28 lipca 2010

Początek wakacji

Lublin
Nałęczów
Puławy Miasto
Dęblin
Pilawa
Warszawa Wschodnia
Warszawa Centralna
Warszawa Zachodnia
Sochaczew
Łowicz Główny
Kutno
Koło
Konin
Września
Poznań Główny
Krzyż

i dalej osobowym:
Stare Bielice
Nowe Drezdenko
Stare Kurowo
Strzelce Krajeńskie Wschód
Sarbiewo
Górki Noteckie
Santok
Gorzów Wielkopolski
Gorzów Wielkopolski Wieprz
Łupowo
Bogdaniec
Nowiny Wielkie
Witnica
Kamień Mały
Dąbroszyn
Kostrzyn

To moja trasa na jutro :-) Moja i Agnieszki z Siedlec (dlatego nie jadę z Dęblina).
Mam nadzieję, że wrócimy całe i zdrowe.
Ahoj, przygodo!

18 lipca 2010

Proszę, nie bij. Elfriede Jelinek „Pianistka”

Zacznę od tego, co dla mnie ważne – języka. Niestety język Pianistki nie przypadł mi do gustu. To znaczy tłumaczenie. Zdania, być może zgrabnie ułożone po niemiecku, w tłumaczeniu Ryszarda Turczyna brzmiały dziwacznie.

Książka opowiadana jest „nerwowo”, jak gdyby narratorka chciała wyrzucić z siebie jak najszybciej wszystkie brudy duszy, do tego trochę poetycko. Niektórym może wydawać się wulgarna. Mnie najbardziej przeszkadzał język, zawiły i sztywny jednocześnie, chociaż czytałam, że książki Jelinek niezwykle trudno przetłumaczyć, więc biorę na to poprawkę. Co ciekawe, w ogóle nie występują tam dialogi. Wydarzenia swobodnie przeplatają się ze wspomnieniami i przemyśleniami głównej bohaterki.

Bardzo interesowała mnie historia Eriki Kohut i jej nienormalnej matki. Może dlatego, że więzi łączące matkę i córkę są najsilniejszymi i najbardziej bezwarunkowymi w życiu. Postanowiłam sięgnąć do artykułu Michała Czernuszczyka pt. Córka pod matczynym płaszczem z zeszłorocznych Charakterów. Psycholog pisze, że matka może identyfikować się z córką, lokując w niej swoje lęki, ograniczające postawy i przekonania. Jeśli matka żyje tylko dla dziecka, jego wybory, które się jej nie podobają, ale niekoniecznie są złe, po prostu inne niż ona by sobie życzyła, może traktować jako własną porażkę. Czasem matka nie pozwala odejść dziecku, każde zachowanie wbrew niej, wywołuje w dziecku, nawet kiedy jest już dorosłe, ogromne poczucie winy.

O tym właśnie opowiada Pianistka, ale w życiu czterdziestoletniej Eriki, jej przywiązanie do matki, przybrało karykaturalne wręcz rozmiary. Ponadto matka tak naprawdę nie kochała jej. Sadystycznie odbierała jej osobowość, możliwość podejmowania decyzji, zasłaniając się postępowaniem w imię jej dobra:

Po trudach dnia córka wrzeszczy na matkę, żeby ta wreszcie pozwoliła jej prowadzić własne życie. Już choćby ze względu na wiek powinna mieć do tego prawo, drze się córka. Matka każdego dnia odpowiada, że matka wie lepiej niż dziecko, bo nigdy nie przestanie być matką.


Erika to kobieta niezadowolona z siebie, ubezwłasnowolniona, głęboko nieszczęśliwa. Nie potrafi wyrwać się z ramion okrutnej matki, która skutecznie uzależniała ją od siebie przez całe życie. Erika jest dorosła, ale słucha jej jak mała dziewczynka. Nienawidzi ludzi, brzydzi się ich, nienawidzi siebie i swojego ciała. Nie potrafi kochać, nie ma przyjaciół i wie, że nigdy nie zaspokoi ambicji matki, a tym samym swoich. Tłumiona od młodości seksualność prowadzi do zaburzeń sado-masochistycznych.

Kiedy poznaje Waltera Klemmera, studenta politechniki kochającego muzykę, jej życie bardzo się komplikuje…

Wybrani partnerzy życiowi ścisną ją jak obcęgi, jak szczypce raka: matka i uczeń Klemmer. Obydwojga naraz mieć nie może, ale osobno też nie, bo natychmiast straszliwie brakuje jej tego drugiego.


Świetnie zekranizował Pianistkę Michael Haneke. Czytając, widziałam twarze Isabelle Huppert i Benoita Magimela.

Jelinek dotknęła ważnego problemu – relacji matki i córki, która może być dla dziecka dobrym startem, ale także zniszczyć mu psychikę. Nie zawsze matka kocha i jest dobra. A jeśli nie kocha, tylko wymaga, gani i ogranicza, świat może wyglądać jak świat Eriki:

Obydwie kobiety śpią przytulone do siebie. Nocy zostało już niewiele, zaraz dzień zapowie swoje pojawienie się nieprzyjemną jasnością i uciążliwymi głosami ptaków.

15 lipca 2010

Sen się spełnił

Dostałam się na dzienną psychologię i jestem bardzo, bardzo szczęśliwa! Chyba z radości kupię sobie książkę Olgi Tokarczuk. Mój polski, mój ukochany język... :-)

10 lipca 2010

Manifest do Samej Siebie

W babcinej kuchni spoglądam na kalendarz. Potem na drugi. 10. i 8. lipca (kiedy to piszę jest 9.). Przypominam sobie tunel czasoprzestrzenny utworzony w tym miejscu przez babcię, której razem z majem niechcący zerwał się czerwiec. Kalendarz z wyrywanymi co dzień kartkami wskazywał więc dobrą datę, a ten miesięczny – lipiec. Pomiędzy nimi był zawieszony czas, a w nim moje przemyślenia. Głupie, mądre, w każdym razie długie. Zastanawiałyśmy się z siostrą czy by nie zerwać teraz lipca, ale z drugiej strony wystarczy przesunąć kwadracik kawałek dalej i znowu jest metafizycznie.

Słucham sobie Requiem Mozarta (niechlubnie ściągniętego przed chwilą z Internetu) i myślę o tym, co powiedziała mi dzisiaj Spokojna Pani. Miewam u niej lepsze i gorsze momenty, dzisiaj był ten lepszy, bo obie stwierdziłyśmy, że mój horyzont myślenia z wąskiego paska zaczyna robić się trójkątem. To nic, że na świat muszę popatrzeć zupełnie inaczej niż dotychczas i przekonać siebie, że umysł zniekształca rzeczywistość. Przemyślę to dokładnie, potrzebne jest mi tylko trochę czasu.

Przydałby mi się manifest. Manifest do Samej Siebie, w którym przyznaję, że idealizm więcej w moim życiu zniszczył niż zbudował. To czubek góry lodowej, skutek wszystkich przykrych wydarzeń, które mnie ukształtowały. Tak naprawdę przecież każdy człowiek po bliższym poznaniu okazuje się tylko zwykłym człowiekiem. Albo aż. Czy będę miała odwagę go napisać?

A tak w ogóle to nie mogę doczekać się Woodstocka! :D

9 lipca 2010

Licho nie śpi. Jarosław Iwaszkiewicz „Matka Joanna od Aniołów”

Iwaszkiewicz wykreował postacie dążące do świętości, a jednocześnie bardzo ludzkie. W księdzu Surynie, bogobojnym i refleksyjnym jezuicie nie podobało mi się tylko jedno – że nie dał parobkowi nic do jedzenia przez cały dzień, a sam się najadł w karczmie. Reszta była w porządku. Wszystkie jego upadki można wytłumaczyć uczuciami. Zniewalającymi namiętnościami… No ale nie ma się czemu dziwić, jeśli siedział w klasztorze od 13 roku życia, to nigdy nie miał szansy przeżyć i odżałować cielęcej miłości… :-)

Opętana matka Joanna to ciekawa postać. Zło panoszące się w jej duszy powstało z tak naprawdę trywialnych powodów.

Opowiadanie jest niepozbawione humoru, język nieco archaiczny, opisy plastyczne. Czyta się przyjemnie.

Jakiś czas temu widziałam film, Matka Joanna trochę inaczej tam wyglądała niż ją opisywał autor :-) Ale i tak bardzo lubię to zdjęcie:

6 lipca 2010

Delficka wyrocznia psychiatrii. Antoni Kępiński „Schizofrenia”


Jestem oczarowana sposobem, w jaki A. Kępiński pisał o schizofrenii (ze względu na to, że koncentrują się w niej najważniejsze zagadnienia ludzkiej psychiki jest ona określana jako delficka wyrocznia psychiatrii). Naukowo, a zarazem bardzo humanistycznie i przystępnym językiem. Podobny szacunek do pacjenta zauważyłam we wspomnieniach włoskiego psychiatry Andreolego Vittorina – Moi wariaci (słowo wariat miało dla niego, podobnie zresztą jak dla mnie, pozytywny wydźwięk). Książki te pokazały mi, że bycie psychiatrą to coś więcej niż bycie lekarzem.

Schizofrenia zawiera obraz kliniczny choroby, opis świata schizofrenicznego (tematykę, strukturę, koloryt) i krótki rozdział dotyczący leczenia. W próbie zrozumienia tej choroby bardzo pomagały przykłady z życia pacjentów krakowskiego szpitala psychiatrycznego, w którym pracował Kępiński (podany niżej przykład mowy schizofrenicznej) czy opisy twórczości schizofreników itd.

Oto dziwaczna skarga chorego, w której możemy zauważyć niezwykłe skojarzenia i swobodnie tworzone neologizmy, przy jednoczesnym zachowaniu poprawności gramatycznej:

Jestem istotnie skrajnie osłabiony, dzięki nieodpowiedzialnym machinacjom rodzin i redaktora X, który w bezczelny sposób uważał za stosowne wtrącać się w moje życie i poglądy osobiste. Lekarze, którzy to zaaprobowali, to jedna klika pozostająca pod rozkazami tych z Nafty, naftowców, nafciarzy, nafcików, nafciuchów. To oni chcą mnie zakanistrować, zakastrować, tak, jestem kastratem psychicznym, nie wierzę w żadne leki lekarzy, nie ufam ludziom, bo to jest pomaganie, pomachtanie, wermachtanie, Wehrmacht. Ja to znam, w knajpach, bo to jest wszystko knajpa, mówią może śledź, może kompocik, może bez kompociku, może herbata, może bata. Znam to dobrze, nie ma o czym mówić.

A to jest rysunek pt. Trójpostać (1954) Edmunda Monsiela, artysty-samouka, który w 1943 roku doznał olśnienia schizofrenicznego i podpisał obraz następującymi słowami: „Pan Jezus objawił się w Wielki Piątek 1943r.” Monsiel był artystą, w którym choroba wyzwoliła talent plastyczny. Tworzył w ukryciu, dopiero po śmierci odkryto setki jego rysunków. Obrazy schizofreników przedstawiają zwielokrotnione części ciała, natłok form i postaci, ścisłe wypełnienie po brzegi powtarzającymi się kształtami.



Jedną z lektur polecanych przez autora posłowia, Andrzeja Cechnickiego, jest Byłam po drugiej stronie lustra, którą czytałam wcześniej. Można powiedzieć, że książki lekarza i byłej pacjentki wzajemnie się uzupełniają.

Bardzo dużo podkreślałam w tej książce, jest dla mnie ważna. Traktuję ją jako wstęp do przyszłej nauki psychopatologii.