
Zadaję sobie pytanie, po co w ogóle powstała ta książka? Było trochę trafnych metafor, trochę realizmu w szarpaniu się bohaterów z nudą dnia codziennego, w szukaniu czegoś, co wyrwałoby ich z odrętwienia. Było trochę opisów erotycznych scen. I to wszystko. Taki obyczajowy porno harlequin. Mam przeczucie, że ulubione romanse mojej babci są napisane z większym jajem.
Język Gretkowskiej i Pietuchy są tak podobne, że czasami zapominałam, że nie czytam już jej, tylko jego. Historie bliźniaczo do siebie podobne, usprawiedliwiające męską zdradę. Historie, które można skwitować jednym zdaniem: Takie jest życie. Większej filozofii tutaj nie widzę. Chyba że nie mam prawa jej widzieć, bo jest to książka wyłącznie po to, żeby zapchać czas. Poczytać coś w stylu historii z „Sukcesów i porażek”, ale żeby starczyło na dłużej.
A może Gretkowska pokazała w innej książce, co potrafi? Ale cóż, w bibliotece wybrało mi się taką. Nie zachęciła mnie, żeby sięgnąć po jeszcze. A co do jej partnera, psychoterapeuty - oczekiwałam większej głębi.