Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nagroda Nike. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nagroda Nike. Pokaż wszystkie posty

25 września 2010

Proza pijacka. Jerzy Pilch „Pod Mocnym Aniołem”

Pisarz-alkoholik błyskotliwym językiem opisuje swoją słabość. Po wyjściu z oddziału deliryków, kieruje się do gospody Pod Mocnym Aniołem i zaczyna pić od nowa. Pijak J. jest przykładem na to, że można być człowiekiem inteligentnym i jednocześnie straszliwie głupim. Być może J. ma za dużo pieniędzy (w końcu wydał na alkohol przez 20 lat około 70 tysięcy złotych), chociaż nie mając ich, też pewnie jakoś dałby sobie radę. Alkoholizm przeważnie wywołuje we mnie obrzydzenie, chociaż czasem zastanawiając się nad powodami picia niektórych osób, pojawia się w mojej głowie taka myśl, że może byli rzeczywiście zbyt wrażliwi na ten świat.

Pilch dobrze opisał trudności związane z wyrwaniem się z nałogu. Jego bohater pije przecież ze stu powodów, boi się nie pić, bo wtedy życie będzie dla niego nie do zniesienia. J. boi się życia, ale dzięki swojej magnetycznej osobowości, zawsze znajdzie kobietę, która się nim zaopiekuje. Przynajmniej dopóki nie otworzy oczu.

W książce najbardziej podobał mi się opis sporządzania trunku złożonego z denaturatu i kawy przez Don Juana Ziobro i rozmowa Jurusia z diabłem.

I jak to jest, że Pilch swoim ględzeniem przekonuje mnie najpierw, że fajnie jest pić, że piją ludzie wybrani („Był to dobry człowiek, choć w ogóle nie pił”, „Generalnie problem polega na tym: jak pogodzić głębię pijanej duszy z płycizną pijanego ciała?”), a potem przekonuje mnie, że już nie pić będzie? Mówi, że kłamie, a jednak czytelnik łapie się w sidła jego manipulacji. Wybaczę mu nawet drwiny z tak potrzebnego przecież zawodu terapeuty uzależnień, nie gniewam się, że kobiety nazywa terapeucicami:

„(…)terapeucice pragną doprowadzić rzeczywistość do trzeźwości, ja pragnę doprowadzić rzeczywistość do literatury, w pewnym miejscu – nie ma siły – nasze drogi się rozchodzą”;

a głównego terapeutę Quasi Mojżeszem alias Ja Alkohol. Kpina, autoironia to jest co, co kocham u Pilcha. Po Moim pierwszym samobójstwie to druga jego książka, jaką przeczytałam. Polecam, ale przyznaję – trzeba przyzwyczaić się do jego „deliryczno-barokowego stylu” (pojęcie zaczerpnięte z uzasadnienia jury Nike 2000).

19 września 2010

Wiesław Myśliwski „Traktat o łuskaniu fasoli”

Książka gadana. Może trochę przegadana, ale takie było zamierzenie autora, skoro 400 stron zapełnił monologiem. Jest to monolog człowieka dojrzałego. Czasem wydaje się on pogodny, zadowolony ze swojego życia, czasem wręcz przeciwnie. Udowadnia, że starość nie polega na całkowitym pogodzeniu się z losem. Zawsze przecież są w sercu jakieś zadry, czegoś się żałuje, czegoś się wstydzi. Mądrość polega chyba na tym, że przyjmuje się do wiadomości własną ułomność. Że próbuje się pomieścić w sobie te wszystkie nieprzyjemne uczucia, które pozostały z przeszłości.

Jest to książka o tym, że „zwykły człowiek” może mieć bardzo dużo do powiedzenia. Niektórzy nazywają to posiadaniem przez każdego własnej historii. Myśliwski czasem przybiera melancholijny ton, czasem żartuje, przechodząc płynnie z tematu na temat. Chwilami musiałam od niego odpocząć, bo jest straszną gadułą. Gada i gada, a wyłączyć się, co czasem niechlubnie robimy w trakcie nudnych rozmów, przecież nie sposób. Tutaj trzeba cały czas słuchać, dlatego bywał męczący. Wtedy robiłam sobie przerwę. Lektura Traktatu... utwierdziła mnie w przekonaniu, że lubię słuchać. Może nie non stop, ale non stop przecież nikt nie lubi. Tutaj posłuchałam człowieka, który ani nie moralizuje, ani nie jest na tyle zgorzkniały i smutny, żeby nie chciało się poznać jego opowieści. Traktat… to ciekawa historia elektryka-saksofonisty. I co istotne, człowieka uważnego. Pobudził mnie do myślenia i sprawił, że wiele razy pomyślałam: no tak, tak właśnie jest, ale nigdy się nad tym nie zastanawiałam. Bardzo lubię to uczucie. :-)

7 września 2010

Tadeusz Różewicz „Matka odchodzi”

W książce Matka odchodzi znalazłam fragment na czasie:

Naprawdę to ludzie tych szkół nie chcieli. Nie było żadnej oświaty, więc nawet jak było kilku gospodarzy, co pragnęli żeby dzieci chodziły do szkoły i starali się u władz, żeby szkoła we wsi była, to 90 procent mówiła, że jego dziad, pradziad nie znał się na piśmie i też żył. Nieraz ojciec mówił: szkoła bardzo waszym dzieciom potrzebna. Odpowiadali dowcipnie: panie, kto się zna na piśmie, ten się do piekła ciśnie.


Tak o swojej wsi dzieciństwa, Szynkielewie opowiadała Stefania Różewicz, matka poety, urodzona w 1896 roku.

Początek XX wieku był jak wynikało z jej wspomnień, czasem brudu, smrodu, ubóstwa i ciemnoty. Analfabetyzm to jeszcze nic. Najbardziej przeraziło mnie odbieranie porodów brudnymi rękami przez kobiety przychodzące prosto z pola, które do tego wolały ratować dziecko, „bo jakby tak dziecko umarło bez chrztu, to idzie na wieczne potępienie, a matka jest już ochrzczona”. Kobiety umierały od zakażeń i krwotoków. Jadło się byle co, wierzyło w zabobony, coś takiego jak higiena nie istniało.

W takich ciężkich warunkach przyszło wychowywać się pani Stefanii. Śmierć też miała nielekką, bo chorowała na raka żołądka (zmarła w 1957 roku). Po latach jej syn postanowił napisać o tym, jak bardzo ją szanował i jaka była dla niego ważna. Jego opis opieki nad chorą matką nie był może jakiś wyjątkowy (myślę, że każdy mógłby opowiedzieć o śmierci swojej matki w przejmujący sposób), ale bardzo czuły. Większość wierszy w tomiku mnie nie poruszyła, może dlatego, że wiele z nich pochodzi z dawnych lat, a ja przyzwyczaiłam się do „późniejszego” stylu różewiczowskiej poezji. Jednak bardzo lubię wiersz:

Cierń

nie wierzę
nie wierzę od przebudzenia
do zaśnięcia

nie wierzę od brzegu do brzegu
mojego życia
nie wierzę tak otwarcie
głęboko
jak głęboko wierzyła
moja matka

nie wierzę
jedząc chleb
pijąc wodę
kochając ciało

nie wierzę
w jego świątyniach
kapłanach znakach

nie wierzę na ulicy miasta
w polu w deszczu
powietrzu
złocie zwiastowania

czytam jego przypowieści
proste jak kłos pszenicy
i myślę o bogu
który się nie śmiał

myślę o małym
bogu krwawiącym
w białych
chustach dzieciństwa

o cierniu który rozdziera
nasze oczy usta
teraz
i w godzinie śmierci

Matkę traktował poeta jak bezbronne, chore dziecko:

jej twarz jest jak wielka mętna łza
żółte ręce składa jak przestraszona
dziewczynka
a wargi ma granatowe (...)

ach chciałbym ją nosić na sercu
i karmić słodyczą.

(z wiersza Ale kto zobaczy...)

W tomiku znajdują się też wspomnienia braci Tadeusza - Janusza (zginął w czasie wojny) i Stanisława oraz rodzinne fotografie.

10 sierpnia 2010

„Wiedza moja nieduża”. Czesław Miłosz „Piesek przydrożny”


Piesek przydrożny został wydany, kiedy Miłosz miał 86 lat. W 1998 roku został nagrodzony Nike. Jest zbiorem krótkich form, podzielonym na dwie części – właściwą oraz Tematy do odstąpienia. Pierwsza jest ciekawsza i z niej wypisałam teksty, które zwróciły moją uwagę.

Ograniczony

Wiedza moja nieduża, rozum krótki. Starałem się jak mogłem, studiowałem, czytałem mnóstwo książek, i nic. W moim domu książki wylały się z półek, leżą stosami na meblach, na podłodze, tamują przejście. Nie mogę ich oczywiście wszystkich przeczytać, a ciągle moje wilcze oczy pożądają nowych tytułów. Ale, żeby być dokładnym, poczucie własnego ograniczenia nie jest czymś stałym, to tylko od czasu do czasu pojawia się, błyska, świadomość wąskości naszej wyobraźni, jakby kości naszej czaszki były za grube i nie pozwalały umysłowi objąć tego, co jemu powinno być dane. Powinienem wiedzieć wszystko, co dzieje się teraz, równocześnie, w każdym punkcie ziemi, powinienem móc wnikać w umysły moich współczesnych i ludzi o kilka pokoleń później, a także tych, którzy żyli dwa tysiące i osiem tysięcy lat temu. Powinienem, i co z tego.

Chciałabym być tak ograniczona jak on :-)


Przestroga

Zwierzątka z rysunkówek dla dzieci, mówiące króliczki, pieski, wiewiórki, jak też biedronki, pszczółki, pasikoniki. Tyle mają wspólnego z prawdziwymi zwierzętami i owadami, ile nasze wyobrażenia o świecie z prawdziwym światem. Pomyślmy o tym i zadrżyjmy.


Tak, to prawda, że to, co człowiek widzi, jest zniekształconym przez jego umysł obrazem świata. Ale żeby od razu drżeć z tego powodu – niekoniecznie.


Pragnienie

Pragnienie otwarcia się przed ludźmi i powiedzenia o swoim życiu wszystkiego. Niemożliwe. Chyba że napisałoby się powieść psychologiczną, która zresztą byłaby jak najdalsza od prawdy. Polegałaby głównie na samooskarżającej spowiedzi, a wiadomo, że sumienie skrupulatnie oskarża swego nosiciela o winy mniejsze, żeby ukryć większe.



Ciekawe spostrzeżenie, ale wierzę, że istnieją duchowi ekshibicjoniści tak odważni, by napisać o sobie najgorszą prawdę.


Wzór

Mój wzór cnoty: wszyscy, którzy całe życie służyli sprawom umysłu i zachowali tę namiętność poza osiemdziesiątkę i do końca.


Nic dodać, nic ująć.


Skąd się to bierze

Skąd się to bierze? – zapytuje. Te dwudziestoletnie usta, lekko zwilżone karminem, te włosy kasztanowe w wiązkach, zbyt luźnych, żeby powiedzieć strąkach, te śliczne oczy w oprawie rzęs i brwi, co zapowiadające? Dlaczego jęczę, porażony jej pięknością? Urodziła się wtedy, kiedy wykładałem Dostojewskiego, próbując dać radę zrozumieniu, że jestem stary. Więc nie ma końca temu ich rodzeniu się na nowo i ja, gdybym mógł żyć dalej, znów konałbym z miłosnego zachwytu?


Cóż za pochwała młodości :-)

Nigdy nie przepadałam za Miłoszem, ale czytając Pieska przydrożnego po mojej głowie krążyła myśl – jaki to był mądry człowiek, jak dużo myślał i jak go to myślenie musiało boleć. Poczułam się bezpiecznie.

29 grudnia 2009

Stanisław Barańczak "Chirurgiczna precyzja"

Stanisław Barańczak

Nowe zarazy

Nowe zarazy, uodpornione
na nasze – taką budzące ufność! –
szczepionki; jeszcze jedną osłonę
uznać za próchno?

Gorzej: za śnieżnobiały parawan,
wszechhigieniczny powód do dumy,
z którym się jednym ciosem rozprawia
maczeta dżumy

w jej ulepszonej, to znaczy sroższej
dla ofiar, to znaczy dla nas, wersji?
Kto najstaranniej sterylny, ostrze
poczuje pierwszy?

Fatalne będzie w tej epidemii
również to, że choć mikrob zuchwały
jest nowy – wszyscy prawić zaczniemy
stare banały.

Co za okazja do mów i kazań!
Dla moralisty – temat jak znalazł:
Grzęźliśmy w grzechu, więc… - tu zaraza
przerwie mu zaraz.

Telewizyjny ekspert przypomni
wątpliwość, której Wolter dał wyraz:
Kara jest niewspółm… - i, nieprzytomny,
twarzą w stół: wirus.

Najgorzej, jeśli przeżyje pisarz:
będzie zapychał całkiem bezkarnie
plagiatem z Defoe albo Camusa
puste księgarnie.

Ja jednak wierzę w laboratoria
i w to, że wre w nich dzień i noc praca:
nie bez powodu je Nobli gloria
przecież ozłaca.

Ale nie, serio: gdyby z tej pracy
nic wyjść nie miało oprócz omyłek,
wciąż byłbym wdzięczny cywilizacji
za sam wysiłek,

za traktowanie po ludzku stworzeń,
które przymknięta próżni powieka
nakrywa na tym samym wciąż losie
tylko-człowieka.


Ciekawe to spojrzenie Barańczaka na świat. Jest przenikliwe, ironiczne, ciepłe. Nie czyta się tego tomiku zbyt łatwo. Autor upodobał sobie długie, zawiłe zdania. Najpierw czytałam je powoli, jeśli występowały tam jakieś nieznane mi słowa, sprawdzałam ich znaczenie i potem czytałam wiersz szybko, wtedy dopiero nabierał sensu. Nad każdym utworem musiałam się zastanowić. Ale nie czułam, że autor się mądrzy. Jego poezja to raczej opis. Skrupulatny opis rzeczywistości, często zwyczajnej. Barańczak posługuje się przy tym z lekkością językiem. Ustawia obok siebie wyrazy podobnie brzmiące, pełno w jego tekstach skojarzeń, aluzji, powtórzeń. Bawi się z czytelnikiem i zmusza do myślenia.
Komu przyszłoby do głowy, żeby nowo narodzone dziecko nazywać „debiutantem w procederze”?
Ze szkoły pamiętam Garden party i utwór pisany wielkimi literami o tytule:
TEKST DO WYGRAWEROWANIA
NA NIERDZEWNEJ BRANSOLETCE,
NOSZONEJ STALE NA PRZEGUBIE
NA WYPADEK NAGŁEGO ZANIKU PAMIĘCI.

Wtedy Barańczak mnie za bardzo nie poruszył. Teraz zamyśliłam się nad Chęciami, uśmiechnęłam się czytając Dialog duszy i ciała czy Albę lodówkową.

Tomik jest dedykowany Ani. Rozpoczyna go tłumaczenie utworu Emily Dickinson:
Chirurdzy muszą być ostrożni,
Gdy biorą w dłonie pieczołowicie
Skalpel – pod jego cienkim ostrzem
Rusza się Winowajca – Życie!


Jasne, chwilami męczyła mnie ta jego lingwistyczna pogoń. Niedokładne czasem rymy. Bywało, że język się łamał (kiedy się czyta po cichu, język też się rusza). Ale to nic. Po jego przeczytaniu zrobiło mi się lepiej. Naprawdę. Ta poezja to dystans do siebie. I subtelne szukanie Człowieka poprzez Żart.

A teraz koniec z egzaltacją i pora poczytać kserówki. Bo jedno koło już niezaliczone :D

6 grudnia 2009

Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki "Piosenka o zależnościach i uzależnieniach"

Po walce z Frommem, jego utopijnymi wizjami i laniem wody (w książce, która porusza poniekąd ciekawy dla mnie temat – Ucieczce od wolności), przyszedł czas na coś lżejszego. Wzięłam do ręki Piosenkę o zależnościach i uzależnieniach Dyckiego. Przeczytałam ją naraz, bo ciekawiło mnie co będzie dalej - jeden wiersz ma tam kontynuację w drugim. Powtórzenia są być może po to, żeby spojrzeć na sytuację z więcej niż jednej strony. To pomysłowe, podobało mi się.

Jednak mam ambiwalentne uczucia. Z jednej strony są wiersze, które zastanowiły mnie i poruszyły. Pisze w nich o swojej matce i troskliwej opiece nad nią, bo była osobą chorą. Pisze też o Bogu, codzienności, homoseksualizmie. Z drugiej strony czasem przemawia w sposób dosyć brutalny, jest - jak zauważono - poetą ulicy. Nie, nie gorszy mnie to, ale „to już było”. Brudna poezja jest wszędzie. Wystarczy wejść na nieszufladę i poczytać wypisywane tam okrucieństwa :P

Czegoś mi brakowało w jego poezji. Co nie znaczy, że przeczytałam ją bez przyjemności. Lubię kręcić nosem, ale przyznaję - chwilami sprawiał, że czułam się metafizycznie, jakby zwierzał mi się wrażliwy człowiek, jakbym czytała intymny list z butelki. Poza tym oczy mi błyszczą, gdy pomyślę, że szersze grono czytelników – choćby dla przyzwoitości, że Nike – zajrzy do poezji :D

Aż wstyd, że nie tknęłam Chirurgicznej precyzji Barańczaka i Zachodu słońca w Milanówku Rymkiewicza. Nadrobię!

A teraz się pochwalę. Wygrałam konkurs u snoopy’ego, którego czytam już od jakiegoś czasu i dzisiaj Matka Joanna od Aniołów Iwaszkiewicza jest już u mnie. Niech i do Was przybędzie facet z brodą. No chyba, że byliście niegrzeczni :P