Pojawił
się na szkolnym korytarzu nie wiadomo skąd. Nowy nauczyciel w
skostniałej instytucji. Gwiazda w pokoju nauczycielskim, idol starszych
pań. Wysoki, ciemne oczy i włosy. Coś mądrego w spojrzeniu, obok czego
nie dało się przejść obojętnie. Nosił okulary i koszule w kratę. Uczył
mnie przez rok i to był jedyny rok w moim życiu, kiedy rozumiałam
fizykę. Albo tak mi się przynajmniej wydawało. Później dowiedziałam się,
że woli matematykę, a fizyki uczył właśnie tylko przez ten krótki
okres. Miałam do niej gruby zeszyt z granatową okładką. Najważniejsze
rzeczy napisane na kolorowo. Oj tak, umiałam schludnie prowadzić
zeszyty. Być może chodziłam też do tablicy, ale nie pamiętam czy
potrafiłam rozwiązać jakieś zadanie.
Mógł mnie zgnieść. Byłam wtedy dzieckiem. A on, nawet jeśli w duchu się
ze mnie śmiał, nie pokazał tego. Odpowiadał na moje wiadomości (już po
skończeniu tej szkoły) i nie zrobił nic, co by mnie naruszyło. Podszedł
do tego z ciekawością. Chciał wiedzieć z kim pisze, więc dowiedział się,
że ja to ja.
Żyłam wtedy w piekle. Miałam już silną nerwicę, z bólami żołądka,
drżeniem rąk i zacinaniem się przy wypowiedzi na forum klasy. Zatrzymała
mi się miesiączka, co spowodowało, że w wieku 14 lat musiałam pójść do
ginekologa. W domu niemal codziennie były awantury, z krzykami na całą
klatkę w bloku, biciem, szarpaniem. Dzień w dzień stres, co będzie
dalej. Wstyd przed sąsiadami. Ojciec stosował słowotwórstwo, którego nie
powstydziłby się nawet Leśmian - np. wymyślił słowo "kurwiszczelec".
Darł się też częściowo po rusku. Może dlatego, że matkę nazywał
komunistką? Wyparłam to, że mnie nadużywał, a to był czas, w którym
jeszcze to do mnie nie wróciło.
W szkole nie było lepiej. Koledzy z klasy wyzywali mnie, popychali na
schodach. Nie umiałam się bronić. Traumy domowe rozgrywały się w szkole,
pilnie się uczyłam i pilnie powtarzałam rolę ofiary. Zgadnijmy, co było
w centrum uwagi - cycki. A teraz zgadnijmy, kto pomagał i wspierał -
oczywiście przyjaciółki, czyli także dzieci.
Wyparcie, dysocjacja, wszystkie mechanizmy obronne, jakich nieświadomie
użyłam, pozwoliły mi przetrwać. Miałam średnią 5.0 do końca gimnazjum.
Jak byłam w stanie się uczyć w takiej atmosferze? Nie wiem.
A on? On był fantazją. Ucieczką. Przystojny, inteligentny, miał wiele
zainteresowań - naukowych, sportowych, muzycznych. Raz napisałam mu, ile
dni i minut jestem w nim zakochana. Zapytałam go też, czy lubi słuchać
metalu. Odpisał, że tak, ale w każdym gatunku są jakieś popłuczyny.
"Popłuczyny", zapamiętałam to słowo, choć minęło tyle lat. Przywołuję
obraz szkolnej dyskoteki z durną muzyką, sztucznym dymem i z nim
pilnującym uczniów. Opiera się o ścianę i patrzy w przestrzeń. Adonis,
do którego mogłam się modlić w prywatnej kaplicy mojej głowy.
Przyjaciółki śmiały się, że kiedy tłumaczył coś zbyt długo, w kącikach
ust zbierała mu się ślina. Czy mi to przeszkadzało? Może trochę, a może
nie miało znaczenia. Miał też zmieniony głos, chyba przez to, że w
dzieciństwie na coś zachorował.
Był moją pierwszą platoniczną miłością. Wspominam to z zażenowaniem, ale
mam dużo ciepła do tej naiwnej dziewczynki. Robiła wszystko, żeby
przeżyć. A przeżyć piekło to nie było takie proste.