31 grudnia 2009

2010!

Dużo zdrowia i pieniędzy, bo bez tego to ani rusz.
I jeszcze dobrej muzyki ;)
tym, którzy tu wpadają
życzy Olka

Lulu - Shout
video

29 grudnia 2009

Stanisław Barańczak "Chirurgiczna precyzja"

Stanisław Barańczak

Nowe zarazy

Nowe zarazy, uodpornione
na nasze – taką budzące ufność! –
szczepionki; jeszcze jedną osłonę
uznać za próchno?

Gorzej: za śnieżnobiały parawan,
wszechhigieniczny powód do dumy,
z którym się jednym ciosem rozprawia
maczeta dżumy

w jej ulepszonej, to znaczy sroższej
dla ofiar, to znaczy dla nas, wersji?
Kto najstaranniej sterylny, ostrze
poczuje pierwszy?

Fatalne będzie w tej epidemii
również to, że choć mikrob zuchwały
jest nowy – wszyscy prawić zaczniemy
stare banały.

Co za okazja do mów i kazań!
Dla moralisty – temat jak znalazł:
Grzęźliśmy w grzechu, więc… - tu zaraza
przerwie mu zaraz.

Telewizyjny ekspert przypomni
wątpliwość, której Wolter dał wyraz:
Kara jest niewspółm… - i, nieprzytomny,
twarzą w stół: wirus.

Najgorzej, jeśli przeżyje pisarz:
będzie zapychał całkiem bezkarnie
plagiatem z Defoe albo Camusa
puste księgarnie.

Ja jednak wierzę w laboratoria
i w to, że wre w nich dzień i noc praca:
nie bez powodu je Nobli gloria
przecież ozłaca.

Ale nie, serio: gdyby z tej pracy
nic wyjść nie miało oprócz omyłek,
wciąż byłbym wdzięczny cywilizacji
za sam wysiłek,

za traktowanie po ludzku stworzeń,
które przymknięta próżni powieka
nakrywa na tym samym wciąż losie
tylko-człowieka.


Ciekawe to spojrzenie Barańczaka na świat. Jest przenikliwe, ironiczne, ciepłe. Nie czyta się tego tomiku zbyt łatwo. Autor upodobał sobie długie, zawiłe zdania. Najpierw czytałam je powoli, jeśli występowały tam jakieś nieznane mi słowa, sprawdzałam ich znaczenie i potem czytałam wiersz szybko, wtedy dopiero nabierał sensu. Nad każdym utworem musiałam się zastanowić. Ale nie czułam, że autor się mądrzy. Jego poezja to raczej opis. Skrupulatny opis rzeczywistości, często zwyczajnej. Barańczak posługuje się przy tym z lekkością językiem. Ustawia obok siebie wyrazy podobnie brzmiące, pełno w jego tekstach skojarzeń, aluzji, powtórzeń. Bawi się z czytelnikiem i zmusza do myślenia.
Komu przyszłoby do głowy, żeby nowo narodzone dziecko nazywać „debiutantem w procederze”?
Ze szkoły pamiętam Garden party i utwór pisany wielkimi literami o tytule:
TEKST DO WYGRAWEROWANIA
NA NIERDZEWNEJ BRANSOLETCE,
NOSZONEJ STALE NA PRZEGUBIE
NA WYPADEK NAGŁEGO ZANIKU PAMIĘCI.

Wtedy Barańczak mnie za bardzo nie poruszył. Teraz zamyśliłam się nad Chęciami, uśmiechnęłam się czytając Dialog duszy i ciała czy Albę lodówkową.

Tomik jest dedykowany Ani. Rozpoczyna go tłumaczenie utworu Emily Dickinson:
Chirurdzy muszą być ostrożni,
Gdy biorą w dłonie pieczołowicie
Skalpel – pod jego cienkim ostrzem
Rusza się Winowajca – Życie!


Jasne, chwilami męczyła mnie ta jego lingwistyczna pogoń. Niedokładne czasem rymy. Bywało, że język się łamał (kiedy się czyta po cichu, język też się rusza). Ale to nic. Po jego przeczytaniu zrobiło mi się lepiej. Naprawdę. Ta poezja to dystans do siebie. I subtelne szukanie Człowieka poprzez Żart.

A teraz koniec z egzaltacją i pora poczytać kserówki. Bo jedno koło już niezaliczone :D

27 grudnia 2009

Kobiety zawiedzione

Janda się zawiodła na swoim facecie, a ja na pasterce. Ale po kolei.

Postać Simone de Beauvoir ciekawi mnie już od jakiegoś czasu. Chciałam nawet zajrzeć do jej najważniejszego dzieła pt. Druga płeć, ale kiedy zobaczyłam, ile ma stron, stwierdziłam, że w roku akademickim to przedsięwzięcie odpada. Poszukałam więc czegoś krótszego i tak trafiłam na jej opowiadanie w formie pamiętnika - Kobieta zawiedziona. Jest to historia 44-letniej Paryżanki - Moniki, która żyła życiem swojego męża - Maurycego i córek. Córki dorosły i wyprowadziły się z domu. Monika wkrótce potem dowiaduje się o romansie męża. Za radą przyjaciółki pozwala Maurycemu na ten romans. I tak zaczyna się jej taplanie w błocie neurotycznego uczucia, przedziwnej mieszanki poświęcenia, cierpienia, cierpliwości, uległości i nadziei. Najpierw okłamuje samą siebie, potem zaczyna się buntować, a na końcu ogarnia ją zniechęcenie i depresja. Z pogodnej, kochającej i dobrej żony przemienia się w zalęknioną, samotną kobietę bez pracy, planów na przyszłość i bez mężczyzny, który był dla niej wszystkim, którego obsesyjnie próbowała zatrzymać przy sobie i bez którego czuje się nikim.
Zastanawiam się, czy to jest przestroga dla mnie. Czy może takie są prawa miłości, a Simone chciała mnie zawczasu uświadomić – miłość trwa kilka lat, potem się kończy i do widzenia. Czy może napisała to dla kobiet, którym jest głupio, że całe życie poświęciły jakiemuś facetowi, zamiast same się rozwijać, żyć swoim życiem, a miłość traktować jako jego cząstkę. Cząstkę, a nie wszystko.

Na podstawie tego opowiadania powstał w 1995 roku teatr telewizji w reżyserii Andrzeja Barańskiego z Jandą w roli głównej. Widowisko średnie, senne. Ale plakat całkiem ładny (pochodzi ze spektaklu, reżyserzy inni, ale Monika ta sama).



Co się zaś tyczy pasterki. Udałam się tam z nadzieją w sercu, że usłyszę coś mądrego, a przede wszystkim radosnego. Np. coś w stylu: „Cieszę się, że tutaj jesteście i możemy razem świętować z okazji narodzin Pana” albo „Dzisiaj cieszymy się z narodzin człowieka, który był dobry. I tym dobrem dzielił się z innymi”. No nie wiem, coś banalnego, ale podnoszącego na duchu. Zmarznięci na dworze i cisnący się w duchocie ludzie tego właśnie potrzebowali.
Usłyszałam natomiast coś zupełnie innego. Że ekologów obchodzą tylko karpie i to, czy je zabić, czy wypuścić do rzeki. Albo co przynosi więcej zła - wycięcie choinki z lasu czy kupienie plastikowej, której wyprodukowanie niesie ze sobą zanieczyszczenie powietrza. Że ekonomistów obchodzi, ile kto wydał i czy było inaczej niż w poprzednich latach. Że gosposie biegając koło stołu, nie myślą o sprawach duchowych. I że w ogóle ludzie tylko się frustrują. Tylko się frustrują i rozwodzą. Tyle rozwodów kościelnych, czepiają się, że kościół daje rozwody. Ale nie rozumieją, że rozwody kościelne to pięć procent wszystkich rozwodów. A w rodzinach dzieje się DRAMAT. Dramat opuszczonych żon i zasmuconych dzieci. Dramat i frustracja. - I to wszystko wypowiedziane spokojnym, pouczającym głosem. Głosem mentora litującego się nad dramatem jednostki w dzisiejszym świecie. Nad frustracją tejże jednostki.

W drugi dzień świąt chodzimy na cmentarz. Jak się stamtąd wychodzi, mija się grób starego proboszcza. To był człowiek, który dosłownie grzmiał w kościele. Jego grzmienie rozpływało się po wszystkich złotych i marmurowych powierzchniach, witrażach, obrazach, twarzyczkach aniołków. Wpadało do każdego zakamarka. Do każdego ucha i każdego serca. Jego to się słuchało… Nawet jak człowieka opieprzył i człowiek poczuł się robakiem, to jednak robakiem potrzebnym i skłonnym do zmiany. On by się na pewno cieszył z Bożego Narodzenia. Tak pomyślałam przystając nad jego grobem. Było tam bardzo dużo zniczy.

24 grudnia 2009

Wigilijnie


NIE MOGĘ WYJŚĆ


NIE MOGĘ LATAĆ


NIE MOGĘ ODPŁYNĄĆ ZBYT DALEKO


NIE MOGĘ ZASNĄĆ


NIE MOGĘ DOSIĘGNĄĆ


NIE MOGĘ CIĘ ZJEŚĆ


JUŻ NIC NIE MOGĘ

A Ty? Ty możesz sobie wyobrazić wszystko. Że jesteś wolny. Że możesz latać i sięgasz nieba. Że możesz odpłynąć bardzo daleko. A potem wrócić. Że wszystko możesz.
Ale tylko dzisiaj :P
Bo dzisiaj jest magiczny dzień. Jak byłam mała, czekałam wieczorem aż pies zacznie mówić. Potem rano byłam na siebie zła, że nie wysiedziałam do 12. Później dawałam radę poczekać, żeby porozmawiać z Mopsem. Ale Mops milczał. Być może był za mało inteligentny. W tym roku spróbuję porozmawiać z kotem :D
Zaczarowanych świąt :)

22 grudnia 2009

Wojna polsko-ruska

Madzia zapytała mnie dziś, czy obejrzymy Wojnę polsko-ruską.



Nie przypuszczałam, że film na podstawie książki dresiarskiej może mi się spodobać. Zdziczała historia o patologii miała jednak w sobie coś pociągającego. Głębię? Czy może pociągnęła mnie głęboko w dół? Ciężko powiedzieć. W każdym razie wywołała we mnie sporo emocji. Szyc zagrał świetnie, podobała mi się też rola drewnianej, satanistycznej Andżeli. Wczułam się w surrealistyczną atmosferę i zaczęłam w blokersach szukać utraconej wrażliwości. Nie czytałam nigdy Masłowskiej, być może kiedyś po nią sięgnę. Nie pochwalam wprawdzie stylu (do granic) potocznego, ale czuję, że coś jednak jest na rzeczy. Z jakiegoś powodu zaszumiało o niej, jedni ją polubili, drudzy znienawidzili. Wywołała skrajne emocje, a mnie takie przypadki zawsze interesują. Co do filmu - jestem na tak.

Ostatnio spodobała mi się również historia miłosna. Pełna zbiegów okoliczności, życiowych zakrętów, porażek i próbowania, żeby było dobrze. Kochanków z kręgu polarnego można by nazwać filmem o tęsknocie.



Czy Chopin za kimś tęsknił? Tytuł sugeruje, że tak, ale George Sand twierdziła, że dla Chopina liczyła się tylko muzyka. I tutaj zaczyna się mój dylemat. Czy wierzyć subtelności utworów, których autorzy nie umieją kochać? Bycie artystą niby nie ma nic wspólnego z byciem dobrym człowiekiem. Ale tak trudno uwierzyć, że dzieła mogą tworzyć ludzie, których serca zimniejsze są niż nasze… :)



Zdecydowanie bardziej sielski jest inny film o muzyce - Pan od muzyki. Film o niezwykłym nauczycielu, który nieposłusznych uczniów zaczyna traktować poważnie. Klimat trochę podobny do tego w Stowarzyszeniu Umarłych Poetów. Subtelny, bardzo przyjemny dla oka i ucha. Ten film to numer 1 w tym miesiącu. :)

20 grudnia 2009

Osobowość – czym jest?

Pewnego razu zebrało się kilku uczonych (każdy z nich uważał, że ma rację i pragnął oświecić kolegów) i zaczęli rozprawiać o tym, czym jest osobowość człowieka.
Pierwszy odezwał się facet z fajką:
- Panowie, ja zacznę. Osobowość składa się z trzech sfer – id, ego i superego. Id to nasze nieświadome popędy, ego to racjonalność, superego to nasze sumienie i ja idealne. Ego chroni nas, żebyśmy po pierwsze: nie stali się zwierzętami, a po drugie: nie stali się aniołami. Jesteśmy ludźmi, słabymi istotami, którym pozostały jedynie mechanizmy obronne po to, by chronić się przed ciągłym lękiem wynikającym z tłumienia popędów. Ale i tak szarpią nami nieuświadomione siły. A osobowość nasza rozwija się w dzieciństwie i później trudno ją zmodyfikować. Wszystko zaczyna się od fazy oralnej, potem jest analna i falliczna. Istotne są zafiksowania w tych fazach, kompleks Edypa…
- Gdzieś już słyszałem podobne niedorzeczności. – Odezwał się inny uczony. – Pan wybaczy, panie…
- Freud. Sigmund Freud.
- No właśnie. Pan wybaczy, panie Freud, ale jak pan udowodni, że istnieje id? Albo jak wyjaśni pan brak kompleksu Edypa w niektórych społecznościach południowego Pacyfiku, gdzie posłuszeństwo należy się najstarszemu bratu matki, a nie ojcu? Co do zafiksowań… hmmm… z tego, co słyszałem na temat pańskiej teorii, zafiksowanie np. na fazie analnej może powodować zarówno niechlujność jak i pedantyczność. Skąd wiadomo, która to będzie cecha? Nie ma w tej teorii przewidywań na temat zachowania jednostki w przyszłości. Jest tylko wyjaśnianie teraźniejszości, ale jak już wspomniałem, słabe metodologiczne.
Facet z fajką uśmiechnął się i rzekł:
- Proszę się przedstawić i opowiedzieć o swojej teorii.
- Moje nazwisko Allport. Jestem zwolennikiem teorii cech. Cechy to podstawowe, stosunkowo trwałe wymiary różniące ludzi między sobą. Jakiś czas temu przejrzałem słownik i znalazłem w nim 18 tysięcy pojęć, za pomocą których można by opisać osobowość. Po wyeliminowaniu wyrazów bliskoznacznych, okroiłem tę listę do 4500, ale to wciąż było za wiele. Założyłem więc, że istnieją trzy kategorie cech, które charakteryzują człowieka. Są to: cecha dominująca – pojedyncza, nadaje kierunek większości działań, następnie cechy zasadnicze – jak np. towarzyskość, jest ich od 5 do 10 i są to główne właściwości danej osoby. Oprócz tego istnieją jeszcze cechy wtórne, które wpływają na nasze zachowanie w mniejszym stopniu, jak np. lubienie lodów…
- I co z tego wynika, Gordon? Słuchaj, ja też jestem za teorią cech, ale wziąłem się za nią poważniej niż ty. Może najpierw przedstawię się pozostałym panom. Nazywam się Raymond Cattell. Określiłem podstawowe cechy człowieka za pomocą techniki statystycznej, zwaną analizą czynnikową. Miałem na celu przedstawić związki zachodzące między dużą liczbą zmiennych w postaci mniej licznych, bardziej ogólnych wzorców. Wyodrębniłem 46 cech powierzchniowych, czyli powiązanych ze sobą zachowań, a następnie 16 cech źródłowych, które leżą u ich podstaw. Dzięki mojemu kwestionariuszowi, można nakreślić dokładny portret osobowościowy osoby badanej.
- Ale po co aż 16? – wtrącił się uczony siedzący obok Cattella. – Jeśli mogę coś powiedzieć, nazywam się Hans Eysenck i podobnie jak Allport i Cattell zajmuję się teorią cech. Tak jak u Raymonda metodą mojej pracy jest analiza czynnikowa. Ale wg mnie człowieka można opisać na trzech wymiarach i będzie to opis wystarczająco dokładny. Pierwszy wymiar to ekstrawersja-introwersja (ekstrawertycy to osoby śmiałe, towarzyskie, aktywne, a introwertycy – ciche, bierne i ostrożne). Kolejny wymiar to neurotyczność-równowaga emocjonalna (neurotycy to osoby o zmiennym nastroju, drażliwe, pełne lęku). Później dodałem do mojej teorii również wymiar psychotyczności-uspołecznienia…
- Brzmi nieźle, ale każdy z panów ma własną teorię co do podstawowych cech osobowości. Która z teorii jest prawdziwa – nie wiadomo. – rzekł Burrhus Skinner. - My, behawioryści, nie mamy takiego problemu. Uważamy, że osobowość jest po prostu sumą wyuczonych reakcji na środowisko zewnętrzne. Koncentrujemy się za zewnętrznej osobie, na jej zachowaniu, które możemy zaobserwować. Stany wewnętrzne nas nie interesują. No bo po co, skoro możemy zrozumieć osobowość, poznając otoczenie człowieka i jego reakcje na różne sytuacje. Dlaczego człowiek zachowuje się w podobny sposób w różnych sytuacjach? Bo został kiedyś wzmocniony za takie czy inne zachowanie i teraz je powtarza. To nie nieświadome popędy, nie trwałe cechy, ale wzmocnienia decydują o tym, jak postąpimy. Dlatego nie jest wcale prawdą, jak panowie uważają, że osobowości nie da się modyfikować. Oczywiście, że się da. Człowiek jest nieskończenie zmienny, a dzięki terapii behawioralnej może się zmieniać na lepsze.
Na te słowa wzburzył się nieco Albert Bandura.
- Burrhus, teorie uczenia się są ok. Ale jak możesz nie zwracać uwagi na stany wewnętrzne człowieka? Przecież człowiek jest przede wszystkim tym, co ma w środku. Bardziej rozsądna jest teoria społecznego uczenia się. Społecznego, Barrhus. Procesy poznawcze człowieka – jego myśli, uczucia, oczekiwania i wartości – wywierają wpływ na osobowość. Człowiek nie musi zrobić czegoś sam, żeby wiedzieć, jakie to zachowanie będzie miało konsekwencje. Może przecież obserwować innych ludzi.
- Obserwować innych ludzi, tak? A kogo obserwowała Matka Teresa z Kalkuty? Kogo obserwował Michał Anioł? Albo Albert Einstein?
Naukowe szepty zamilkły. Każdy spojrzał w stronę człowieka, który wypowiedział te słowa. Tym człowiekiem był Carl Rogers.
- Nieświadomie, niewidoczne siły, niezmienne cechy, kary i nagrody, czynniki dziedziczne – to wszystko uczyniłoby z człowieka maszynę. Gdzie miejsce na dobro człowieka, na jego niepowtarzalność, jego chęć „wzlatywania nad poziomy”? To właśnie określa człowieka. Człowiek świadomie, podkreślam – świadomie dąży do zmiany i doskonalenia się. Posiada niepowtarzalne dla każdego impulsy twórcze. Ludzie potrzebują akceptacji. Potrzebują, żeby inni kochali ich i szanowali. Jeśli pomiędzy doświadczeniami jednostki, a jej obrazem ja występują duże rozbieżności, rodzą się konflikty…
Facet z fajką uśmiechnął się szeroko.
- Ludzie są z natury dobrzy, tak? To dość interesująca koncepcja.
- Panie Freud, czy pańskie id nie woła czasem, że pora na obiad? – zapytał Cattell, również uśmiechając się.
- Otóż to.
- Więc panowie, zapraszam na coś smacznego.
I poszli. A czym jest osobowość – nie wiadomo do dziś.

Musiałam się wyżyć, bo tego pewnie nie zaliczę :D

Czerpałam ze „Zrozumieć psychologię” Feldmana, bo czyta się tą książkę łatwo i przyjemnie.

Ach, i już nie Mikołaj, tylko Ula jest moim dzieckiem do badań. Gra w przedstawieniu jasełkowym aniołka. Adekwatnie, bo sama jest jak aniołek. Grzeczna i chętna do współpracy.
- Jak masz na imię?
- Ula.
- A ja jestem Ola.
- A ile masz lat?
- Pięć i pół.
- Pójdziesz się ze mną pobawić?
- Tak.
- Lubisz rysować? Porysujemy?
- Tak.
Wymarzona osoba badana :)))

Nie miałam za bardzo czasu czytać. W święta postaram się to nadrobić. Już zaczęłam opowiadanie kobiety o kobiecie. W końcu chcę brać udział w pewnym feministycznym projekcie ;).

6 grudnia 2009

Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki "Piosenka o zależnościach i uzależnieniach"

Po walce z Frommem, jego utopijnymi wizjami i laniem wody (w książce, która porusza poniekąd ciekawy dla mnie temat – Ucieczce od wolności), przyszedł czas na coś lżejszego. Wzięłam do ręki Piosenkę o zależnościach i uzależnieniach Dyckiego. Przeczytałam ją naraz, bo ciekawiło mnie co będzie dalej - jeden wiersz ma tam kontynuację w drugim. Powtórzenia są być może po to, żeby spojrzeć na sytuację z więcej niż jednej strony. To pomysłowe, podobało mi się.

Jednak mam ambiwalentne uczucia. Z jednej strony są wiersze, które zastanowiły mnie i poruszyły. Pisze w nich o swojej matce i troskliwej opiece nad nią, bo była osobą chorą. Pisze też o Bogu, codzienności, homoseksualizmie. Z drugiej strony czasem przemawia w sposób dosyć brutalny, jest - jak zauważono - poetą ulicy. Nie, nie gorszy mnie to, ale „to już było”. Brudna poezja jest wszędzie. Wystarczy wejść na nieszufladę i poczytać wypisywane tam okrucieństwa :P

Czegoś mi brakowało w jego poezji. Co nie znaczy, że przeczytałam ją bez przyjemności. Lubię kręcić nosem, ale przyznaję - chwilami sprawiał, że czułam się metafizycznie, jakby zwierzał mi się wrażliwy człowiek, jakbym czytała intymny list z butelki. Poza tym oczy mi błyszczą, gdy pomyślę, że szersze grono czytelników – choćby dla przyzwoitości, że Nike – zajrzy do poezji :D

Aż wstyd, że nie tknęłam Chirurgicznej precyzji Barańczaka i Zachodu słońca w Milanówku Rymkiewicza. Nadrobię!

A teraz się pochwalę. Wygrałam konkurs u snoopy’ego, którego czytam już od jakiegoś czasu i dzisiaj Matka Joanna od Aniołów Iwaszkiewicza jest już u mnie. Niech i do Was przybędzie facet z brodą. No chyba, że byliście niegrzeczni :P