Polubiłam Szymborską. Kilka jej wierszy: "Z nie odbytej wyprawy w Himalaje", "Rozmowa z kamieniem" czy "Chwila" uważam za genialne. Tak, to prawda, jest z niej poetka "szkolna". Dobrze jest wiedzieć na polskim, że Sienkiewicz 1905, Reymont 1924, Miłosz 1980 i Szymborska 1996. Zmuszanie uczniów, by powiedzieli to, co o wierszach noblistki powiedzieć należy - męczące. I w Partii była. Do 1966 (o wierszu "Lenin" na lekcji się nie dowiemy). I studiów nie skończyła (tak, Szymborska nie ma nawet magistra). Ale niewielkie to wszystko ma znaczenie, jeśli potrafi się pisać tak mądrze jak ona. Kiedy się skończy szkołę, warto do niej zajrzeć. Wnikliwa obserwacja, wielkie poczucie humoru, ironia i niezwykłe zestawienia słów - to cechy tej poezji. No powiedzmy - jej części.
Tak pani Wisława napisała o profesorze, który po urazie mózgu, nie wrócił do pełnego zdrowia:
Dwa plus dwa, profesorze?
Dwa - mówi profesor.
Jest to odpowiedź lepsza od poprzednich.
Jej komentarz ukazuje zadumę nad człowiekiem, nad jego kruchością, niewiedzą, niepewnością losu.
Ciekawie pisze Szymborska o uczuciach. W wierszu "Miłość szczęśliwa" podmiot liryczny ocenia to uczucie jako niesprawiedliwe, rzadkie, po prostu dziwne.
(...) Czy to jest normalne,
czy to poważne, czy to pożyteczne -
co świat ma z dwojga ludzi,
którzy nie widzą świata?
O miłości nieszczęśliwej, tragicznej, jednostronnej - powstało wiele dzieł. Natomiast szczęśliwy związek zdaje się być dla samotnych ludzi tematem tabu, czymś niemożliwym:
Takt i rozsądek każą milczeć o niej
jak o skandalu z wysokich sfer Życia.
Poetka podsumowuje utwór następująco:
Niech ludzie nie znający miłości szczęśliwej
twierdzą, że nigdzie nie ma miłości szczęśliwej.
Z tą wiarą lżej im będzie i żyć, i umierać.
Kto inny zrobiłby to lepiej? Warto wierzyć w miłość szczęśliwą, ludzie w nią nie wierzą, bo wolą uniknąć rozczarowań. W ten sposób odbierają sobie szansę jej przeżycia - stara się nam przekazać.
O śmierci pierwsza dama polskiej poezji potrafi żartować. W wierszu "Nic darowane" pisze:
Za późno na zerwanie warunków umowy.
Długi będą ściągnięte ze mnie
wraz ze skórą.
Dystans do siebie i do ulotności życia pokazuje także w utworze pt. "Nagrobek":
Tu leży staroświecka jak przecinek
autorka paru wierszy. Wieczny odpoczynek
raczyła dać jej ziemia, pomimo że trup
nie należał do żadnej z literackich grup.
Ale też nic lepszego nie ma na mogile
oprócz tej rymowanki, łopianu i sowy.
Przechodniu, wyjmij z teczki mózg elektronowy
i nad losem Szymborskiej podumaj przez chwilę.
Warte przeczytania są również jej słowa dotyczące poezji. Jest ona czymś wyjątkowym, ale rzeczy wyjątkowych jest na tym świecie niezliczona ilość. Czym ona jest? - poetka nawet nie próbuje udawać, że zna odpowiedź na to pytanie. O tym pisze w wierszu pt. "Niektórzy lubią poezję":
Niektórzy -
czyli nie wszyscy.
Nawet nie większość wszystkich ale mniejszość.
Nie licząc szkół, gdzie się musi,
i samych poetów,
będzie tych osób chyba dwie na tysiąc.
Lubią -
ale lubi się także rosół z makaronem,
lubi się komplementy i kolor niebieski,
lubi się stary szalik,
lubi się stawiać na swoim,
lubi się głaskać psa.
Poezję -
Tylko co to takiego poezja.
Niejedna chwiejna odpowiedź
na to pytanie już padła.
A ja nie wiem i nie wiem i trzymam się tego
Jak zbawiennej poręczy.
Dobrze, dosyć tych peanów. Tak naprawdę od niedawna lubię kilka wierszy Szymborskiej. I przeczytałam o niej tylko dwa artykuły, jeden stąd, a drugi z wikipedii. :)
Na koniec chciałabym jeszcze pozdrowić pacyfistów (prawdopodobnie z Wiślanej), którzy uświadomili mnie, że "pacyfista to przeciwnik wojny i zwolennik pokoju" oraz zachęcali do czynienia dobra hasłami "Dajcie szansę pokojowi, dajcie szansę miłości" na kilku stronach tomiku Szymborskiej. Kochani, możecie spać spokojnie, w Dęblinie na razie nic złego się nie dzieje. :)
24 lipca 2009
15 lipca 2009
"Oranżeria naszej planety - dżungla"
Podróże kształcą. Dlatego byłam ostatnio w dżungli.
A to za sprawą pięknego serialu przyrodniczego, który powoli zdobywa moje serce - Planeta Ziemia. Ósmy odcinek opowiada o dżunglach. I na koniec padają tam takie słowa: "Ogromna różnorodność lasów tropikalnych ma swoją cenę. Uczyniła je jednymi z najbardziej zrównoważonych ekosystemów na Ziemi. Ale też naraziła na niszczenie przez inną, wielką małpę, bliskiego kuzyna szympansów - człowieka".
Darwin wygłosił swoją teorię już jakiś czas temu, jednak takie słowa zawsze przerażają mnie i fascynują. Zupełnie jak te o nieskończoności wszechświata, o tym, że nie jesteśmy sami, że są gdzieś inne rozumne istoty. Tak samo zadziwia mnie fakt, że kiedyś biegałam owłosiona po dżungli. Zwykle ludzie nie zastanawiają się nad tym. Bo nie mieszkamy wśród rajskich ptaków, a i na niebo spoglądamy tylko czasem.
Traf chciał, że po powrocie z dżungli przeczytałam wiersz Herberta Wstydliwe sny. Pasował do odcinka, więc zwiększył siłę jego oddziaływania. Utwór zaczyna się w taki sposób:
Metamorfozy w dół do źródeł historii
utraconego raju dzieciństwa w kropli wody
Podmiot liryczny pragnie cofnąć się do źródeł historii, raju (w domyśle czasów przed człowiekiem), do okresu, kiedy kropla wody stawała się przyczyną początku życia. W kolejnych trzech zwrotkach zastanawia się nad życiem zwierząt - "przodków" człowieka:
ucieczki pościgi przez mysie korytarze
owadzie wędrówki na dno kwiatu
ostre przebudzenie w gnieździe wilgi
albo czujny bieg po śniegu w skórze wilka
i nad krawędzią przepaści wielkie wycie do pełni
nagły strach kiedy wiatr przynosi zapach mordercy
cały zachód słońca w rogach jelenia
spiralny sen węża
wertykalnie czuwanie płastugi
Potem następuje fragment, który lubię:
to wszystko jest zapisane w atlasie naszego ciała
i w skale czaszki odciśnięte jak portret przodków
więc powtarzamy litery zapomnianej mowy
Ślady tamtych zwierząt poeta odnajduje w człowieku, bo naszą budowę ciała zawdzięczamy istotom żyjącym przed nami. Nasze ręce, nogi, twarz są skutkiem ewolucji, czy to nie jest niesamowite? "Przypominamy" o dawnych stworzeniach.
tańczymy nocą przed posągami zwierząt
ubrani w skórę łuski pióra i pancerze
nieskończona jest litania naszych zbrodni
Tutaj podmiot liryczny porównuje człowieka pierwotnego z homo sapiens sapiens. Kiedyś oddawaliśmy kult posągom zwierząt, dzisiaj oddajemy kult innym przedmiotom i ideom, ale wciąż od zarania dziejów - popełniamy błędy, zbrodnie, krzywdzimy. Jako jedyne istoty czynimy zło, bo tylko my posiadamy sumienie, które nam o tym mówi.
W ostatniej strofie wiersza, podmiot liryczny zwraca się do "dobrych duchów" (tych, które chroniły pierwotnego człowieka?):
dobre duchy nie odtrącajcie nas
zbyt długo błądziliśmy po oceanach i gwiazdach
strudzonych ponad miarę przyjmijcie do stada
Tak dużo czasu musiało minąć, zanim na Ziemi pojawiła się inteligencja. Człowiek płaci za to, że myśli i odczuwa emocje, swoim smutkiem, złością, złem, jest strudzony poszukiwaniami, tymi codziennymi i tymi wielkimi. W tej zwrotce pojawia się ironia - istota ludzka, choć niezwykła, jest tak naprawdę skazana na strach, niepewność, zależność. Istnieje coś większego od człowieka, coś, czego nie potrafimy pojąć. Jesteśmy częścią układanki, musimy się z tym pogodzić. Nasz wygląd, nasze umysły są małym fragmentem Życia.
A co wtedy, gdy porównanie człowieka i zwierząt jest bolesne? Kiedy nie chodzi już o to, że są naszymi przodkami, ale że pozbawiając siebie wrażliwości, upodobniamy się do nich? Co wtedy, gdy zabijamy tak jak one? Cofamy ewolucję? Nad tym zastanawiał się K.K. Baczyński w swoim wierszu Lasem:
Chodzę lasem, zostawiam nie ślady, lecz tropy
i sapię w wąskiej norze oddechem włochatym.
Czy to prawda, że żyłem rybą przed potopem
i że jestem dziś wilkiem kochającym kwiaty?
Jakże płyną te sosny? sierść ma zapach ostry.
Patrzę wam prosto w oczy, a krok mój jest wiekiem.
Gdzie las się kończy nagle fioletowym ostem -
myśliwy z psem, który też był kiedyś człowiekiem.
Wojenna rzeczywistość sprawia, że podmiot liryczny czuje się jak wilk (homi homini lupus est?). Ewoluował (był rybą przed potopem) po to, by z człowieka ponownie stać się niższą istotą (walczyć, zabijać). Ale nadal kocha kwiaty - rozmyśla o pięknie, którego obraz został zniszczony wojną. Żołnierz idzie lasem, mija sosny, a jego krok jest wiekiem - cierpiąc z powodu obowiązków żołnierza, być może po zabiciu kogoś, na powrót staje się człowiekiem dobrym, myślącym, buntującym się. Należy wspomnieć, że Baczyński przed wojną był pacyfistą. Nie jestem w stanie wyobrazić sobie, jak bardzo musiał cierpieć, kiedy zabił człowieka po raz pierwszy. To pomieszanie poziomów, etapów w dziejach świata przyprawia go o obłęd.
Czy ewolucja doprowadzi do tego, że zostają z nas tylko karaluchy? III wojna miałaby się podobno tak kończyć. Być może, ale Sted swoim utworem Człowiek człowiekowi wznieca w nas iskierkę nadziei:
Człowiek człowiekowi wilkiem
Człowiek człowiekowi strykiem
Lecz ty nie daj się zgnębić
Lecz ty nie daj się spętlić
Człowiek człowiekowi szpadą
Człowiek człowiekowi zdradą
Lecz ty nie daj się zgładzić
Lecz ty nie daj się zdradzić
Człowiek człowiekowi pumą
Człowiek człowiekowi dżumą
Lecz ty nie daj się pumie
Lecz ty nie daj się dżumie
Człowiek człowiekowi łomem
Człowiek człowiekowi gromem
Lecz ty nie daj się zgłuszyć
Lecz ty nie daj się skruszyć
Człowiek człowiekowi wilkiem
Lecz ty nie daj się zwilczyć
Człowiek człowiekowi bliźnim
Z bliźnim się możesz zabliźnić
Sted wprawdzie trochę przegiął w zabliźnianiu się z bliźnimi, bo chciał, żeby go wcale nie było, chciał stać się częścią świata, zniknąć, a potem na dodatek zniknął na poważnie, ale tekst jest budujący, prawda?
A to za sprawą pięknego serialu przyrodniczego, który powoli zdobywa moje serce - Planeta Ziemia. Ósmy odcinek opowiada o dżunglach. I na koniec padają tam takie słowa: "Ogromna różnorodność lasów tropikalnych ma swoją cenę. Uczyniła je jednymi z najbardziej zrównoważonych ekosystemów na Ziemi. Ale też naraziła na niszczenie przez inną, wielką małpę, bliskiego kuzyna szympansów - człowieka".
Darwin wygłosił swoją teorię już jakiś czas temu, jednak takie słowa zawsze przerażają mnie i fascynują. Zupełnie jak te o nieskończoności wszechświata, o tym, że nie jesteśmy sami, że są gdzieś inne rozumne istoty. Tak samo zadziwia mnie fakt, że kiedyś biegałam owłosiona po dżungli. Zwykle ludzie nie zastanawiają się nad tym. Bo nie mieszkamy wśród rajskich ptaków, a i na niebo spoglądamy tylko czasem.
Traf chciał, że po powrocie z dżungli przeczytałam wiersz Herberta Wstydliwe sny. Pasował do odcinka, więc zwiększył siłę jego oddziaływania. Utwór zaczyna się w taki sposób:
Metamorfozy w dół do źródeł historii
utraconego raju dzieciństwa w kropli wody
Podmiot liryczny pragnie cofnąć się do źródeł historii, raju (w domyśle czasów przed człowiekiem), do okresu, kiedy kropla wody stawała się przyczyną początku życia. W kolejnych trzech zwrotkach zastanawia się nad życiem zwierząt - "przodków" człowieka:
ucieczki pościgi przez mysie korytarze
owadzie wędrówki na dno kwiatu
ostre przebudzenie w gnieździe wilgi
albo czujny bieg po śniegu w skórze wilka
i nad krawędzią przepaści wielkie wycie do pełni
nagły strach kiedy wiatr przynosi zapach mordercy
cały zachód słońca w rogach jelenia
spiralny sen węża
wertykalnie czuwanie płastugi
Potem następuje fragment, który lubię:
to wszystko jest zapisane w atlasie naszego ciała
i w skale czaszki odciśnięte jak portret przodków
więc powtarzamy litery zapomnianej mowy
Ślady tamtych zwierząt poeta odnajduje w człowieku, bo naszą budowę ciała zawdzięczamy istotom żyjącym przed nami. Nasze ręce, nogi, twarz są skutkiem ewolucji, czy to nie jest niesamowite? "Przypominamy" o dawnych stworzeniach.
tańczymy nocą przed posągami zwierząt
ubrani w skórę łuski pióra i pancerze
nieskończona jest litania naszych zbrodni
Tutaj podmiot liryczny porównuje człowieka pierwotnego z homo sapiens sapiens. Kiedyś oddawaliśmy kult posągom zwierząt, dzisiaj oddajemy kult innym przedmiotom i ideom, ale wciąż od zarania dziejów - popełniamy błędy, zbrodnie, krzywdzimy. Jako jedyne istoty czynimy zło, bo tylko my posiadamy sumienie, które nam o tym mówi.
W ostatniej strofie wiersza, podmiot liryczny zwraca się do "dobrych duchów" (tych, które chroniły pierwotnego człowieka?):
dobre duchy nie odtrącajcie nas
zbyt długo błądziliśmy po oceanach i gwiazdach
strudzonych ponad miarę przyjmijcie do stada
Tak dużo czasu musiało minąć, zanim na Ziemi pojawiła się inteligencja. Człowiek płaci za to, że myśli i odczuwa emocje, swoim smutkiem, złością, złem, jest strudzony poszukiwaniami, tymi codziennymi i tymi wielkimi. W tej zwrotce pojawia się ironia - istota ludzka, choć niezwykła, jest tak naprawdę skazana na strach, niepewność, zależność. Istnieje coś większego od człowieka, coś, czego nie potrafimy pojąć. Jesteśmy częścią układanki, musimy się z tym pogodzić. Nasz wygląd, nasze umysły są małym fragmentem Życia.
A co wtedy, gdy porównanie człowieka i zwierząt jest bolesne? Kiedy nie chodzi już o to, że są naszymi przodkami, ale że pozbawiając siebie wrażliwości, upodobniamy się do nich? Co wtedy, gdy zabijamy tak jak one? Cofamy ewolucję? Nad tym zastanawiał się K.K. Baczyński w swoim wierszu Lasem:
Chodzę lasem, zostawiam nie ślady, lecz tropy
i sapię w wąskiej norze oddechem włochatym.
Czy to prawda, że żyłem rybą przed potopem
i że jestem dziś wilkiem kochającym kwiaty?
Jakże płyną te sosny? sierść ma zapach ostry.
Patrzę wam prosto w oczy, a krok mój jest wiekiem.
Gdzie las się kończy nagle fioletowym ostem -
myśliwy z psem, który też był kiedyś człowiekiem.
Wojenna rzeczywistość sprawia, że podmiot liryczny czuje się jak wilk (homi homini lupus est?). Ewoluował (był rybą przed potopem) po to, by z człowieka ponownie stać się niższą istotą (walczyć, zabijać). Ale nadal kocha kwiaty - rozmyśla o pięknie, którego obraz został zniszczony wojną. Żołnierz idzie lasem, mija sosny, a jego krok jest wiekiem - cierpiąc z powodu obowiązków żołnierza, być może po zabiciu kogoś, na powrót staje się człowiekiem dobrym, myślącym, buntującym się. Należy wspomnieć, że Baczyński przed wojną był pacyfistą. Nie jestem w stanie wyobrazić sobie, jak bardzo musiał cierpieć, kiedy zabił człowieka po raz pierwszy. To pomieszanie poziomów, etapów w dziejach świata przyprawia go o obłęd.
Czy ewolucja doprowadzi do tego, że zostają z nas tylko karaluchy? III wojna miałaby się podobno tak kończyć. Być może, ale Sted swoim utworem Człowiek człowiekowi wznieca w nas iskierkę nadziei:
Człowiek człowiekowi wilkiem
Człowiek człowiekowi strykiem
Lecz ty nie daj się zgnębić
Lecz ty nie daj się spętlić
Człowiek człowiekowi szpadą
Człowiek człowiekowi zdradą
Lecz ty nie daj się zgładzić
Lecz ty nie daj się zdradzić
Człowiek człowiekowi pumą
Człowiek człowiekowi dżumą
Lecz ty nie daj się pumie
Lecz ty nie daj się dżumie
Człowiek człowiekowi łomem
Człowiek człowiekowi gromem
Lecz ty nie daj się zgłuszyć
Lecz ty nie daj się skruszyć
Człowiek człowiekowi wilkiem
Lecz ty nie daj się zwilczyć
Człowiek człowiekowi bliźnim
Z bliźnim się możesz zabliźnić
Sted wprawdzie trochę przegiął w zabliźnianiu się z bliźnimi, bo chciał, żeby go wcale nie było, chciał stać się częścią świata, zniknąć, a potem na dodatek zniknął na poważnie, ale tekst jest budujący, prawda?
24 czerwca 2009
Alicja w Krainie Czarów

Kiedyś nie rozumiałam fenomenu Alicji w Krainie Czarów. Była to dla mnie bajka o głupiutkiej blondyneczce w niebieskiej sukience z fartuszkiem i jej towarzyszu, nie mniej głupiutkim króliku, którego nie mogła dogonić.
Tak było kiedyś. Po latach wróciłam do historii Alicji. Zaczęłam zastanawiać się nad tym, dlaczego tylu ludzi czerpało i czerpie inspiracje z bajki o dziewczynce, która przeżywa jakieś nieprawdopodobne historie. Coś musi być na rzeczy. Alicja jest przecież obok Piotrusia Pana jedną z najbardziej znanych dzieciom postaci literatury.
Zainteresowałam się autorem tej niezwykłej książki. Alice's Adventures in Wonderland napisał w 1865 roku Charles Lutwidge Dodgson, wykładowca matematyki na Oxfordzie, który pragnąc oddzielić pracę naukową od tworzenia literatury dziecięcej, publikował pod pseudonimem Lewis Carroll. Na internetowych fotografiach możemy zobaczyć jego pełne smutku spojrzenie. To, co jeszcze może zwrócić naszą uwagę, gdy w wyszukiwarkę grafiki wpiszemy Lewis Carroll, to duża ilość zdjęć małych dziewczynek.
Pedofil? Czy autor Alicji mógłby robić coś odrażającego?
Inspiracją do napisania książki była dla Dodgsona prawdziwa postać, córka dziekana oksfordzkiego kolegium Christ Church i wicekanclerza Uniwersytetu Oksfordzkiego, Henry'ego George'a Liddella, której towarzyszył w rejsie po Tamizie 4 lipca 1862 roku. To właśnie Alice Liddell bardzo spodobała się historia opowiadana przez wujka Charlesa. Tak bardzo, że poprosiła o spisanie jej. Warto podkreślić, że w przeciwieństwie do książkowej postaci, dziewczynka nie była blondynką. Jej fotografia wykonana przez Dodgsona w 1858 roku (miała wtedy 6 lat) znajduje się po prawej stronie.
Trudno powiedzieć, co w przypadku ekscentrycznego matematyka było prawdą, a co nie. Podobno organizował kinderbale dla małych dziewczynek, fotografował je w wyszukanych pozach, a zainteresowanie nimi tracił, kiedy dojrzewały. Podobno jednak nigdy nie skrzywdził żadnego dziecka. Obecnie trwają badania nad tym, czy Carroll miał skłonności pedofilskie, czy są one raczej legendą. Powstała strona o micie Lewisa Carrolla, gdzie możemy znaleźć informacje o tym, że nigdy nie zakochał się w pierwowzorze Alicji z Krainy Czarów, jak to było wcześniej przypuszczane. Na tej stronie można przeczytać również, iż "z najnowszych badań wynika, że niektóre z zaprzyjaźnionych z nim "dziewczynek" mogły mieć koło dwudziestki, kiedy wciąż jeszcze pomieszkiwały u niego i spacerowały, trzymając go za rękę". Powstała także książka In the Shadow of the Dreamchild: A New Understanding of Lewis Carroll autorstwa Karoline Leach, która próbuje udowodnić, że większość informacji o Carrollu to legendy.
Jak było naprawdę? Być może nigdy się tego nie dowiemy.
Faktem jest natomiast, że Alicja w Krainie Czarów (choć w tej książce nie ma ani słowa o czarach, a tytuł został błędnie przetłumaczony – powinien brzmieć Przygody Alicji w Krainie Dziwów z ang. wonder – dziw, dziwo) zaczarowała miliony czytelników na całym świecie, była i jest źródłem inspiracji dla twórców literatury, filmu i muzyki aż po dzisiejszy dzień.
Mnie zainteresowały dwa dzieła zainspirowane historią Alicji. Pierwsze jest filmem czeskiego reżysera Jana Švankmajera pt. Coś z Alicji z 1988 roku. W tym filmie nie pada prawie żadne słowo, a jedyną rzeczywistą postacią jest tam ciekawa świata i odważna dziewczynka. Zasypia ona w tajemniczym pomieszczeniu pełnym starych zabawek i w swoich snach przeżywa różne przygody, np. zmniejsza się i powiększa, tonie w kałuży własnych łez czy spotyka fantastyczne istoty. Wszystko to odbywa się w dziwacznej atmosferze, zdecydowanie mniej pogodnej niż w książce czy filmie animowanym z 1951 roku. Coś z Alicji przywołuje na myśl wątki psychoanalityczne, tę część dzieciństwa, o której nie mówi się często, zakazane i odważne dziecięce zaciekawienie światem, sobą, strach i jednocześnie radość odkrywania. Nie do końca sielskie dzieciństwo, przełomowa rola tego okresu w życiu, jego poważna rola – czy to chciał pokazać Švankmajer w swoim filmie? Może to tylko moje wrażenie. Niewątpliwie to bardzo oryginalny obraz. Ogląda się go tak, jakby się otwierało zamknięte przed laty pudełko. Mroczna, niesamowita interpretacja przygód Alicji.
Drugą osobą, która nawiązała do książki Carrolla jest Andrzej Sapkowski, autor opowiadania pt. Złote popołudnie. Warto jednak wspomnieć wcześniej o opublikowanym w 1933 roku artykule A. Goldschmidta pt. Alice in Wonderland Psychoanalyzed, w którym była mowa o podświadomości autora książki. To tam spadanie w głąb króliczej nory zostało po raz pierwszy uznane za symbol penetracji seksualnej, a zainteresowanie Alicji wyłącznie małymi drzwiczkami – za wyraz marzeń autora o dziecięcych narządach. Od tamtej pory freudyści doszukali się wyjaśnień psychoanalitycznych chyba w każdym fragmencie Alicji w Krainie Czarów. Sapkowski natomiast wyśmiewa takie podejście do sprawy. W swoim Złotym popołudniu rozprawia się bezlitośnie z psychoanalizą. Narratorem jest tutaj sarkastyczny Kot z Cheshire, który musi użerać się z małym, upierdliwym i nieproszonym gościem przybyłym do jego krainy:
"- Paliliśmy trawkę, panienko? - zagadnąłem grzecznie. - Łykaliśmy barbituraniki? Czy może naćpaliśmy się amfetaminki? Ma foi, wcześnie teraz dzieci zaczynają.
- Nie rozumiem ani słowa - pokręciła głową. - Nie pojęłam ani słowa z tego, co mówisz, kocie. Ani słóweczka. Ani słówenienieczka.".
Specjalistą od psychoanalizy jest tutaj Marcowy Zając:
"- Majaczenie ma podtekst erotyczny. Zjadanie ciasteczek to wyraz typowo dziecięcych fascynacji oralnych, mających podłoże w drzemiącym jeszcze seksualizmie. Lizać i ciamkać, nie myśląc, to typowe zachowanie pubertalne, chociaż, przyznać trzeba, znam takich, którzy z tego nie wyrośli do późnej starości. Co do spowodowanego jakoby zjedzeniem ciasteczka kurczenia się i rozciągania, to nie będę chyba zbyt odkrywczy, gdy przypomnę mit o Prokruście i Prokrustowym łożu. Chodzi o podświadome pragnienie dopasowania się, wzięcia udziału w misterium wtajemniczenia i wkroczenia do świata dorosłych. Ma to również podłoże seksualne. Dziewczynka pragnie...".
I ostatni fragment opowiadania, w którym jest mowa o Lewisie Carrollu:
" - Literatura jest fantazją, a więc kłamstwem. Pisarz okłamuje czytelnika, wiodąc go na manowce własnej imaginacji. Zwodzi go dwuznacznością lub wieloznacznością. Fotografia nie kłamie nigdy...
- Doprawdy? - poruszyłem końcem ogona, co u nas, kotów, niekiedy oznacza szyderstwo. - Fotografia nie jest dwuznaczna? Nawet taka, która przedstawia dziewczynkę w wieku lat dwunastu, w dość dwuznacznym, daleko posuniętym dezabilu? Leżącą na szezlongu w dość dwuznacznej pozie?
Zaczerwienił się.
- Nie ma się czego wstydzić - poruszyłem znowu ogonem. - Wszyscy kochamy piękno. Mnie też, drogi Charlesie Lutwidge, fascynują młodziutkie kotki. Gdybym parał się fotografiką, jak ty, też nie szukałbym innych modelek. A na konwenanse pluń.
- Nigdy nikomu nie ppp... pokazywałem tych fotografii - niespodziewanie znowu zaczął się jąkać. - I nigdy nie ppp... pokażę. Choć trzeba ci wiedzieć, że był taki mmm... moment, gdy wiązałem z fotografiką pewne nadzieje... Natury finansowej.
Uśmiechnąłem się. Założę się, że nie zrozumiał tego uśmiechu. Nie wiedział, o czym myślałem. Nie wiedział, co widziałem, lecąc w dół czarną sztolnią króliczej nory. A widziałem i wiedziałem między innymi to, że za sto trzydzieści cztery lata, w lipcu 1996, cztery jego fotografie, przedstawiające dziewczynki w wieku od jedenastu do trzynastu lat, wszystkie w romantycznej i podniecającej wiktoriańskiej bieliźnie, wszystkie w dwuznacznych, lecz erotycznie sugestywnych pozach, pójdą pod młotek w Sotheby's i zostaną sprzedane za sumkę czterdziestu ośmiu tysięcy pięciuset funtów szterlingów”.
Czy to nie jest fascynujące? Tyle zamieszania przez dziesięcioletnią, ciemnowłosą Alice Liddell.
Subskrybuj:
Posty (Atom)