13 sierpnia 2011

Sceny z życia andropauzalnego

Dwie historie starzejących się, zdradzających długoletnie partnerki mężczyzn. Zawiedzione kobiety, rozedrgani świeżym napływem namiętności kochankowie, zagubione młode siksy. Tylko gdzie tu miejsce na literaturę?

Zadaję sobie pytanie, po co w ogóle powstała ta książka? Było trochę trafnych metafor, trochę realizmu w szarpaniu się bohaterów z nudą dnia codziennego, w szukaniu czegoś, co wyrwałoby ich z odrętwienia. Było trochę opisów erotycznych scen. I to wszystko. Taki obyczajowy porno harlequin. Mam przeczucie, że ulubione romanse mojej babci są napisane z większym jajem.

Język Gretkowskiej i Pietuchy są tak podobne, że czasami zapominałam, że nie czytam już jej, tylko jego. Historie bliźniaczo do siebie podobne, usprawiedliwiające męską zdradę. Historie, które można skwitować jednym zdaniem: Takie jest życie. Większej filozofii tutaj nie widzę. Chyba że nie mam prawa jej widzieć, bo jest to książka wyłącznie po to, żeby zapchać czas. Poczytać coś w stylu historii z „Sukcesów i porażek”, ale żeby starczyło na dłużej.

A może Gretkowska pokazała w innej książce, co potrafi? Ale cóż, w bibliotece wybrało mi się taką. Nie zachęciła mnie, żeby sięgnąć po jeszcze. A co do jej partnera, psychoterapeuty - oczekiwałam większej głębi.

15 komentarzy:

  1. Nie przeczytam tej książki ze względu na okładkę. Mam uraz psychiczny do długowłosych mężczyzn o imieniu Piotr. ;-)
    A poważniej mówiąc, zwykle gdy odczekujemy od kogoś głębi, to tej głębi nie ma. Życie mi odczarowało głowę z poglądu, że psychologowie, pisarze czy artyści są z reguły głębocy.

    OdpowiedzUsuń
  2. No tak, głębia z zawodem nie musi mieć wiele wspólnego, nie ma na to reguły. Ale od terapeuty wymaga się jednak sporo refleksyjności. (Marzy mi się ten zawód, ale mam wątpliwości, czy byłabym zdolna zrozumieć człowieka, nie wczuć się za bardzo i pomóc nie dając rad). Dlatego od pana Piotra oczekiwałam czegoś bardziej niezwykłego niż opowiedzenie schematycznej historii. No ale może w gabinecie jest refleksyjny.

    OdpowiedzUsuń
  3. Hmmm... to mogą chyba stwierdzić tylko jego pacjenci. Wiem jedno, jako wieloletni uczestnik psychoterapii maści przeróżnej, widzę terapeutów w różnych stanach emocjonalnych [i bardzo często się zastanawiam, kto tu jest bardziej zdrowy - ja czy oni], mianowicie od jakiegoś dzikiego entuzjazmu po całkowity zjazd w stronę zainteresowań czystowłasnodupnych. Może pan Pietrucha ma właśnie taki zjazd?

    OdpowiedzUsuń
  4. Szkoda, że trafiałaś na takich, bo brzmi to tak, jakby daleko im było do profesjonalizmu...

    OdpowiedzUsuń
  5. Cały problem polega na tym, że inne osoby korzystające z psychoterapii miały podobne doświadczenia. I pojawia się pytanie: czy to ich zachowanie wypływa z osobistego wypalenia, czy też jest jakiś błąd w kształceniu przyszłych psychoterapeutów, bo wielu z nich wychodzi z założenia, że świr nigdy nie ma racji.
    A inną sprawą jest to, że należę do grupy pacjentów, których - po rozpoznaniu i postawieniu diagnozy - nie chce się leczyć. W sumie przestaje mnie już to dziwić. 8-)))

    OdpowiedzUsuń
  6. Chyba trochę generalizujesz, bo ja mam np. zupełnie inne doświadczenia. Chodzę teraz do drugiej terapeutki, pierwsza ma przerwę, bo jest na macierzyńskim. I jedna, i druga oświeciły mnie w wielu sprawach. Dzisiaj mogę powiedzieć, że taka pomoc była i jest mi niezbędna. Nigdy nie traktowały mnie jak świra, a diagnozę psychiatryczną pozostawiły na boku. Kiedyś wydawało mi się to dziwne, ale potem pomyślałam, że chyba to racja, bo od przepisywania leków jest psychiatra i one w tej sprawie nic zrobić nie mogły.

    Znam różne opinie, niektórym to pomaga, niektórym nie. Na pewno jest tak, że są źli terapeuci tak jak istnieją źli lekarze albo źli nauczyciele. Ale jak sama stwierdziłaś brak chęci leczenia też ma duże znaczenie. Bo nic na siłę.

    OdpowiedzUsuń
  7. Czy słowo "wielu" to już generalizacja? :-)
    Natomiast z chęcią leczenia źle się wyraziłam - nie chodzi o moją chęć, ale o chęć terapeuty. A raczej - w tym wypadku - jej brak. Jeden jedyny raz - podczas obecnej psychoterapii - zdarzyło się, że po analizie testów terapeuta nie chciał się mnie pozbyć. Ba, leczy mnie już od pół roku i nadal nie ma zamiaru tego zrobić. Jako osoba z BPD jestem przeważnie postrzegana jako pacjent najwyższej trudności.
    Nie jestem też jakoś nadmiernie sklejona z diagnozą: te trzy literki to nie jakaś abstrakcyjna kliniczna klasyfikacja, lecz konkretne, cyklicznie się powtarzające problemy, które bardzo mi utrudniają życie. A że w gabinecie działają bardzo odstraszająco... heh... cóż zrobić.

    OdpowiedzUsuń
  8. Tak, słowo wielu to już generalizacja :P. Czy dobrze zrozumiałam, że poprzedni terapeuci nie chcieli/nie potrafili Ci pomóc i odsyłali Cię z kwitkiem? Problem BPD jest mi znany, nie tylko ze studiów, ale też z życia, przyjaciółka to ma, więc wiem, o czym piszesz.

    OdpowiedzUsuń
  9. Generalizacją było by użycie "większość" albo "wszyscy". :P
    Tak, tak właśnie było. I nawet moja obecna terapeutka przyznała, że strach przed leczeniem Borderów w tzw. środowisku terapeutycznym istnieje i jest dość duży.

    OdpowiedzUsuń
  10. Trochę mnie to zaskoczyło. Strach przed pacjentem? W takim razie jestem jeszcze zielona i żyję ideałami. Chyba że spojrzeć na to z takiej strony, że ktoś nie potrafił pomóc i uczciwie o tym powiedział. Albo że terapia w BPD jest w ogóle nieskuteczna, więc zbędna (tak słyszałam, zatem leki? ale problemy przeszłości też należałoby rozwiązać). W takim razie jestem ciekawa, jak się potoczy terapia przyjaciółki...

    OdpowiedzUsuń
  11. I w tym jest pies pogrzebany. Nikt otwarcie nie przyznał, że nie posiada odpowiednich umiejętności do leczenia osoby z BPD. Zbywano mnie na różne sposoby, np. że najlepszy będzie dla mnie oddział 7 F w Krakowie-Kobierzynie. I nic nie pomagało tłumaczenie, że już skończył mi się urlop dziekański przeznaczony na leczenie i muszę wrócić na studia [więc półroczny pobyt na oddziale zamkniętym po prostu odpada]. Pikuś jeżeli pozbywali się mnie na początku, ale było też tak, że terapia trwała już kilka miesięcy, a pani psycholog stwierdziła, że dalsze leczenie mnie nie ma sensu. :]
    Terapia Borderów nie jest zbędna: owszem, leki dają dużo, ale w pewnym momencie kontakt z terapeutą, zwłaszcza, gdy np. wpada się w depresję, jest konieczny. Ale jest to też terapia bardzo trudna, trwająca wiele lat. Poza tym, żeby prowadzić Bordera trzeba mieć chyba jaja ze stali, bo jeżeli terapeuta jest w słabszej kondycji psychicznej, to osoba z BPD bardzo łatwo będzie nim manipulowała. I nie wystarczy rok czy dwa. Na terapię chodzę od 2006 i bynajmniej nie mogę powiedzieć, że jestem człowiekiem choć w połowie wyleczonym.

    OdpowiedzUsuń
  12. Teraz rozumiem Twoje zniecierpliwienie i nie dziwię się, że masz do nich taki stosunek... Ale pisałaś, że teraz trafiłaś na kogoś, kto się nie boi, więc może to nareszcie odpowiedni człowiek. Jeśli jednak i on nie pomoże, to będziesz dalej żyć na krawędzi. Mam nadzieję, że się nie obrazisz, jeśli napiszę, że wariaci są ciekawsi od normalnych ludzi.

    Jak Ty w ogóle masz na imię, JM?

    OdpowiedzUsuń
  13. Tak, kobita jest szczera i nie obiecuje mi gruszek na wierzbie, a to też bardzo ważne, bo Borderom nie można nigdy zbyt wiele obiecywać. I przynajmniej mogę mówić bez skrępowania ;-) : http://borninthe80.blogspot.com/2011/08/logika-przede-wszystkim.html
    Nie, nie obraża mnie to. Choć znowu jest w tym jakiś borderlinerowy paradoks. Jedni akceptują mnie tylko jako "normalsa" [czasami zdarza mi się nim być], inni lgną do mnie ze względu na moje wariactwo. Środka nie ma. Nie wiem, na ile symptomy BPD [i które] są silne u Twojej przyjaciółki, ale zapytają ją, czy męczą ją skrajności w jej życiu. Wtedy pewnie zrozumiesz z tego więcej.
    JM to skrót od mojego imienia i nazwiska, wymyślony jeszcze przez chłopaków w podstawówce. Na imię mi Jowita.

    OdpowiedzUsuń
  14. Zgadzam się w pełni! Na szczęście w Transie stara-młoda Gretkowska wróciła i powstał kawał świetnej literatury. Aga pr0myczek.blox:)

    OdpowiedzUsuń
  15. W takim razie kiedyś zajrzę do Transu ;)

    OdpowiedzUsuń