Owszem,
fale były dość spore, ale nie odczuwałam lęku. Lubię przez nie skakać,
wygłupiać się i tańczyć w morzu. Nie wchodzę dalej niż do pasa i
pilnuję, żeby czuć dno pod stopami.
Był piękny dzień, plaża z klifu wyglądała spektakularnie. Prowadziło do
niej dużo schodów. Pamiętam, że ktoś biegał po nich w tę i z powrotem.
Piłyśmy mrożone cappuccino z puszki i co ciekawe, było smaczne.
W pewnym momencie zobaczyłam, że J jest trochę dalej od brzegu niż ja.
Trochę za daleko, żeby nadal było zabawnie. Próbowała wrócić, ale nie
mogła, fale spychały ją wgłąb morza. I wtedy zrobiłam najbardziej
nierozsądną rzecz, jaką mogłam - poszłam po nią.
W zasadzie nie umiem pływać, najwyżej jakieś parę metrów pieskiem, ale
wtedy uruchomiłam w sobie coś - nie wiem, co to było - jakiś instynkt
przetrwania. Ona też. Skończyło się na strachu i napiciu słonej wody.
Plaża była strzeżona, więc prawdopodobnie ktoś by nam pomógł.
Od tamtej pory nie wchodziłam do morza. Miałam postanowienie, że nauczę
się pływać, ale w ostatnim czasie nie udało się go zrealizować.
Niedługo wybieramy się nad morze. Uwielbiam je od dzieciństwa i nie chcę
tego zmieniać.
Obiecałam sobie rozsądek.
Nie rzucać się na pomoc, kiedy nie mogę pomóc. (To również jest o moim
życiu i pracy).
Mieć respekt.