25 czerwca 2026

Cierpliwość

Czekałam osiem lat, aż moja matka znowu przyjedzie do Krakowa. Po "aferze rzymskiej" długo myślałam, że to już nigdy nie będzie możliwe. Mój pomysł, żeby zintegrować dwie ważne kobiety - matkę i partnerkę - okazał się katastrofą. Potem był najdłuższy czas, kiedy nie odzywałam się do matki. Od października do wigilii. W wigilię zadzwoniła. Byłam wtedy w pracy, niewielu seniorów, bo przed świętami mało kto przyjeżdżał do ośrodka. D. widziała, ile mnie kosztowała rozmowa z nią. 
 
Taki był mój pierwszy raz z Włochami. Myślałam, że matka wyląduje w psychiatryku, bo bardzo szalała. Piękno Rzymu było do tego epickim tłem. Ale wtedy było mało śmiesznie. 
 
Tak to już jest ze znerwicowanymi matkami jedynaczek. 
 
Ale teraz się udało. Zabrałam ją do opery, restauracji i kawiarni. Znosiłam jej krytyczne komentarze, ale były też chwile, że widziałam na jej twarzy zachwyt. W operze był humor i przede wszystkim bal, a to trafiło w jej gusta. Fakt, bal był zjawiskowy. 
 
Czy można mieć bliską relację, a jednocześnie zdawać sobie sprawę z wyparcia matki dotyczącego przeszłości? Myślę, że tak, chociaż są trudne momenty. Czasami zastanawiam się, czy nie realizuję jej marzeń. O wychodzeniu, podróżach, życiu w większym mieście. Ale to też ja. Na pewno to też ja.

24 czerwca 2026

ognisko

w środku
jesteśmy ciemni 
fioletowe żyły syczą kiedy śpimy
czasem wylatuje nasze brudne wnętrze
 
i pulsuje czerwień
oskrobana światłem
 
gwiazdy zamiast spadać
leciały do góry
na nas ciepły popiół
i stygnąca noc 

11 maja 2026

Zobaczyć Neapol i ... żyć

Żyć tak bardzo. Ciekawe, że to, co mnie porusza w południowych Włoszech to stosunek do śmierci - może nie brak strachu, ale próba oswojenia się z tym tematem i normalizacji. Rok temu w Palermo odwiedziłam katakumby kapucynów, gdzie powieszone były setki ich (częściowo) zachowanych ciał. Niedawno w Neapolu zobaczyłam wiele kapliczek na ścianach kamienic, które zawierały zdjęcia zmarłych. Czytałam o cmentarzu, gdzie w odsłoniętych grobach są widoczne kości czaszek i inne. Podziwiałam też rzeźbę "Chrystus spowity całunem" Giuseppe Sanmartino, która była wyjątkowo realistyczna i drobiazgowo wykonana. Żałuję, że nie zdążyłam zobaczyć "Piety" autorstwa Jago. O tym niezwykłym, współczesnym artyście dowiedziałam się dopiero z książki, kiedy miałyśmy już zaplanowane inne aktywności. 
 
To, co zapamiętam z Neapolu to na pewno hałas, trąbienie kierowców niekoniecznie ze złości, ale po prostu, żeby zaznaczyć swoją obecność. 
 
Dziewczynę, która oprowadzała nas po Baptysterium San Giovanni in Fonte i robiła to po angielsku pierwszy raz w życiu. Bardzo się stresowała, choć zupełnie niepotrzebnie, szczególnie przy mnie, bo jej angielski i tak był nieporównanie lepszy niż mój. 
 
Małą Włoszkę, którą mężczyzna (chyba ojciec) podrzucał do góry i mówił wesoło: "Grazie mille! Grazie mille!", a ona się śmiała. 
 
To, jak Włosi wymawiają literę R. Tak wyraziście. I w ogóle ich melodyjny język. 
 
Zachwyt J, kiedy zobaczyła w pałacu w Casercie ogromne neapolitańskie szopki. 
 
Smak lodów cytrynowych w zamrożonej skórce cytryny w ogrodzie w Sorrento. 
 
Kolorowe skrzydła aniołów na obrazach w Muzeum Capodimonte. 
 
Współczucie wobec ludzi i zwierząt zasypanych popiołem po erupcji Wezuwiusza w 79r. w Pompejach. Zachowanych na zawsze (na zawsze?). Na długo. Zachowanych do dziś w mało zmienionym stanie.