7 września 2026

Gdyby miasta miały diagnozy

Paryż byłby narcystycznym zaburzeniem osobowości, ten język, blichtr, nonszalancja. Warszawa pewnie miałaby ADHD, wie, że pęd i wielogłos są męczące. Berlin cierpiałby z powodu wyparcia i miewał flashbacki. Sarajewo, ach Sarajewo, do którego ciągle planuję dotrzeć, miałoby diagnozę złożonego zespołu stresu pourazowego. Sewilla, wstyd to przyznać, trochę śmierdzi kanałami, ale jednocześnie pachnie kwiatami pomarańczy – czyżby rozdwojenie jaźni? 

Gdyby miasta były ludźmi – Lublana byłaby dziewczyną z trochę bogatszego domu, ale jeszcze nie zarozumiałą. Nie przepadałaby za kuzynkami, które są mniej europejskie, a bardziej bałkańskie. Cóż, nie ten klimat, nie te zainteresowania. Wiedeń to pilny student akademii muzycznej, garniak, sodówka uderzyła mu do głowy. Ateny zaś to hiphopowiec z zamiłowaniem do graffiti, trochę łobuz, ale w sumie ma dobre serce. 

Jak łatwo posługiwać się stereotypem. 

A Ty jaka będziesz, Walencjo?

22 sierpnia 2026

Starość i serce. Stare serce

Przy osobach starszych i niepełnosprawnych włącza mi się tryb zabawiacza i tak było także tym razem w domu pomocy społecznej, w odwiedzinach u pani T. Jest ona osobą sprawną intelektualnie, ale ma kłopoty z poruszaniem się po udarze. Kiedyś była moją podopieczną w dziennym ośrodku, gdzie pracowałam jako psycholog. Nie miałam wtedy problemu, żeby gadać głupoty po to, by seniorzy się uśmiechnęli, śpiewać (zdrowi ludzie by mojego śpiewu nie wytrzymali!), przebierać się w dziwne stroje, tańczyć z tymi, którzy byli w stanie itd. 
 
Dziś w DPS-ie mijało nas kilka osób niewerbalnych, reszta osób w jeszcze gorszym stanie, leżąca w swoich pokojach. Przygarbiona staruszka o wielkich, jasnych oczach podchodziła do nas, za którymś razem odpowiedziała mi na dzień dobry i odwzajemniła uśmiech, polubiłam ją. Miałam serce do takich ludzi. Chętnie też zagadują do mnie osoby starsze, które spotykam w różnych miejscach, w autobusach czy tak jak ostatnio - na oddziale kardiologii. 
 
- Pani taka młoda i tutaj? Co się dzieje z tymi młodymi? - dziwiły się dwie starsze panie w miejscu pobytu osób na hospitalizacji jednodniowej. Odpowiedziałam, że młodzi też czasem chorują i wdałam się w miłą pogawędkę. Jedna z nich opowiedziała, jak po zawałach i z rozrusznikiem serca ochoczo kosi trawę koło swojego domu. I że dawali jej mniej lat życia, a wciąż żyje. Pochwaliłam ją za wytrwałość, koszenie trawy i za to, że oszukała lekarzy. 
 
Test pochyleniowy był sporym wyzwaniem. Pielęgniarka, która była siłą spokoju i przy której czułam się bezpiecznie, wytłumaczyła mi, na czym polega badanie i cały czas była obok, patrzyła na mnie i sprawdzała parametry. Miałam się nie odzywać, nie walczyć z tym, ona będzie wiedziała, kiedy poczuję się gorzej. Leżąc, a w zasadzie stojąc na stole, przypięta pasami i podpięta do sprzętów, dostałam nitroglicerynę w spreju do ust i tak jak zakładało badanie - zemdlałam. Chwilę przedtem miałam wrażenie, że nie mogę oddychać, spociłam się, zrobiło mi się niedobrze i ciemno przed oczami. Chyba pojękiwałam, ostatnie co pamiętam to słowo pielęgniarki: "Spokojnie". Tętno i ciśnienie spadły. Wtedy straciłam przytomność. 
 
Dostałam diagnozę omdleń wazowagalnych i wskazówki, jak sobie radzić z tą przypadłością. Następnie, po tym jak doszłam do siebie, miałam próbę wysiłkową przy mojej profesjonalnej pani doktor i innej, porządnie wytatuowanej, charakternej pielęgniarce. Lekarka skomentowała wynik, że gdybym miała 70 lat to podejrzewałaby chorobę wieńcową, ale ponieważ mam 36 to da skierowanie do poradni kardiologicznej i zaleca dalszą obserwację. 
 
A mówiłam kiedyś, że mam starą duszę. Może w takim razie mam też stare serce? 
 
Po powrocie ze szpitala wzięłam leki na migrenę (nitrogliceryna rozszerza naczynia plus dołożyło mi światło z sufitu). Poleżałam parę godzin z kocim towarzystwem. Wieczorem wstałam i zatańczyłam. Bo taniec jest dobry na wszystko - kardiolożka się zgadza!

21 sierpnia 2026

Policzalne i niepoliczalne

Jesteśmy z J w związku od 14 lat. Od 11 mamy koty, a od 10 mieszkamy w maleńkim mieszkaniu na kredyt, które panowie z Ikei nazwali kiedyś suszarnią. 
 
W naszej suszarni jest sporo książek, magnesów z podróży, wszędzie jest sierść kotów i wydrapane przez nie dziury na boku łóżka, fotelu i sofie. 
 
Jest też dużo kolorów na obrazach, półkach i w szafie. Kolory to moja przyjemność, ulga i broń przed melancholią świata, mój bunt wobec szarości.