Mam
jakieś 21 lat, jesteśmy z A. i S. w restauracji żydowskiej na Starym
Mieście w Lublinie, stać nas tylko na macę, ale i tak jest cudownie.
Rozmawiamy o tym, że może pójdę na etnologię. Zbędny kierunek bez
perspektyw na pracę, ale za to jaki ciekawy!
Jesteśmy na zebraniu ludzi zainteresowanych wolontariatem w Afryce. Nie
pamiętam czy było to przed wolontariatem w hospicjum czy w przerwie
pomiędzy śmiercią Marcina a zaopiekowaniem się Czarkiem. Jest mowa o
tym, że trzeba nauczyć się suahili, wyjazdy na kilka miesięcy,
środowisko kościelno-edukacyjne. Hmm... zbyt odjechane? Dobrze, to
jednak szpital dziecięcy. Pamiętam dziewczynkę z rozbitą głową, która
powiedziała: "Uff dobrze, że nie jest pani psychologiem, bo nie lubię
psychologów". Nie byłam, ja wtedy tylko studiowałam.
Jadę autobusem na miasteczko akademickie (psychologia była przy Placu
Litewskim, więc na miasteczku rzadziej się bywało). Słuchawki w uszach,
leci Rihanna - We Found Love. Cieszy mnie po prostu zdobywanie wiedzy.
Na etnologii niewielu było specjalistów w tej dziedzinie, bo był to nowo
utworzony kierunek, więc trochę bardziej przypomniał kulturoznawstwo. A
tam najbardziej pociągał mnie film.
Przy okazji przeżywam różne dramaty, większe lub mniejsze. Zakochania,
od których puchnie głowa, powroty do Dęblina z nadzieją, że może coś się
zmieni. Zbyt duże ilości alkoholu i odreagowania, imprezy - aby taniej.
Siano w głowie, jakieś niebezpieczne sytuacje, chęć zbawiania świata,
zbyt ostra waleczność. Emocje, dużo emocji.
Teraz, kiedy przychodzi pani X (tak, w tym wieku jest się już panią)
czasem przypominam sobie siebie z tamtych lat. Rozsądek zaślepiony
pomysłami, burzą mózgów, ale też mroczne zakamarki - nienawiść do
siebie, chęć zniknięcia, ból. Tak trudno się teraz słucha, że ktoś
nienawidzi swojego ciała.
Próbuję przekazać jej, że da się przez to przejść. Przez ten przedsionek
dorosłości, spróchniały próg rozumu. Ja też wtedy chodziłam do Anny.
Ciekawe jak się czuła Anna mając 21 lat.
