7 lipca 2018

Marino, może kiedyś przyjedziesz do Krakowa?

Długo poszukiwałam odpowiedzi na pytanie, czy w imię sztuki można robić sobie krzywdę i gdzie jest granica między artyzmem a chorobą. I nie znalazłam jej.

Wprawdzie w biografii Abramović można doszukać się powodów jej zachowania, usprawiedliwienia dla cielesnych eksperymentów, poznawania granicy własnego bólu, za którą widziała już tylko wolność. Jednak zagłębiając się w historię jej życia i rozumienie przez nią sztuki, coraz bardziej oddalałam się od typowego dla siebie diagnozowania. Zaczęłam myśleć o jej sztuce jak o części jej życia. I części jej ciała.

Może siła performansu tkwi w tym, że tutaj nie można niczego poprawić, niczego udawać. Artysta i dzieło stanowią jedną całość, wszystko odbywa się tu i teraz. Prawdziwe są emocje Mariny i widzów, którzy stają się elementem spektaklu. I jak to w tłumie - czasami puszczają im hamulce.

Gdybyś zechciała powtórzyć "Artystkę obecną" w Krakowie, chętnie ustawiłabym się w kolejce.

12 czerwca 2018

Figura matki

zamiast trwalsza niż ze spiżu
ona stoi z papierosem w dłoni
kierując się logicznym wywodem
że nikt w rodzinie nie umarł na raka
więc i ona nie będzie go miała

nic tak nie boli jak myśl że kiedyś
pozostaną po niej tylko czarno-białe zdjęcia
na których marzyła o długim dobrym życiu
z mężczyzną którego nie spotkała
i z dziećmi którym przekaże swoją siłę

Wenus z Willendorfu
tylko szczupła
i kardiologiczna