych do transplantacji), ale myślę, że właśnie o to chodzi – żeby mieć swoje zdanie. Tego uczy ta książka. Warto również zauważyć, że czytamy mądre słowa człowieka, który już nie żyje. Trochę to przygnębiające, trochę horacjańskie.

6 października 2010

Poetycki brak taktu. Jarosław Marek Rymkiewicz „Zachód słońca w Milanówku”

Bez fajerwerków. Jednostajne rymy AA BB męczące. Można doszukiwać się w „ogrodzie istnienia” podobieństw do Leśmiana, głębszej filozofii (tak jak to czynił w posłowiu Ryszard Przybylski). Ale to wszystko na siłę, tak jak na siłę rymuje Rymkiewicz.

Muszę powiedzieć, że czytając wiersz pt. „Kathleen Ferrier umiera w młodości na raka”:

(…)
Guz w piersiach i przerzuty w mózgu i w odbycie
O jakie piękne ciemne jakie krótkie życie
(…)
Życie jak guz w prostacie jak piersi ucięte
Ciemny głos który mówi że życie jest święte
(…)
Tam gdzie z Riesengebirge schodzi las jodłowy
Przechadza się z siekierką krasnal odlotowy

Latarkę ma u pasa i kolegom świeci
A oni robią trumny dla umarZachodu…łych dzieci

wrzesień 2000

doznałam bardzo rzadkiego u mnie uczucia zniesmaczenia (może taki efekt chciał uzyskać, nie wiem). Żart tego poety mnie nie bawi. Owszem, zdarzały się ciekawe wersy, ale ciągłe powtarzanie niektórych słów, np. półżywy, trochę grafomańskie wg mnie rymy, błahość wierszy przyprawiona pozorną głębią sprawiły, że chciałam skończyć ten tomik jak najszybciej. Miałam też wrażenie, jak gdyby słowa w ustach tego poety były jakby pozbawione taktu. Nie wiem, czy to odpowiednie sformułowanie. To odczucie można porównać do sytuacji, kiedy czasem dziecko chlapnie coś mało odpowiedniego, tylko że Rymkiewicz w chwili wydania miał lat 67. Coś mi tutaj nie pasuje. Pokuszę się o odważną, chociaż mało istotną dla świata poezji tezę (:D), że ja bym mu Nike nie dała. Nie dostrzegam jego fenomenu.

4 października 2010

O wycieczce na Śląsk

W Auschwitz słuchałam uważnie pana przewodnika (wysoki blondyn, niebieskie oczy, spokojny głos) i zastanawiałam się nad naturą człowieka. Nad tym, że w szczególnych okolicznościach może stać się najgorszym katem. W gruncie rzeczy powinnam więc być wdzięczna losowi, że nie zostałam esesmanką, nie pracowałam w obozie koncentracyjnym, że nie nawkładano mi do głowy od najmłodszych lat jakichś rasistowskich bzdur. Powinnam być i jestem.

W księgarni obok obozu kupiłam sobie dwie książki. Pierwsza to Byłem asystentem doktora Mengele Miklosza Nyiszli (miałam w planach), a druga to Nadzieja umiera ostatnia Haliny Birenbaum (namówiła mnie pani w księgarni, a ja bardzo lubię historie dzielnych kobiet). Zwiedzałam ten obóz po raz drugi (w Lublinie mieszkałam zresztą na Majdanku, niedaleko obozu), interesują mnie też obozowe historie, może więc zadziałało u mnie jakieś odwrażliwienie, jakieś uspokojenie serca. Wprawdzie emocje były, ale nie tak silne jak kilka lat temu. Cały czas mam w głowie eksperyment Zimbardo i drugi Miligrama, wiem, że człowiek jest zdolny do wszelkich okrucieństw. Kiedyś nawet kłóciłam się z kimś, przyznaję dziś, że niesłusznie, że człowiek jest z natury zły, bo bardzo łatwo otumanić go, wyzbyć z uczuć i obudzić w nim zwierzę. Teraz sądzę, że jest to sprawa okoliczności, co oczywiście nie usprawiedliwia Niemców zakładających obozy.

W Mikołowie ja i Justyna chciałyśmy zobaczyć pokój Rafała Wojaczka, naszego guru. Dzisiaj jest tam Instytut Mikołowski – miejsce spotkań różnych poetów i wydawnictwo. Rozmawiałyśmy z Krzysztofem Siwczykiem, który chociaż odrobinę ekstrawagancki w zachowaniu, okazał się być normalnym człowiekiem, nie jakimś nadętym poetą. O jego rolę w filmie Wojaczek nie pytałam, dla niego - jak przyznał publicznie - jest to zamknięta sprawa, a ja w sumie nie wiedziałabym, o co pytać. Trochę pogadaliśmy o poezji, Siwczyk opowiedział nam o wyjątkowym egzemplarzu Sezonu (pierwszy tomik Wojaczka), który został podarowany Stachurze, przejechał z nim kawał świata (Stachura miał go w Chile), a potem znaleziono go na miejscu śmierci Steda i teraz znajduje się w instytucie. Justyna zrobiła zdjęcia Innej Bajce, w której Rafał coś własnoręcznie podopisywał, jakieś poprawki, dedykację, wiersz. Mogłyśmy też dotknąć jego maszyny do pisania. Dotykałam jej delikatnie, tylko przez chwilkę, tylko kilka klawiszy, a i tak hormony szczęścia rozlały się po moim organizmie błogim ciepłem. Na regale stały też książki, które czytał Wojaczek, tzn. niewielka ich część. Resztę zabrała córka poety, Dagmara. W pokoju stało biurko, przy którym jeszcze przez wiele lat po śmierci Rafała pracował jego ojciec. Dzisiaj żyje jeszcze najstarszy brat Rafała, Piotr (mieszka we Wrocławiu, Rafał nie miał z nim najlepszego kontaktu) i córka. Pani Dagmara, jak się dowiedziałyśmy, odwiedza czasem Instytut Mikołowski.
Pracownicy instytutu byli nieco zdziwieni, że dziewczyny z lubelskiego przyjechały na Śląsk zobaczyć pokój poety. Ale było im miło nas gościć. Człowiek w okularach - potem sprawdziłam w Internecie, że to Maciej Melecki – podarował nam sporo poezji, Wirpszy i innych.

Byłyśmy też na cmentarzu w dzielnicy Katowice-Bogucice, żeby odwiedzić grób Magika, którego lubi Justyna. Wprawdzie po ciemku, bo się nie wyrobiłyśmy i bez znicza, bo już nie chciało nam się w deszczu szukać sklepu, ale siostra odsłuchała rytualnie jakąś jego piosenkę stojąc przy grobie i była usatysfakcjonowana. Dyskutowałyśmy nad jego samobójstwem, nad tym, że sam wpędził się w chorobę psychiczną (nie chciał iść do wojska, udawał wariata, a potem naprawdę zachorował). Gdyby otrzymał pomoc, mógłby żyć. A tak skoczył z okna w wieku 22 lat, osierocił synka… Jego grób jest zadbany, na pewno odwiedza go sporo osób.

Deszcz i zimno trochę popsuły nam wycieczkę. Na dworcu w Katowicach były nieczynne skrzynki na bagaż, a że ciężki, byłyśmy uziemione tam aż do odjazdu pociągu powrotnego, czyli kilka godzin. W Oświęcimiu dowiedziałam się też o nieszczęsnej decyzji Ważnych Ludzi na temat moich studiów. Aura nie sprzyjała, więc zdarzały się nam kłótnie, jak to zwykle bywa, o błahostki. Następnym razem musimy wcześniej rezerwować miejsce do spania, bo w lecie, nawet jak pada deszcz, jest cieplej, a my nienawidzimy zimna. W każdym razie wycieczki nie żałuję. :-)

Na zdjęciu Mikołów.

30 września 2010

Czarne chmury

To, co się dzieje ostatnio, to jakiś koszmar. Dwa dni temu dowiedziałam się, że nici z mojego przeniesienia na dzienne studia. Na uzasadnienia czekamy, ale na pewno chodzi o pieniądze. Kilka innych osób też poprawiło maturę i dostało się na I rok, poza tym na III roku są już osoby, które przeniosły się rok temu (wtedy to była formalność)… Dobiło mnie to. Do tego dochodzą inne problemy, między innymi poważne problemy w domu i takie małe, mendowate fakty jak ten, że dzisiaj ukradziono mi telefon. Tak, nieszczęścia chodzą stadami. Staram się jakoś przez to przejść.

25 września 2010

Proza pijacka. Jerzy Pilch „Pod Mocnym Aniołem”

Pisarz-alkoholik błyskotliwym językiem opisuje swoją słabość. Po wyjściu z oddziału deliryków, kieruje się do gospody Pod Mocnym Aniołem i zaczyna pić od nowa. Pijak J. jest przykładem na to, że można być człowiekiem inteligentnym i jednocześnie straszliwie głupim. Być może J. ma za dużo pieniędzy (w końcu wydał na alkohol przez 20 lat około 70 tysięcy złotych), chociaż nie mając ich, też pewnie jakoś dałby sobie radę. Alkoholizm przeważnie wywołuje we mnie obrzydzenie, chociaż czasem zastanawiając się nad powodami picia niektórych osób, pojawia się w mojej głowie taka myśl, że może byli rzeczywiście zbyt wrażliwi na ten świat.

Pilch dobrze opisał trudności związane z wyrwaniem się z nałogu. Jego bohater pije przecież ze stu powodów, boi się nie pić, bo wtedy życie będzie dla niego nie do zniesienia. J. boi się życia, ale dzięki swojej magnetycznej osobowości, zawsze znajdzie kobietę, która się nim zaopiekuje. Przynajmniej dopóki nie otworzy oczu.

W książce najbardziej podobał mi się opis sporządzania trunku złożonego z denaturatu i kawy przez Don Juana Ziobro i rozmowa Jurusia z diabłem.

I jak to jest, że Pilch swoim ględzeniem przekonuje mnie najpierw, że fajnie jest pić, że piją ludzie wybrani („Był to dobry człowiek, choć w ogóle nie pił”, „Generalnie problem polega na tym: jak pogodzić głębię pijanej duszy z płycizną pijanego ciała?”), a potem przekonuje mnie, że już nie pić będzie? Mówi, że kłamie, a jednak czytelnik łapie się w sidła jego manipulacji. Wybaczę mu nawet drwiny z tak potrzebnego przecież zawodu terapeuty uzależnień, nie gniewam się, że kobiety nazywa terapeucicami:

„(…)terapeucice pragną doprowadzić rzeczywistość do trzeźwości, ja pragnę doprowadzić rzeczywistość do literatury, w pewnym miejscu – nie ma siły – nasze drogi się rozchodzą”;

a głównego terapeutę Quasi Mojżeszem alias Ja Alkohol. Kpina, autoironia to jest co, co kocham u Pilcha. Po Moim pierwszym samobójstwie to druga jego książka, jaką przeczytałam. Polecam, ale przyznaję – trzeba przyzwyczaić się do jego „deliryczno-barokowego stylu” (pojęcie zaczerpnięte z uzasadnienia jury Nike 2000).

21 września 2010

Bohumil Hrabal „Pociągi pod specjalnym nadzorem”

Barwne, naturalistyczne opisy Hrabala. Zalotna telegrafistka Zdeniczka Święta, której dyżurny ruchu, pan Całusek odciska na pupie pieczątki, praktykant Miłosz Pipka pragnący stać się mężczyzną, pan zawiadowca – strażnik moralności (czy aby na pewno?:-), który kocha gołębie. Pracownicy stacji kolejowej nadzorują niemieckie pociągi, przeżywając przy tym małe skandale obyczajowe. Dzieje się to tuż przed końcem II wojny światowej. Miłosz, najważniejsza postać, dopiero poznaje dorosłe życie. Z powodu kłopotów seksualnych zrobił sobie krzywdę. Czekają go jednak ciekawe przygody. Nie brak tutaj smutnych fragmentów, żeby nie powiedzieć drastycznych, ale wszystko opowiedziane jest w taki sposób, że łatwiej nawet te przykre rzeczy przyjąć. Jest w tej książeczce jakaś dosadność, figlarność. Kupuję to.

Oczko!

Z okazji oczka życzę sobie:
- żeby nie opuszczało mnie poczucie humoru,
- żebym w akademiku spotkała fajnych ludzi (dziewczyno z mojego pokoju, kim jesteś? nie mogę się doczekać, aż Cię poznam),
- a w połowie roku dobrze wybrała specjalizację,
- więcej odwagi,
- nowych życiowych misji,
- żeby w Instytucie Mikołowskim wpuścili mnie i Justynę do dawnego pokoju Rafała,
- odkrywania świata, który mnie fascynuje.
A moim prezentem dla kogoś, o ile ktoś taki się znajdzie i o ile ja nie okażę się zbytnim zdechlakiem, jest dokument, który jutro powędruje do Warszawy, w którym zgadzam się na wpisanie mnie do Centralnego Rejestru Niespokrewnionych Dawców Szpiku. :-)

Pięknie jest mieć 21 lat! :D

19 września 2010

Wiesław Myśliwski „Traktat o łuskaniu fasoli”

Książka gadana. Może trochę przegadana, ale takie było zamierzenie autora, skoro 400 stron zapełnił monologiem. Jest to monolog człowieka dojrzałego. Czasem wydaje się on pogodny, zadowolony ze swojego życia, czasem wręcz przeciwnie. Udowadnia, że starość nie polega na całkowitym pogodzeniu się z losem. Zawsze przecież są w sercu jakieś zadry, czegoś się żałuje, czegoś się wstydzi. Mądrość polega chyba na tym, że przyjmuje się do wiadomości własną ułomność. Że próbuje się pomieścić w sobie te wszystkie nieprzyjemne uczucia, które pozostały z przeszłości.

Jest to książka o tym, że „zwykły człowiek” może mieć bardzo dużo do powiedzenia. Niektórzy nazywają to posiadaniem przez każdego własnej historii. Myśliwski czasem przybiera melancholijny ton, czasem żartuje, przechodząc płynnie z tematu na temat. Chwilami musiałam od niego odpocząć, bo jest straszną gadułą. Gada i gada, a wyłączyć się, co czasem niechlubnie robimy w trakcie nudnych rozmów, przecież nie sposób. Tutaj trzeba cały czas słuchać, dlatego bywał męczący. Wtedy robiłam sobie przerwę. Lektura Traktatu... utwierdziła mnie w przekonaniu, że lubię słuchać. Może nie non stop, ale non stop przecież nikt nie lubi. Tutaj posłuchałam człowieka, który ani nie moralizuje, ani nie jest na tyle zgorzkniały i smutny, żeby nie chciało się poznać jego opowieści. Traktat… to ciekawa historia elektryka-saksofonisty. I co istotne, człowieka uważnego. Pobudził mnie do myślenia i sprawił, że wiele razy pomyślałam: no tak, tak właśnie jest, ale nigdy się nad tym nie zastanawiałam. Bardzo lubię to uczucie. :-)

15 września 2010

O czytaniu pod koniec wakacji

Kiedy nie mam nic innego do roboty, czytam. Najpierw powoli, potem przyspieszam, czytam coraz bardziej zachłannie, jakby książka miała mi wyfrunąć z rąk (no chyba że rozpraszają mnie różne rzeczy, wtedy jest BARDZO wolno). Tak było (i jest) w te wakacje. Do tej pory mam w głowie przygody Liesel Meminger i srebrne, dobre oczy jej Papy. Złodziejka książek Markusa Zusaka była zdecydowanie „moją” książką, chociaż … zaczynała się dziwnie.

A kiedyś? O, jak mnie wymęczyły niektóre książki. Jak mordowałam Krzyżaków. Do dziś pamiętam, że Jagienka pupą rozłupywała orzechy, a Jurand ze Spychowa miał jedno oko, ale reszty to już nie bardzo. Ile włożyłam wysiłku, żeby znieść trzynastozgłoskowca naszego Wieszcza! Jak zmuszałam się do przejścia przez pustynię i puszczę! A zaczęło się niewinnie, od krótkiej Na jagody Konopnickiej, którą znienawidziłam w pierwszej klasie.

Takie przeżywałam męczarnie, a i tak większości lektur nie przeczytałam. Może do nich wrócę, ale jeszcze nie teraz. Jeszcze nie teraz. Pod przymusem nie da się lubić. Może dlatego teraz czytam chętniej. Zakładki, muszę przyznać, mam mało szlachetne. Kiedy czytam u babci w kuchni, są z papieru toaletowego. Tak się jakoś przyzwyczaiłam, że kiedy kończę pierwszy fragment, urywam kawałek i już jest zakładka :D. W domu używam kolorowych karteczek.

Szukałam fragmentu Złodziejki książek, który mogłabym tutaj przepisać. Ale nie znalazłam. Tak bardzo podoba mi się całość.

Wkleję za to dwa wiersze Kofty, które ostatnio poznałam.

Jonasz Kofta

JUŻ TYLKO SIĘ ZNAMY

To może przypadek,
Że znów się widzimy
Patrzymy na siebie
W spokojnej udręce
Wspomnienia spłowiały
Przez lata i zimy
Już tylko się znamy
Nic więcej

Uśmiechasz się dziwnie
Inaczej niż wtedy
Gdy było do siebie
Nam bliżej niż blisko
To było niedawno
A mówi się kiedyś
Już tylko się znamy
To wszystko

Dzielimy złą ciszę
Obcymi słowami
Ty serce masz chłodne
I chłodne masz ręce
Za chwilę pójdziemy
Innymi drogami
Bo tylko się znamy,
Nic więcej


OSTINATIO DETERMINARE I

Wiatr
Jaki wiatr
W kurtynę nocy dmie

Na pustej scenie
Ciemne przestrzenie
Zaraz pochłoną mnie

Dal
Jaką dal
Skrywa szkarłatny zmierzch

By ją odnaleźć
Muszę oszaleć
Pobiegnę tam gdzie kres

Nagły zachód słońca
Słońca wschód
Odmierzę tańczącą
Parą nóg
Po to tańczę, tańczę
Poprzez mrok
By ukoić istnienia głód

Wiatr
Jaki wiatr
Niesie świetlisty pył

Słońca, księżyce
Domy, ulice
Pędzą kontury brył

Dal
Jaką dal
Kryje kulisa mgły

Na wielkiej scenie
Jedno istnienie
I dekoracji zgrzyt

Uwięziona w czasie
Wyrwę się
Przez kolczasty zasiek

Będę biec
Zgubię, zgubię pogoń
Zmylę ślad
I nie znajdzie mnie
Moja śmierć

Prostota i piękno. Za to właśnie polubiłam Koftę.

10 września 2010

Pan kotek był chory i leżał w łóżeczku…


No i ja czasami też choruję, niekoniecznie z łakomstwa. I nawet zdarza się, że nie jest to hipochondria!

Wczoraj przeprowadziłam taką oto rozmową z panią doktor:
Pani Doktor: Jest pani uczulona na nikiel.
Milczenie.
Ja: I to wszystko? A w czym jest ten nikiel?
PD: Proszę sobie poczytać.
Ja: Ale gdzie mam sobie poczytać?
PD: W Internecie. Umie pani?
Ja: Hmm to znaczy miałam dostać tutaj jakąś informację.
PD: A, to pani nie dostała? To przepraszam, proszę sobie wziąć od pielęgniarki.

Ta pani wprawdzie mnie nie leczyła (mojego lekarza akurat nie było), ale i tak sytuacja była absurdalna.

Chociaż zdarzały się jeszcze lepsze numery. Takie jak na przykład zapisywanie przez ginekologa na prywatne wizyty pacjentek o tej samej godzinie. Nie dość, że trzeba płacić, to jeszcze czekać 2 godziny, bo panuje straszny bałagan. Ten sam lekarz przez większą część mojej wizyty prowadził prywatną rozmowę telefoniczną.

Inna przychodnia. Żeby się dostać bez czekania kilka tygodni czy miesięcy, należy przyjechać do przychodni około godziny 6, 7, zapisać się (dostaje się załóżmy 5 pierwszych osób z kolejki, nieważne, że niektórzy przejechali 100km albo są z dzieckiem). Potem poczekać kilka godzin na to, aż zaczną przyjmować lekarze. Miałam taką sytuację, że moja lekarka zlecała mi różne rzeczy i kazała przychodzić znowu. Na ostatnie wejście do niej tego dnia czekałam do 16, w przychodni już sprzątali i pytali mnie, czy nocuję :-) Ta sama pani doktor (swoją drogą dobra specjalistka) podczas wizyt, wypełnia karty wcześniejszych pacjentów, bo nie miała czasu, dzwoni, wychodzi, wyjeżdża (sic!) w sprawach prywatnych wymykając się drugim wyjściem i co najzabawniejsze – przyjmuje kilku pacjentów naraz (tak, tak, z rozbieraniem też, gabinet duży :-)).

W mojej własnej przychodni w ogóle nie chcą zlecać np. podstawowych badań krwi, bo po co, to kosztuje. Kiedy leczyłam się u mojej pani pediatry, wiele razy słyszałam, że jestem zdrowa, kiedy nie mogłam mówić ani spać, bo o ile cały dzień kaszlu można jakoś znieść, to noc już niekoniecznie. Moja koleżanka z lat szkolnych starała się pewnego razu przekonać ją, że bardzo źle się czuje. I w końcu uwierzyła. Po tym, jak koleżanka zwymiotowała jej w gabinecie :-). Ale muszę powiedzieć, że z sentymentem wspominam tamte wizyty i słowa: „Oj, Ola, Ola, jesteś zdrowa” albo „Gardło różowiutkie”.

Z opowieści mamy wiem, że kiedy byłam małą dziewczynką, jeden lekarz stwierdził, że mam zapalenie płuc, a drugi, że nic mi nie jest.

I jeszcze sytuacja sprzed paru dni. Jestem u babci, boli mnie gardło jak przełykam, więc poszłam do lekarza. Pan spytał, co mi jest, powiedziałam, że gardło mnie boli, kazał pokazać. Pokazałam (trwało to ułamek sekundy). Potem pisał, pisał, pisał, a na końcu powiedział: Proszę, tu jest wszystko napisane. I wręczył mi receptę. :D

Nie mam zbyt dużego zaufania do lekarzy, chociaż muszę często ich odwiedzać. Stosuję się oczywiście do ich zaleceń, ale wiem, że każdy ma inną teorię na temat jakiejś choroby, inny pomysł na leczenie i te pomysły przeważnie się wykluczają. Do tego często załatwiają swoje sprawy w pracy, nawet wtedy, kiedy płaci się za wizytę ciężkie pieniądze. Wiem, to tylko ludzie, też się mylą, też mają swoje problemy. Ale kiedy czytam w Charakterach opis choroby, który pasuje do dolegliwości znanej mi osoby i kiedy wiem, że przez lata nie była zdiagnozowana, ręce mi opadają.

Dlatego na koniec mam bardzo mądrą sentencję: żeby chorować, trzeba mieć dużo zdrowia, czasu i pieniędzy.

7 września 2010

Tadeusz Różewicz „Matka odchodzi”

W książce Matka odchodzi znalazłam fragment na czasie:

Naprawdę to ludzie tych szkół nie chcieli. Nie było żadnej oświaty, więc nawet jak było kilku gospodarzy, co pragnęli żeby dzieci chodziły do szkoły i starali się u władz, żeby szkoła we wsi była, to 90 procent mówiła, że jego dziad, pradziad nie znał się na piśmie i też żył. Nieraz ojciec mówił: szkoła bardzo waszym dzieciom potrzebna. Odpowiadali dowcipnie: panie, kto się zna na piśmie, ten się do piekła ciśnie.


Tak o swojej wsi dzieciństwa, Szynkielewie opowiadała Stefania Różewicz, matka poety, urodzona w 1896 roku.

Początek XX wieku był jak wynikało z jej wspomnień, czasem brudu, smrodu, ubóstwa i ciemnoty. Analfabetyzm to jeszcze nic. Najbardziej przeraziło mnie odbieranie porodów brudnymi rękami przez kobiety przychodzące prosto z pola, które do tego wolały ratować dziecko, „bo jakby tak dziecko umarło bez chrztu, to idzie na wieczne potępienie, a matka jest już ochrzczona”. Kobiety umierały od zakażeń i krwotoków. Jadło się byle co, wierzyło w zabobony, coś takiego jak higiena nie istniało.

W takich ciężkich warunkach przyszło wychowywać się pani Stefanii. Śmierć też miała nielekką, bo chorowała na raka żołądka (zmarła w 1957 roku). Po latach jej syn postanowił napisać o tym, jak bardzo ją szanował i jaka była dla niego ważna. Jego opis opieki nad chorą matką nie był może jakiś wyjątkowy (myślę, że każdy mógłby opowiedzieć o śmierci swojej matki w przejmujący sposób), ale bardzo czuły. Większość wierszy w tomiku mnie nie poruszyła, może dlatego, że wiele z nich pochodzi z dawnych lat, a ja przyzwyczaiłam się do „późniejszego” stylu różewiczowskiej poezji. Jednak bardzo lubię wiersz:

Cierń

nie wierzę
nie wierzę od przebudzenia
do zaśnięcia

nie wierzę od brzegu do brzegu
mojego życia
nie wierzę tak otwarcie
głęboko
jak głęboko wierzyła
moja matka

nie wierzę
jedząc chleb
pijąc wodę
kochając ciało

nie wierzę
w jego świątyniach
kapłanach znakach

nie wierzę na ulicy miasta
w polu w deszczu
powietrzu
złocie zwiastowania

czytam jego przypowieści
proste jak kłos pszenicy
i myślę o bogu
który się nie śmiał

myślę o małym
bogu krwawiącym
w białych
chustach dzieciństwa

o cierniu który rozdziera
nasze oczy usta
teraz
i w godzinie śmierci

Matkę traktował poeta jak bezbronne, chore dziecko:

jej twarz jest jak wielka mętna łza
żółte ręce składa jak przestraszona
dziewczynka
a wargi ma granatowe (...)

ach chciałbym ją nosić na sercu
i karmić słodyczą.

(z wiersza Ale kto zobaczy...)

W tomiku znajdują się też wspomnienia braci Tadeusza - Janusza (zginął w czasie wojny) i Stanisława oraz rodzinne fotografie.

30 sierpnia 2010

Olga Tokarczuk „Prawiek i inne czasy”

Ważnym bohaterem powieści Tokarczuk jest czas występujący w tytule książki i we wszystkich tytułach krótkich rozdziałów. Czas, który pozwala zanurzyć się w miłych wspomnieniach i taki, których obraca w pył wszystko, co istnieje.

Dzięki takiemu właśnie układowi książki, Tokarczuk przedstawia punkty widzenia różnych ludzi. Główną bohaterką jest Misia, od której narodzin w 1914 roku zaczyna się akcja powieści. Misia Niebieska, po mężu Boska. Była jeszcze rodzina Cherubinów, Serafinów. Nie jest to bez znaczenia, w powieści jest wielokrotnie poruszany temat wiary w Boga.

Pojawiają się tutaj postaci fantastyczne, takie jak Zły Człowiek, który mieszkając długo w lesie stracił człowieczeństwo, a także Topielec Pluszcz, czyli dusza zmarłego alkoholika, zawieszona pomiędzy światami. Ciekawą osobą jest Kłoska, ktoś w rodzaju czarownicy-znachorki. Jest również upośledzony, bardzo wrażliwy brat Misi oraz Florentynka, kobieta, która zwariowała (prześladował ją księżyc, a na psy z szacunkiem mówiła „psowie”). Świat kręci się wokół Prawieku: „Tutaj kończy się Prawiek, dalej już nic nie ma”.

Niezwykłość wydarzeń i bohaterów może i pozwala zaliczyć książkę Tokarczuk do nurtu realizmu magicznego, ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że autorka opisując to, co dzieje się w głowach postaci, czerpała obficie z psychologii. Próbowała nawet opisać jak widzi świat zwierzę, anioł czy dusza zmarłego.

Wiedząc, że ukończyła taki kierunek, po przeczytaniu mitycznego opisu wsi Prawiek, spodziewałam się psychologicznej papki. Ulgę poczułam dopiero czytając zdanie: „Ludzie jednak nieskorzy są do dawania czegoś za nic, za darmo, zwłaszcza w gospodzie, więc Kłoska zaczęła się kurwić”. Zrozumiałam, że będzie tu brzydota i prawda. Dokładne przyglądanie się ułomności człowieka przeplatane z idyllicznymi opisami przyrody, dzieciństwa, marzeń – doskonałe połączenie.

Tokarczuk się nie dziwi, nie ocenia - spokojny ton pierwszego rozdziału pasuje do wszystkich innych. Opisuje zwyczajne życie wiejskich ludzi, ale też ich szalone pomysły, pasje, uczucia. Akcja jest rozciągnięta w czasie. W powieści występują trzy pokolenia, licząc od rodziców Misi. O jej wnukach dowiadujemy się tylko, że są.

W książce do polskiego był fragment o tym jak mała Misia zachwyca się przedmiotami w szufladzie, który mnie nie zachęcił. Nie sądziłam wtedy, że inny fragment tej książki, Czas sadu pozwoli mi poprawić maturę, dostać się na dzienne studia i dzięki temu móc zamieszkać w akademiku ;D. Ale nie dlatego piszę o niej dobrze. Trafiła do mnie i nie znudziła mnie ani na chwilę. Być może musiałam do niej dorosnąć. Albo teraz po prostu podoba mi się co innego niż kiedyś.

26 sierpnia 2010

Kaskaderzy literatury. Poświatowska

Zaskoczyła mnie teza Jana Marxa, że „w świecie Poświatowskiej nie ma Boga”. Myślałam, że w ten swój przekorny sposób trochę w niego wierzyła.

Jest jeszcze sprawa jej mężczyzn. Kiedyś moja pani od polskiego z gimnazjum powiedziała coś w rodzaju „Poświatowska była kochliwa”. Zabolało mnie to wtedy, bo miałam w głowie obraz poetki, która do końca życia kochała swojego Adolfa, pozostała mu wierna i pisała dla niego wiersze. Na szczęście dzisiaj jej kochliwość mi już nie przeszkadza :-) Poświatowska rzeczywiście cały czas potrzebowała faceta. Wdową została w wieku 21 lat, więc to normalne, że spotykała się z innymi. Ciekawe jest to, że za każdym razem zakochiwała (jakie to dziwne słowo!) się na zabój. Każda miłość była dla niej natchnieniem, można powiedzieć, że stanowiły one sens jej życia.

Tutaj wklejam kilka wierszy:

* * *

miłosierni byli Scytowie
gdy umarł król
udusili wstążką jego ulubioną nałożnicę
i jej martwe ciało
rzucili na stos
zmieszały się jej włosy
z popiołem jego rąk
jej drobne zęby
z popiołem jego ust
a kiedy żar pociemniał
zebrali ciepły popiół
i pochowali wszystek
w obszernej skrzyni
rzeźbionej w trawy i kwiaty
w których zamieszkał wiatr


* * *

wiedzą o nim
moje nabrzmiałe piersi
pocałunkami obudzone o zmroku

ramię draśnięte
pamięć
drzemiąca w zagłębieniu dłoni

we wnętrzu moim
okwitł
jak kolczasty krzak głogu

zmarznięte ptaki
moich nocy
sfrunęły wszystkie
jedzą


* * *

czy świat umrze trochę
kiedy ja umrę

patrzę patrzę
ubrany w lisi kołnierz
idzie świat

nigdy nie myślałam
że jestem włosem w jego futrze

zawsze byłam tu
on – tam

a jednak
miło jest pomyśleć
że świat umrze trochę
kiedy ja umrę

Mam do niej słabość, no :-)

20 sierpnia 2010

Wycieczka krajoznawcza

W Wałczu było bardzo sympatycznie. Spacerowałam brzegiem jezior, obejrzałam Centralny Ośrodek Sportu (specjalizuje się w kajakarstwie), przystań w Nakielnie, stare cmentarze, zwiedziłam poniemiecki bunkier i zastanawiałam się, jak żołnierze mogli wytrzymywać w takich klaustrofobicznych pomieszczeniach przez długi czas. Byłam też na Czarodziejskiej Górce, to takie miejsce, gdzie samochody wjeżdżają bez silnika, butelka toczy się pod górę itd. Podobno jest to złudzenie optyczne. No i spędziłam godziny na rozmowach z ciotką i wujkiem :-)

Wybrałam się też na jednodniową wycieczkę do Kołobrzegu, bo bardzo chciałam zobaczyć morze i zrobiłam kilka zdjęć.

Turyści



Mewa i niebieskie morze



Mewa i zielone morze



Ratownik wyciera się po akcji :-)



Ta dziewczynka przypomina mi Lolitę Nabokova. Nadawałaby się do polskiej wersji filmu.



Sanie na kołobrzeskim niebie



A to już wałeckie jezioro Raduń



I brzydkie kaczątko. Lubię te ptaki. I lubię tą bajkę.

14 sierpnia 2010

Kilka słów o Marcinie

Jeśli istnieje niebo, to Marcin ma tam silne płuca i piękny głos, którym śpiewa nieprzyzwoite piosenki weselne. Dużo tańczy zamiast tylko patrzeć i ocenia, która dziewczyna jest wystarczająco szczupła, która ma najładniejszą sukienkę i odpowiednio wysokie szpilki.

Jeśli istnieje niebo, to Marcin codziennie rano pije tam swoją ulubioną kawę i przegląda gazety. Już bez połykania garści tabletek.

Ma zdrowe ciało. I może wszystko robić sam. Nie potrzebuje już niczyjej pomocy. Ale jest tak samo uparty, dociekliwy, ciekawy świata.

O Hospicjum Małego Księcia myślałam już będąc w gimnazjum. Kiedy na I roku studiów nie przeszłam testów psychologicznych, było mi bardzo przykro. Ale spróbowałam jeszcze raz i udało się. Podopiecznego „wybrałam” sobie sama. Pamiętam ten dzień, kiedy pojechałam do niego po raz pierwszy. Bałam się, że mnie nie zaakceptuje. Był starszy ode mnie, miał już wielu wolontariuszy. Ale jak się okazało, nie było się czego bać. Bardzo się polubiliśmy. Polubiłam też jego rodziców – ludzi otwartych i ciepłych.

Marcin uczył mnie cierpliwości i tego, że liczy się teraźniejszość. Na początku próbowałam zajmować mu czas na swój sposób, ale potem postanowiłam, że będziemy robić tylko to, co on zechce. Czasem oczywiście dopadało mnie lenistwo, ale pokonywałam je. Bywałam u niego co tydzień, nie licząc moich chorób i przerw w nauce, od końca października 2009 do sierpnia tego roku.

Nie czuję się żadnym aniołem, chociaż przyznaję, że mnie to uskrzydlało. Najprzyjemniej było mi wtedy, kiedy się razem śmialiśmy. I kiedy jego mama mówiła, że na mnie czekał.

Jestem wdzięczna Marcinowi i jego rodzicom, że mogłam być im potrzebna. Cieszę się, że mogłam przy nim być ostatniego dnia. Nie żałuję niczego.

10 sierpnia 2010

„Wiedza moja nieduża”. Czesław Miłosz „Piesek przydrożny”


Piesek przydrożny został wydany, kiedy Miłosz miał 86 lat. W 1998 roku został nagrodzony Nike. Jest zbiorem krótkich form, podzielonym na dwie części – właściwą oraz Tematy do odstąpienia. Pierwsza jest ciekawsza i z niej wypisałam teksty, które zwróciły moją uwagę.

Ograniczony

Wiedza moja nieduża, rozum krótki. Starałem się jak mogłem, studiowałem, czytałem mnóstwo książek, i nic. W moim domu książki wylały się z półek, leżą stosami na meblach, na podłodze, tamują przejście. Nie mogę ich oczywiście wszystkich przeczytać, a ciągle moje wilcze oczy pożądają nowych tytułów. Ale, żeby być dokładnym, poczucie własnego ograniczenia nie jest czymś stałym, to tylko od czasu do czasu pojawia się, błyska, świadomość wąskości naszej wyobraźni, jakby kości naszej czaszki były za grube i nie pozwalały umysłowi objąć tego, co jemu powinno być dane. Powinienem wiedzieć wszystko, co dzieje się teraz, równocześnie, w każdym punkcie ziemi, powinienem móc wnikać w umysły moich współczesnych i ludzi o kilka pokoleń później, a także tych, którzy żyli dwa tysiące i osiem tysięcy lat temu. Powinienem, i co z tego.

Chciałabym być tak ograniczona jak on :-)


Przestroga

Zwierzątka z rysunkówek dla dzieci, mówiące króliczki, pieski, wiewiórki, jak też biedronki, pszczółki, pasikoniki. Tyle mają wspólnego z prawdziwymi zwierzętami i owadami, ile nasze wyobrażenia o świecie z prawdziwym światem. Pomyślmy o tym i zadrżyjmy.


Tak, to prawda, że to, co człowiek widzi, jest zniekształconym przez jego umysł obrazem świata. Ale żeby od razu drżeć z tego powodu – niekoniecznie.


Pragnienie

Pragnienie otwarcia się przed ludźmi i powiedzenia o swoim życiu wszystkiego. Niemożliwe. Chyba że napisałoby się powieść psychologiczną, która zresztą byłaby jak najdalsza od prawdy. Polegałaby głównie na samooskarżającej spowiedzi, a wiadomo, że sumienie skrupulatnie oskarża swego nosiciela o winy mniejsze, żeby ukryć większe.



Ciekawe spostrzeżenie, ale wierzę, że istnieją duchowi ekshibicjoniści tak odważni, by napisać o sobie najgorszą prawdę.


Wzór

Mój wzór cnoty: wszyscy, którzy całe życie służyli sprawom umysłu i zachowali tę namiętność poza osiemdziesiątkę i do końca.


Nic dodać, nic ująć.


Skąd się to bierze

Skąd się to bierze? – zapytuje. Te dwudziestoletnie usta, lekko zwilżone karminem, te włosy kasztanowe w wiązkach, zbyt luźnych, żeby powiedzieć strąkach, te śliczne oczy w oprawie rzęs i brwi, co zapowiadające? Dlaczego jęczę, porażony jej pięknością? Urodziła się wtedy, kiedy wykładałem Dostojewskiego, próbując dać radę zrozumieniu, że jestem stary. Więc nie ma końca temu ich rodzeniu się na nowo i ja, gdybym mógł żyć dalej, znów konałbym z miłosnego zachwytu?


Cóż za pochwała młodości :-)

Nigdy nie przepadałam za Miłoszem, ale czytając Pieska przydrożnego po mojej głowie krążyła myśl – jaki to był mądry człowiek, jak dużo myślał i jak go to myślenie musiało boleć. Poczułam się bezpiecznie.

4 sierpnia 2010

"MAMO ŻYJĘ" - moja ulubiona flaga ;-)

XVI Przystanek Woodstock. Tysiące kolorowych ludzi, muzyka, z którą się zasypiało i wstawało. Wolność.

Namiot rozłożyłyśmy blisko bungee, wiele razy patrzyłam jak mały ludzik unosi ręce do góry i z krzykiem spada w przepaść. Zdarzało się, że ktoś stchórzył. Jedna dziewczyna skoczyła za darmo, bez stanika :-)

Niedaleko od nas stała duża scena. Parę chwil i byłyśmy pod nią, poruszając się w rytmie reggae lub heavy. Lubię jedno i drugie, chociaż żeby reggae było fajne, trzeba umieć zrobić show - udało się to Morgan´s Heritage Peetah & Gramps, których nigdy wcześniej nie słyszałam (na obu filmikach jestem gdzieś w tłumie ;-)):



Najlepszym z najlepszych był zespół Papa Roach. Początek koncertu:



Oprócz tego moją uwagę zwrócił zespół Life of agony. A najbardziej pozytywną piosenką jest Noc zespołu Enej.

Podobało mi się w Pokojowej Wiosce Kryszny i w Akademii Sztuk Przepięknych na spotkaniu z Markiem Kondratem. Nie dość, że jest dobrym aktorem, to jeszcze interesującym i błyskotliwym człowiekiem.

Można było oddać na Woodstocku krew, ale ja bym się nie odważyła, bo pobieranie nawet małej ilości powoduje u mnie zieloność twarzy. Agnieszka chciała, ale jest zbyt szczupła i lekarz się nie zgodził.

W woodstockowym sklepiku kupiłam sobie kubek – dochód przekazywany na Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy. Na poczcie wysłałam kartkę do mojego Podopiecznego, Marcina - obiecałam z każdej podróży ;).

Podpisałam też kilka petycji w dobrej sprawie (np. petycję Amnesty International dotyczącą oczyszczania rzek w Nigerii i Indiach), a na ręce pani zawiązała mi wstążkę NIE BIORĘ - JESTEM OK. Bardzo podobało mi się też, że 1 sierpnia o 17 wszyscy wstali, zawyły syreny.

Szanuję Owsiaka, bo potrafi pociągnąć za sobą tłumy, ma energię i robi wiele dobrego. Po każdym koncercie, w ramach podziękowania, śpiewaliśmy zespołowi Sto lat.

Pisząc o tym chciałabym przełamać stereotyp woodstockowicza jako brudnego narkomana. Oczywiście, byli tam różni ludzie. Częściej jednak spotykałam się z przejawami życzliwości niż chamstwa. Najwięcej komplementów, jakie dostałam, dotyczyło piersi, i to w bluzce bez dekoltu :D

Czystość zachować rzeczywiście nie jest łatwo, bo wszędzie unosił się kurz, ale do kranów z zimną wodą szły całe pielgrzymki, były też płatne prysznice, jeśli ktoś sobie życzył. Ubikacje były, niestety, w złym stanie.

Od polewania głowy lodowatą wodą jestem teraz chora (dzisiaj prawie cały dzień spałam, a w gardle piekło), ale staram się przyjąć chorobę z pokorą, bo niczego nie żałuję ;-)

Muszę jeszcze powiedzieć, że wybrałam się tam z odpowiednią osobą – bezproblemową, optymistyczną, ciekawą. To nic, że pod grzybkiem ukradli nam bluzki i Adze buty. To było nierozsądne, że zostawiłyśmy rzeczy na brzegu, z namiotu nam nic nie zginęło. Być może była to zasługa naszych miłych sąsiadów, którzy często słuchali muzyki wylegując się na materacu.

To był mój czas. Mój klimat. Patrzenie na taką różnorodność ludzi było dla mnie niesamowitym przeżyciem. Nawet w pociągu zdarzali się intrygujący ludzie. Najbardziej utkwili mi w pamięci: punki w pociągu na trasie Krzyż – Kostrzyn, a w pociągu powrotnym pewien facet. Przystojny, pewny siebie, stawiam, że niewiele po trzydziestce. Obserwował młodszą od siebie, dosyć zarozumiałą dziewczynę, wracającą, jak się później okazało, z naukowego obozu humanistycznego dla laureatów olimpiad. Dziewczyna popisywała się czytając Eliota i innych wielkich. Była ładna, miała przyjemny głos i chociaż nie czytała głośno, to jednak bardzo wyraźnie. Sama czasami słuchałam różnych fragmentów, mimo że stała na korytarzu. Pan natomiast musiał przechylać głowę, żeby ujrzeć maturzystkę. Wiercił się przy tym niesamowicie, a jego oczy płonęły. Miał chemię do tej dziewczyny, a ja frajdę, że mogę patrzeć na jego fascynację. Jeszcze wcześniej była też belferka (Lublin - Warszawa), po minucie wyczułam u niej belferski ton, zgadłam nawet jaki przedmiot wykłada. Postać chłonąca świat, wręcz zachłystująca się nim. Dużo nam opowiadała, ale pytała też, co czytamy, co oglądamy, czego słuchamy. Takie osoby wg mnie nadają się na nauczycieli.

Chciałabym za rok znowu trafić do Kostrzyna. Jak na razie mam w planach wyjazd do przyjaciółki mojej mamy, która mieszka w Wałczu. Jej syna pamiętam z czasów, kiedy chodziliśmy z mamami na spacery, mieliśmy może z pięć lat. :-) Podróż planowana na 13 sierpnia.

28 lipca 2010

Początek wakacji

Lublin
Nałęczów
Puławy Miasto
Dęblin
Pilawa
Warszawa Wschodnia
Warszawa Centralna
Warszawa Zachodnia
Sochaczew
Łowicz Główny
Kutno
Koło
Konin
Września
Poznań Główny
Krzyż

i dalej osobowym:
Stare Bielice
Nowe Drezdenko
Stare Kurowo
Strzelce Krajeńskie Wschód
Sarbiewo
Górki Noteckie
Santok
Gorzów Wielkopolski
Gorzów Wielkopolski Wieprz
Łupowo
Bogdaniec
Nowiny Wielkie
Witnica
Kamień Mały
Dąbroszyn
Kostrzyn

To moja trasa na jutro :-) Moja i Agnieszki z Siedlec (dlatego nie jadę z Dęblina).
Mam nadzieję, że wrócimy całe i zdrowe.
Ahoj, przygodo!

18 lipca 2010

Proszę, nie bij. Elfriede Jelinek „Pianistka”

Zacznę od tego, co dla mnie ważne – języka. Niestety język Pianistki nie przypadł mi do gustu. To znaczy tłumaczenie. Zdania, być może zgrabnie ułożone po niemiecku, w tłumaczeniu Ryszarda Turczyna brzmiały dziwacznie.

Książka opowiadana jest „nerwowo”, jak gdyby narratorka chciała wyrzucić z siebie jak najszybciej wszystkie brudy duszy, do tego trochę poetycko. Niektórym może wydawać się wulgarna. Mnie najbardziej przeszkadzał język, zawiły i sztywny jednocześnie, chociaż czytałam, że książki Jelinek niezwykle trudno przetłumaczyć, więc biorę na to poprawkę. Co ciekawe, w ogóle nie występują tam dialogi. Wydarzenia swobodnie przeplatają się ze wspomnieniami i przemyśleniami głównej bohaterki.

Bardzo interesowała mnie historia Eriki Kohut i jej nienormalnej matki. Może dlatego, że więzi łączące matkę i córkę są najsilniejszymi i najbardziej bezwarunkowymi w życiu. Postanowiłam sięgnąć do artykułu Michała Czernuszczyka pt. Córka pod matczynym płaszczem z zeszłorocznych Charakterów. Psycholog pisze, że matka może identyfikować się z córką, lokując w niej swoje lęki, ograniczające postawy i przekonania. Jeśli matka żyje tylko dla dziecka, jego wybory, które się jej nie podobają, ale niekoniecznie są złe, po prostu inne niż ona by sobie życzyła, może traktować jako własną porażkę. Czasem matka nie pozwala odejść dziecku, każde zachowanie wbrew niej, wywołuje w dziecku, nawet kiedy jest już dorosłe, ogromne poczucie winy.

O tym właśnie opowiada Pianistka, ale w życiu czterdziestoletniej Eriki, jej przywiązanie do matki, przybrało karykaturalne wręcz rozmiary. Ponadto matka tak naprawdę nie kochała jej. Sadystycznie odbierała jej osobowość, możliwość podejmowania decyzji, zasłaniając się postępowaniem w imię jej dobra:

Po trudach dnia córka wrzeszczy na matkę, żeby ta wreszcie pozwoliła jej prowadzić własne życie. Już choćby ze względu na wiek powinna mieć do tego prawo, drze się córka. Matka każdego dnia odpowiada, że matka wie lepiej niż dziecko, bo nigdy nie przestanie być matką.


Erika to kobieta niezadowolona z siebie, ubezwłasnowolniona, głęboko nieszczęśliwa. Nie potrafi wyrwać się z ramion okrutnej matki, która skutecznie uzależniała ją od siebie przez całe życie. Erika jest dorosła, ale słucha jej jak mała dziewczynka. Nienawidzi ludzi, brzydzi się ich, nienawidzi siebie i swojego ciała. Nie potrafi kochać, nie ma przyjaciół i wie, że nigdy nie zaspokoi ambicji matki, a tym samym swoich. Tłumiona od młodości seksualność prowadzi do zaburzeń sado-masochistycznych.

Kiedy poznaje Waltera Klemmera, studenta politechniki kochającego muzykę, jej życie bardzo się komplikuje…

Wybrani partnerzy życiowi ścisną ją jak obcęgi, jak szczypce raka: matka i uczeń Klemmer. Obydwojga naraz mieć nie może, ale osobno też nie, bo natychmiast straszliwie brakuje jej tego drugiego.


Świetnie zekranizował Pianistkę Michael Haneke. Czytając, widziałam twarze Isabelle Huppert i Benoita Magimela.

Jelinek dotknęła ważnego problemu – relacji matki i córki, która może być dla dziecka dobrym startem, ale także zniszczyć mu psychikę. Nie zawsze matka kocha i jest dobra. A jeśli nie kocha, tylko wymaga, gani i ogranicza, świat może wyglądać jak świat Eriki:

Obydwie kobiety śpią przytulone do siebie. Nocy zostało już niewiele, zaraz dzień zapowie swoje pojawienie się nieprzyjemną jasnością i uciążliwymi głosami ptaków.

15 lipca 2010

Sen się spełnił

Dostałam się na dzienną psychologię i jestem bardzo, bardzo szczęśliwa! Chyba z radości kupię sobie książkę Olgi Tokarczuk. Mój polski, mój ukochany język... :-)

10 lipca 2010

Manifest do Samej Siebie

W babcinej kuchni spoglądam na kalendarz. Potem na drugi. 10. i 8. lipca (kiedy to piszę jest 9.). Przypominam sobie tunel czasoprzestrzenny utworzony w tym miejscu przez babcię, której razem z majem niechcący zerwał się czerwiec. Kalendarz z wyrywanymi co dzień kartkami wskazywał więc dobrą datę, a ten miesięczny – lipiec. Pomiędzy nimi był zawieszony czas, a w nim moje przemyślenia. Głupie, mądre, w każdym razie długie. Zastanawiałyśmy się z siostrą czy by nie zerwać teraz lipca, ale z drugiej strony wystarczy przesunąć kwadracik kawałek dalej i znowu jest metafizycznie.

Słucham sobie Requiem Mozarta (niechlubnie ściągniętego przed chwilą z Internetu) i myślę o tym, co powiedziała mi dzisiaj Spokojna Pani. Miewam u niej lepsze i gorsze momenty, dzisiaj był ten lepszy, bo obie stwierdziłyśmy, że mój horyzont myślenia z wąskiego paska zaczyna robić się trójkątem. To nic, że na świat muszę popatrzeć zupełnie inaczej niż dotychczas i przekonać siebie, że umysł zniekształca rzeczywistość. Przemyślę to dokładnie, potrzebne jest mi tylko trochę czasu.

Przydałby mi się manifest. Manifest do Samej Siebie, w którym przyznaję, że idealizm więcej w moim życiu zniszczył niż zbudował. To czubek góry lodowej, skutek wszystkich przykrych wydarzeń, które mnie ukształtowały. Tak naprawdę przecież każdy człowiek po bliższym poznaniu okazuje się tylko zwykłym człowiekiem. Albo aż. Czy będę miała odwagę go napisać?

A tak w ogóle to nie mogę doczekać się Woodstocka! :D

9 lipca 2010

Licho nie śpi. Jarosław Iwaszkiewicz „Matka Joanna od Aniołów”

Iwaszkiewicz wykreował postacie dążące do świętości, a jednocześnie bardzo ludzkie. W księdzu Surynie, bogobojnym i refleksyjnym jezuicie nie podobało mi się tylko jedno – że nie dał parobkowi nic do jedzenia przez cały dzień, a sam się najadł w karczmie. Reszta była w porządku. Wszystkie jego upadki można wytłumaczyć uczuciami. Zniewalającymi namiętnościami… No ale nie ma się czemu dziwić, jeśli siedział w klasztorze od 13 roku życia, to nigdy nie miał szansy przeżyć i odżałować cielęcej miłości… :-)

Opętana matka Joanna to ciekawa postać. Zło panoszące się w jej duszy powstało z tak naprawdę trywialnych powodów.

Opowiadanie jest niepozbawione humoru, język nieco archaiczny, opisy plastyczne. Czyta się przyjemnie.

Jakiś czas temu widziałam film, Matka Joanna trochę inaczej tam wyglądała niż ją opisywał autor :-) Ale i tak bardzo lubię to zdjęcie:

6 lipca 2010

Delficka wyrocznia psychiatrii. Antoni Kępiński „Schizofrenia”


Jestem oczarowana sposobem, w jaki A. Kępiński pisał o schizofrenii (ze względu na to, że koncentrują się w niej najważniejsze zagadnienia ludzkiej psychiki jest ona określana jako delficka wyrocznia psychiatrii). Naukowo, a zarazem bardzo humanistycznie i przystępnym językiem. Podobny szacunek do pacjenta zauważyłam we wspomnieniach włoskiego psychiatry Andreolego Vittorina – Moi wariaci (słowo wariat miało dla niego, podobnie zresztą jak dla mnie, pozytywny wydźwięk). Książki te pokazały mi, że bycie psychiatrą to coś więcej niż bycie lekarzem.

Schizofrenia zawiera obraz kliniczny choroby, opis świata schizofrenicznego (tematykę, strukturę, koloryt) i krótki rozdział dotyczący leczenia. W próbie zrozumienia tej choroby bardzo pomagały przykłady z życia pacjentów krakowskiego szpitala psychiatrycznego, w którym pracował Kępiński (podany niżej przykład mowy schizofrenicznej) czy opisy twórczości schizofreników itd.

Oto dziwaczna skarga chorego, w której możemy zauważyć niezwykłe skojarzenia i swobodnie tworzone neologizmy, przy jednoczesnym zachowaniu poprawności gramatycznej:

Jestem istotnie skrajnie osłabiony, dzięki nieodpowiedzialnym machinacjom rodzin i redaktora X, który w bezczelny sposób uważał za stosowne wtrącać się w moje życie i poglądy osobiste. Lekarze, którzy to zaaprobowali, to jedna klika pozostająca pod rozkazami tych z Nafty, naftowców, nafciarzy, nafcików, nafciuchów. To oni chcą mnie zakanistrować, zakastrować, tak, jestem kastratem psychicznym, nie wierzę w żadne leki lekarzy, nie ufam ludziom, bo to jest pomaganie, pomachtanie, wermachtanie, Wehrmacht. Ja to znam, w knajpach, bo to jest wszystko knajpa, mówią może śledź, może kompocik, może bez kompociku, może herbata, może bata. Znam to dobrze, nie ma o czym mówić.

A to jest rysunek pt. Trójpostać (1954) Edmunda Monsiela, artysty-samouka, który w 1943 roku doznał olśnienia schizofrenicznego i podpisał obraz następującymi słowami: „Pan Jezus objawił się w Wielki Piątek 1943r.” Monsiel był artystą, w którym choroba wyzwoliła talent plastyczny. Tworzył w ukryciu, dopiero po śmierci odkryto setki jego rysunków. Obrazy schizofreników przedstawiają zwielokrotnione części ciała, natłok form i postaci, ścisłe wypełnienie po brzegi powtarzającymi się kształtami.



Jedną z lektur polecanych przez autora posłowia, Andrzeja Cechnickiego, jest Byłam po drugiej stronie lustra, którą czytałam wcześniej. Można powiedzieć, że książki lekarza i byłej pacjentki wzajemnie się uzupełniają.

Bardzo dużo podkreślałam w tej książce, jest dla mnie ważna. Traktuję ją jako wstęp do przyszłej nauki psychopatologii.

29 czerwca 2010

Jolanta Stefko „Omnis moriar”

Wiersze są melodyjne, co bardzo lubię, ale przerzucanie słów do kolejnych wersów (tzw. czytanie z czkawką) uważam za nieuzasadnione.

Stefko napisała je, kiedy miała 24, 25 lat. Tematykę tomiku objaśnia w taki sposób:



Czytając te smutne teksty, nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że są rozpaczliwym poszukiwaniem sensu (pomimo tego, co w zakończeniu pisze autorka). Czułam się tak, jakby chciała mi przekazać coś odwrotnego. Nihilizm, smutek prowadzi przecież do samobójstwa, w najlepszym razie do depresji, a poetka wciąż żyje i pisze. :-)

Przemknęło mi też przez myśl, że być może trochę później przechodziła etap buntu (tomik o śmierci jako zapis przeżyć młodej osoby z głową wypełnioną chaosem). Albo jeszcze inaczej – że chciała zrobić nam przysługę, pokazać „mam gorzej”, żebyśmy pomyśleli „no tak, to u nas nie jest jeszcze tak źle”.

Ale to są „przemyślenia po”. W trakcie czytania spotykamy się bowiem z zaprzeczeniem wszelkiej radości i atakiem na ludzi udających, że są szczęśliwi. Wydaje się, że poetka przegrała życie albo jest na nie zbyt wrażliwa. Fałsz i bezmyślność ludzi wokół, dotyka ją i sprawia ogromny ból.

A nawet jeśli zdarzy jej się zapalić w czytelniku płomyczek nadziei, to zaraz składa usta, by go sadystycznie zdmuchnąć. Co ciekawe, czytelnik czeka na to zdmuchnięcie. Wie przecież, że zawsze w życiu znajdzie się coś, co nam nie odpowiada, na co możemy narzekać. To takie zaklinanie rzeczywistości, żeby nie zapeszyć. Dlatego chwilami jej wiersze sprawiają wrażenie wiarygodnych, pisanych przez osobę, która tej rzeczywistości nie ubarwia. Ponadto jej ambiwalentny stosunek do Boga wydaje się prawdziwszy niż fanatyzm albo ateizm.

W dłuższej perspektywie śmiertelne utwory zaczynają męczyć. Nie są zresztą wielką poezją. Nie zachwycają, raczej zastanawiają.

A tutaj próbka:


Wiosna; lato; wczorajsze

dla prof. A.F.


Mam coraz więcej czasu długo trwające noce
długo trwające dni jasne i ciemniejsze
słońce. Coraz bardziej wydaje mi się, że
Wiem po co to
Wszystko.
Dzisiaj rano jak zwykle na
parapecie były kryształki lodu kwiatki
Kwitną teraz lodem. Czuły jest świat.
Strzepuję z rękawa grudkę snu
Zamazany na niebie ślad
Czyjejś nieobecności? Coraz bardziej wydaje
Mi się że wiem po co
to wszystko.
„Kiedy jeszcze wczoraj jutro zdawało się
Obietnicą” która zostanie spełniona:
Musisz żyć.
Musisz umrzeć.
Musisz wiele (stracić, by) dziękować
-- Za nic.
Lekki i ciepły wiatr niesamowicie przezroczyste światło jak
zaciśnięta pięść uderzająca w twarz, ogłuszenie, otępienie, czego
Więcej można chcieć. Czuła jest śmierć.

23 V 1996


***

Twój sen trwały jak
Katedra zbudowana z kryształu i
Pragnienia. Dopóki wierzysz
Nie zbudzisz się.
Dopóki boli cię pustka
Której masz tak dużo w sobie: wierzysz.

15 VII 1996


Wzeszło słońce

dla Michała


Bardzo wcześnie rano z
Pokoju jeszcze nie wyciekły

Sny: otwieram okno i
Patrzę na świat umyty światłem ---

9 VIII 1995


45 liter


To dlatego Bóg
Stworzył śmierć
-- Żeby nie było
aż tak
źle.


Warto jeszcze wspomnieć, że za Omnis moriar w październiku 2008 roku poetka otrzymała Nagrodę Krakowskiej Książki Miesiąca, a dwa lata wcześniej Nagrodę Kościelskich za całokształt twórczości.

19 czerwca 2010

Koniec roku akademickiego

Obyło się bez poprawek. :-)

Wakacje zaczęłam z Fellinim, którego filmy chcę poznać. Ginger i Fred to specyficzny komediodramat - zderzenie wspomnień o tańcu (Amelia i Pippo przed laty tańczyli naśladując amerykańską parę – Ginger Rogers i Freda Astaire'a) z teraźniejszością bezlitośnie wypełnioną kiczem. Para (w rolach głównych Giulietta Masina i Marcelo Mastroianni) spotyka się ponownie, by dać ostatni występ w telewizyjnym show. Są to ludzie z innej rzeczywistości…

Film ukazał starość w ładny sposób. Wzruszają mnie takie historie jak ta albo np. śluby starych ludzi. Nie wyobrażam sobie, jak to jest być starym człowiekiem, ale przyrzekłam sobie, że będę się często myć, dopóki będę miała siłę ruszać rękami. Ginger i Fred na pewno dbali o higienę, do tego oboje posiadali duży urok osobisty. Ich taniec po latach, spojrzenia pełne zrozumienia przeczyły wizerunkowi zaniedbanego staruszka, dla którego miłość jest czymś odległym. To było piękne. Ciekawe, czy w życiu takie coś jest możliwe.

A propos tańca, lubię ten teledysk:

7 czerwca 2010

Carstwo jemu niebieskie. J. Hugo-Bader „Biała gorączka”

Tylko jeden człowiek się cieszy, kiedy w Doniecku trzęsie się ziemia, pękają mury i wyją psy. Ziemia się trzęsie, znaczy w kopalni wybuchł gaz i będą ofiary. Pochowają ich na cmentarzu na osiedlu Szczygłowka, kilka metrów od murów kopalni imienia Zasiadki, koło wieży szybu wentylacyjnego, którym po raz ostatni zjeżdżali pod ziemię.

A trupy to dużo jedzenia – cieszy się Mauli, hiena z cmentarza na Szczygłowce. Im większy wybuch, tym więcej jedzenia. Ten największy był ponad rok temu, a ciągle jest co jeść i pić. No i palić.

Mauli też był górnikiem. W młodości przyjechał z Kaukazu, ale po kilku miesiącach był wybuch, nawdychał się produktów spalania i odszedł na najmniejszą z możliwych rent. Zawsze przepija ją pierwszego dnia, ale kopalnia, można powiedzieć, ciągle go żywi.

Każdemu zmarłemu, według nowej, sowiecko-prawosławnej tradycji należy się zawtrak, czyli śniadanie następnego poranka po pogrzebie, potem posiłek dziewiątego dnia, czterdziestego i na rok po pochówku. Rosjanie swoich zmarłych karmią i poją także w Boże Narodzenie, na Wielkanoc, Święto Zmarłych, rocznicę śmierci, urodziny, Dzień Górnika w ostatnią niedzielę sierpnia i za każdym razem, kiedy przyjdą na cmentarz. Papierosy zostawiają nawet niepalącym.

A siny z zimna Mauli czeka, aż rodzina odejdzie od grobu.

Potem opróżnia szklanki z samogonem, po kieszeniach upycha chleb, kiełbasę i jaja na twardo. Sztacha się papierosem, którego żona zostawiła dla męża na płycie.

- Carstwo jemu niebieskie – mruczy do siebie pod nosem.

styczeń 2009


Hugo-Bader opisuje swoją podróż przez Rosję, z Moskwy do Władywostoku (listopad 2007 – luty 2008, z przerwą na Boże Narodzenie w Polsce), którą odbył zakupionym w Moskwie łazikiem. Opowiada o tym pierwsza część książki. Druga natomiast to relacje z wcześniejszych i późniejszych wypraw – na Ukrainę, do Mołdawii, nad Bajkał (to jezioro nazywane Świętym Morzem szczególnie mnie zafascynowało).

Tytuł książki wziął się z pijaństwa ludności rdzennej Syberii, której członkowie po odstawieniu alkoholu zapadają na białą gorączkę - delirium tremens, czyli stan zaburzeń świadomości z urojeniami. Fotografia na okładce przedstawia szamankę Kuular Chandyżap Medi-Kyzy, którą autor spotkał w Szpitalu Dziecięcym miasta Kyzył.

Tajemniczy, nieprzystępny świat byłego ZSRR i wciąż niezaspokojona ciekawość autora stanowią prawdziwą mieszankę wybuchową.

Wdaje się on w rozmowy z miejscową ludnością, próbuje zrozumieć jej mentalność, dużo pyta. Rozmawia z miss HIV, szamanką, osobami podróżującymi bez pieniędzy przez tajgę. Słucha ludzi uwikłanych w sekty, wdów po górnikach, którzy zginęli przez wybuch metanu, bezdomnych. Przygląda się konfliktom między ludami Syberii.

Opowieść o ubóstwie, cierpieniu i pijaństwie kontrastuje z umieszczonymi w książce fragmentami Reportażu z XXI wieku M. Wasiljewa i S. Guszczewa napisanego w 1957 roku. Nasz wiek jest tam przedstawiony jako czas szczęśliwości pozbawiony wojen, chorób psychicznych, zanieczyszczeń. Czas, w którym raka leczy się jak katar.

To podróż jest ważna, a nie jej cel. – pisze Hugo-Bader. Samotne pokonanie samochodem Syberii było jego marzeniem, które postanowił spełnić z okazji swoich 50. urodzin. Powstał z tego prawdziwy i przejmujący reportaż. Polecam.

30 maja 2010

Już wiem, dlaczego nienawidzę matematyki


Przygotowując pracę o dojrzałości szkolnej, przeczytałam fragment książki Dzieci ze specyficznymi trudnościami w uczeniu się matematyki znanej pedagog E. Gruszczyk-Kolczyńskiej. Poczułam się, jakbym czytała o sobie, bo pamiętam, jak bardzo nienawidziłam matematyki w pierwszych latach szkoły. A później było już tylko gorzej (no, w liceum trochę śmieszniej, bo w humanistycznej prawie wszyscy nie przepadali za liczeniem, a zdawać na maturze nie było trzeba, więc traktowano nas z lekkim pobłażaniem).

Gruszczyk-Kolczyńska opisuje sytuację, którą zaobserwowała na lekcji matematyki w klasie I:

Nauczycielka poleciła dzieciom rozwiązać samodzielnie takie zadanie:
Ewa była z mamą w lesie. Mama zabrała 4 borowiki, a Ewa 2 borowiki duże i 2 małe. Ile borowików mają mama i Ewa razem?
Sporo dzieci natychmiast podniosło ręce na znak, że znają wynik (…) Nauczycielka jednak zapytała Zosię (…). Zapytana powiedziała: w niedzielę, na grzybach, tatuś znalazł takiego borowika, a ja 2 muchomory i tata je wyrzucił. Nauczycielka zdziwiła się, machnęła ręką i powiedziała: siadaj. Ciekawa była reakcja dzieci. Tylko niektóre śmiały się z wypowiedzi Zosi. Pozostałe uznały, że można opowiedzieć o własnych doświadczeniach z grzybami, jeśli mówi się o grzybach. I one niezbyt ostro rozróżniały konwencję, tę obowiązującą na co dzień – gdzie wymienia się w rozmowie doświadczenia życiowe – od tej, obowiązującej w szkole, przy rozwiązywaniu zadań.


Opisuje także, co się dzieje, kiedy nauczyciel próbuje przedstawić dzieciom istotę liczby naturalnej – kiedy ze zbioru 6 żyraf, 6 motyli, 4 jabłek, 5 słoni, 3 gruszek i 7 baloników, dziecko ma wybrać zbiory równoliczne. Niektóre dzieci nie potrafią jeszcze zrozumieć, że 6 żyraf i 6 motyli to tyle samo, bo przecież żyrafy są duże, a motyle małe…

Z badań pani profesor wynika, że około 30% siedmiolatków i 69% sześciolatków (badania prowadzone we wrześniu) nie posiada jeszcze zdolności do operacyjnego rozumowania na poziomie konkretnym. Zobrazuję to przykładem. Dziecko mogłoby w następującej sytuacji zachowywać się tak:

Kładę przed dzieckiem 6 dużych i 6 małych, różnokolorowych krążków.
Duże krążki układam w „komin”, a małe ugrupowuję obok i pytam:
Ja: Czy jest tyle samo krążków małych i dużych?
Dziecko: Nie.
Ja: Dlaczego tak myślisz?
Dziecko pokazuje „komin” i mówi: Bo tutaj jest więcej.

Dziecko na poziomie przedoperacyjnym nie potrafi też np. ułożyć patyczków od najmniejszego do największego. Bez tych umiejętności rozpoczęcie nauki matematyki i rozwiązywanie zadań w szkole jest niemożliwe. Nie wiem, jak pomagać takim dzieciom, moim zadaniem było zdiagnozować dojrzałość dziecka do uczenia się matematyki i tyle, kserówka mówi o tym, jak to zbadać i jakie błędy popełniają nauczyciele. Chciałam tylko wyrazić swoje zdziwienie, że nauczyciele klas początkowych mogą nie wiedzieć takich rzeczy. Rodzice – ok, jestem w stanie zrozumieć, że mogą się denerwować i martwić, kiedy dziecko nie potrafi dodać nawet małych liczb, ale nauczyciele chyba powinni posiadać taką wiedzę, tymczasem…

Tutaj też zacytuję autorkę książki:

Dorośli, niestety także i nauczyciele, nie mają elementarnej wiedzy o tym, jak bardzo różni się ich rozumowanie od dziecięcego myślenia. Zbyt rzadko także szanują inność logiki dziecka. Dlatego:

1. Zmuszają dzieci do rozwiązywania zadań nie bacząc, czy są one im dostępne. Ponieważ zadania te wydają się dorosłym łatwe, niemożność rozwiązywania ich przez dziecko interpretują jako przejaw złej woli lub lenistwa. Dlatego zamiast przybliżyć dziecku treść zadania, są skłonni karać je za to, że rozwiązywanie zadania nie przebiega należycie.

2. Narzucają dzieciom swój dorosły sposób rozumowania – przejaw logiki operacyjnej na poziomie konkretnym lub formalnym (to już jest w ogóle kosmos, bo każą dziecku liczyć na liczbach zamiast na żyrafach i motylach – dopisek mój). Nie dostrzegają, że takie myślenie jest dziecku jeszcze obce i niezgodne z jego sposobem ujmowania rzeczywistości. Co więcej, jeżeli dziecko ujawnia swój punkt widzenia, jest karcone lub wyśmiewane.

3. Przekazują dzieciom polecenia (np. wskaż zbiory równoliczne – dopisek mój), a także wyjaśniają im problemy za pomocą słów i zwrotów, których one nie znają lub inaczej rozumieją. Na dodatek dzieci nie potrafią nawet wyrazić słowami, czego nie pojmują, gdyż nie są w stanie powtórzyć tego, co mówił dorosły, a cóż dopiero podjąć dyskusję i określić swe wątpliwości.



Mogłabym pomyśleć, że pani profesor przesadza, bo TAK NIE MOŻE BYĆ, ale przecież sama coś takiego przeżyłam. Nie rozumiem matematyki. Nie rozumiałam jej od samego początku, a potem tylko powtarzałam to magiczne zdanie. A przecież zawsze jakoś zaliczałam sprawdziany, tylko to okrutne zniechęcenie…

;-)