Żyć
tak bardzo. Ciekawe, że to, co mnie porusza w południowych Włoszech to
stosunek do śmierci - może nie brak strachu, ale próba oswojenia się z
tym tematem i normalizacji. Rok temu w Palermo odwiedziłam katakumby
kapucynów, gdzie powieszone były setki ich (częściowo) zachowanych ciał.
Niedawno w Neapolu zobaczyłam wiele kapliczek na ścianach kamienic,
które zawierały zdjęcia zmarłych. Czytałam o cmentarzu, gdzie w
odsłoniętych grobach są widoczne kości czaszek i inne. Podziwiałam też
rzeźbę "Chrystus spowity całunem" Giuseppe Sanmartino, która była
wyjątkowo realistyczna i drobiazgowo wykonana. Żałuję, że nie zdążyłam
zobaczyć "Piety" autorstwa Jago. O tym niezwykłym, współczesnym artyście dowiedziałam się dopiero z
książki, kiedy miałyśmy już zaplanowane inne aktywności.
To, co zapamiętam z Neapolu to na pewno hałas, trąbienie kierowców
niekoniecznie ze złości, ale po prostu, żeby zaznaczyć swoją obecność.
Dziewczynę, która oprowadzała nas po Baptysterium San Giovanni in Fonte i
robiła to po angielsku pierwszy raz w życiu. Bardzo się stresowała,
choć zupełnie niepotrzebnie, szczególnie przy mnie, bo jej angielski i
tak był nieporównanie lepszy niż mój.
Małą Włoszkę, którą mężczyzna (chyba ojciec) podrzucał do góry i
mówił wesoło: "Grazie mille! Grazie mille!", a ona się śmiała.
To, jak Włosi wymawiają literę R. Tak wyraziście. I w ogóle ich
melodyjny język.
Zachwyt J, kiedy zobaczyła w pałacu w Casercie ogromne
neapolitańskie szopki.
Smak lodów cytrynowych w zamrożonej skórce cytryny w ogrodzie w
Sorrento.
Kolorowe skrzydła aniołów na obrazach w Muzeum Capodimonte.
Współczucie wobec ludzi i zwierząt zasypanych popiołem po erupcji
Wezuwiusza w 79r. w Pompejach. Zachowanych na zawsze (na zawsze?). Na długo.
Zachowanych do dziś w mało zmienionym stanie.