8 października 2026

Nadwrażliwość. Węch

Od dziecka byłam bardzo wrażliwa na zapachy. Pamiętam zapach szaf starszych osób, psiej i kociej sierści (zapach zależy od umaszczenia!), metalu w pociągach i gumy w autobusach, szkolnej stołówki, kopru w wakacje i rozpalanego pieca w zimie. Pamiętam zapach krwi po zranieniu kolan.

Wącham wszystko przed zjedzeniem, a dla J jest to wyznacznik, czy coś jest świeże. W sklepie owoce i warzywa, w domu surowe mięso przed przygotowaniem. Jeśli coś jest niepewne - wyrzucamy, nie ma co ryzykować. Kawę przed wsypaniem do kawiarki. Nowe książki (zapach zależy od rodzaju papieru), a kiedy czytam nadal czuję ich delikatnie unoszącą się woń.

W podróżach najbardziej lubię zapach morza i ryb. Niektórym zapach ryb przeszkadza, a mnie przyciąga. Lubię hale targowe, gdzie leżą surowe, złowionego tego samego dnia rano. 

Niestety ta przypadłość ma swoje minusy. Czuję osoby nieumyte, spocone, spocone i brudne, spocone, brudne i zakażone bakteriami. W publicznych toaletach czuję zapach moczu chorych ludzi. Choroby czuć, a niektóre bardzo. Pracowałam chwilę w hospicjum, więc wiem, co to odleżyny i rozpadający się nowotwór. 
 
Powala mnie zapach kanalizacji w centrach miast. Czuję suszący się za długo ręcznik i kiedy osoba mówiąca do mnie ma kamienie migdałkowe. Duszą mnie zbyt słodkie perfumy.
 
Uwielbiam płyn do podłóg o zapachu mydła marsylskiego i mam ulubiony płyn do płukania tkanin. Przyznam się, że podejrzewam, że skóra osób różnych ras pachnie inaczej, ale nie mogę być tego pewna.
 
Zapachy wypełniają moje dni.  
 
A dwie pachnąco-śmierdzące książki, które chętnie przeczytałam to "Pachnidło" Patricka Süskinda oraz "Autobiografia. Wiara" Michała Witkowskiego.

18 września 2026

Walencja - gorąca jak patelnia

Słońce aż kłuje w oczy. Czysta i rozległa. Stara i futurystyczna. Nęci szeroką plażą, ale tego akurat się spodziewałam. Natomiast już na lotnisku zaskoczyły mnie podwójne napisy. Te drugie niby hiszpańskie, ale nie do końca. Jak się okazało to język walencki, a w zasadzie kataloński, którego walencki jest południowym dialektem. Zupełnie nie łączyłam Walencji z Barceloną, wydawało mi się, że to odległe od siebie światy. A jednak. Walencki jest obok hiszpańskiego językiem urzędowym (tylko chyba tendencje separatystyczne nie są tak silne jak w przypadku Katalonii). W mieście napisy były w jednym lub drugim języku, czasem w obu, więc cały czas towarzyszyły mi próby rozszyfrowania, z którym mam do czynienia. 
 
Co do języka - nie ma szans, żebym dogadała się po hiszpańsku, ale znajomość paru słów kilka razy ułatwiła nam życie: kupując kartę na komunikację miejską czy owoce w hali targowej. 
 
Mieszkańcy Walencji są głośni i szybcy. Grzeczni, ale nie przymilni jak Grecy czy Włosi. Żadnego "hello, ladies", raczej słoneczna, lecz chłodna uprzejmość. Na plaży otwartość przejawiała się w chodzeniu topless przez wiele kobiet, młodszych i starszych. 
 
W przestrzeni publicznej było widać wiele osób z niepełnosprawnościami. Zwróciłam uwagę na niskie krawężniki, w pełni zautomatyzowane podesty w autobusach i inne udogodnienia. Ratownicy wprowadzali je do morza na specjalnych wózkach-łódkach, czasem ktoś wchodził do wody o kulach. 
 
W wynajmowanym przez nas mieszkaniu nie było czajnika. Cóż, Hiszpanie nie są zainteresowani herbatą. Natomiast kawiarka i oliwa to punkty obowiązkowe. 
 
Przykrym zdarzeniem była kradzież mojego portfela z torebki. "Profesjonaliści" zrobili to w taki sposób, że nawet się nie zorientowałam. Potem byłyśmy z J biedne "jak może być tylko czeladnik ekwadorski" (bardzo lubię tę piosenkę zespołu Pogodno). 
 
W katedrze, przy kaplicy ze św. Graalem zapaliłam świeczkę dla babci Marysi. To mój nowy zwyczaj, w którym nie przeszkadza mi ateizm. Wszak babcia wiedziała, że jestem "husyt".

7 września 2026

Gdyby miasta miały diagnozy

Paryż byłby narcystycznym zaburzeniem osobowości, ten język, blichtr, nonszalancja. Warszawa pewnie miałaby ADHD, wie, że pęd i wielogłos są męczące. Berlin cierpiałby z powodu wyparcia i miewał flashbacki. Sarajewo, ach Sarajewo, do którego ciągle planuję dotrzeć, miałoby diagnozę złożonego zespołu stresu pourazowego. Sewilla, wstyd to przyznać, trochę śmierdzi kanałami, ale jednocześnie pachnie kwiatami pomarańczy – czyżby rozdwojenie jaźni? 

Gdyby miasta były ludźmi – Lublana byłaby dziewczyną z trochę bogatszego domu, ale jeszcze nie zarozumiałą. Nie przepadałaby za kuzynkami, które są mniej europejskie, a bardziej bałkańskie. Cóż, nie ten klimat, nie te zainteresowania. Wiedeń to pilny student akademii muzycznej, garniak, sodówka uderzyła mu do głowy. Ateny zaś to hiphopowiec z zamiłowaniem do graffiti, trochę łobuz, ale w sumie ma dobre serce. 

Jak łatwo posługiwać się stereotypem. 

A Ty jaka będziesz, Walencjo?