24 lipca 2026

Urywki

Mam jakieś 21 lat, jesteśmy z A. i S. w restauracji żydowskiej na Starym Mieście w Lublinie, stać nas tylko na macę, ale i tak jest cudownie. Rozmawiamy o tym, że może pójdę na etnologię. Zbędny kierunek bez perspektyw na pracę, ale za to jaki ciekawy! 
 
Jesteśmy na zebraniu ludzi zainteresowanych wolontariatem w Afryce. Nie pamiętam czy było to przed wolontariatem w hospicjum czy w przerwie pomiędzy śmiercią Marcina a zaopiekowaniem się Czarkiem. Jest mowa o tym, że trzeba nauczyć się suahili, wyjazdy na kilka miesięcy, środowisko kościelno-edukacyjne. Hmm... zbyt odjechane? Dobrze, to jednak szpital dziecięcy. Pamiętam dziewczynkę z rozbitą głową, która powiedziała: "Uff dobrze, że nie jest pani psychologiem, bo nie lubię psychologów". Nie byłam, ja wtedy tylko studiowałam. 
 
Jadę autobusem na miasteczko akademickie (psychologia była przy Placu Litewskim, więc na miasteczku rzadziej się bywało). Słuchawki w uszach, leci Rihanna - We Found Love. Cieszy mnie po prostu zdobywanie wiedzy. Na etnologii niewielu było specjalistów w tej dziedzinie, bo był to nowo utworzony kierunek, więc trochę bardziej przypomniał kulturoznawstwo. A tam najbardziej pociągał mnie film. 
 
Przy okazji przeżywam różne dramaty, większe lub mniejsze. Zakochania, od których puchnie głowa, powroty do Dęblina z nadzieją, że może coś się zmieni. Zbyt duże ilości alkoholu i odreagowania, imprezy - aby taniej. Siano w głowie, jakieś niebezpieczne sytuacje, chęć zbawiania świata, zbyt ostra waleczność. Emocje, dużo emocji. 
 
Teraz, kiedy przychodzi pani X (tak, w tym wieku jest się już panią) czasem przypominam sobie siebie z tamtych lat. Rozsądek zaślepiony pomysłami, burzą mózgów, ale też mroczne zakamarki - nienawiść do siebie, chęć zniknięcia, ból. Tak trudno się teraz słucha, że ktoś nienawidzi swojego ciała. 
 
Próbuję przekazać jej, że da się przez to przejść. Przez ten przedsionek dorosłości, spróchniały próg rozumu. Ja też wtedy chodziłam do Anny. Ciekawe jak się czuła Anna mając 21 lat.

13 lipca 2026

Natura

Moja ambiwalentna relacja z naturą od dzieciństwa naznaczona jest zmaganiem z komarami. Nigdy nie byłam wielką fanką lasów ani jezior, bo po spacerze miałam wielkie i okrutnie swędzące bąble na nogach. Z czasem zmieniały kolor z czerwonego na fioletowy. Nie dało się ich nie drapać. Pamiętam bandaże śmierdzące octem (pomagał na świąd i opuchliznę!). 
 
Dlatego tak przemówił do mnie fragment książki "Dzikie kakao. Wyprawa do źródeł czekolady" Rowana Jacobsena, który poniżej zacytuję. Od podróży do dżungli amazońskiej zdecydowanie wolałabym podróż do jakiegoś dużego miasta w Ameryce Południowej. (A kwiatki na balkonie sadzi J, bo grzebania w ziemi też nie lubię ;)). 
 
<<Jestem zatem rad, że wody jest tak dużo, bo nie grozi nam rozdarcie kadłuba, ale mam jeszcze jedno zmartwienie, które mogłoby się wydawać błahostką, gdyby nie to, co czytam w dziennikach dawnych odkrywców. Zmagając się codziennie z mnóstwem przeciwności, począwszy od spiekoty, przez choroby, na atakach tubylców kończąc, część grozy swoich relacji zachowywali na opisy meszek, zwanych w Brazylii pium, zdolnych złamać nawet najtwardszych podróżników. "Gdy przez cały dzień atakują meszki pium, a przez całą noc komary, odpoczynek jest prawie niemożliwy", pisał William Chandless w raporcie dla Królewskiego Towarzystwa Geograficznego w 1866 roku, "i człowiek miota się tam i z powrotem, jakby znajdował się między bramą piekła a Acheronem". 
 
W tej kwestii Luisa nie ma dla mnie dobrych informacji i przyznaje, że nawet wielu mieszkańców Amazonii unika tego regionu z powodu meszek. "Są wredne i tyle" - mówi. "Po ich ukąszeniu zostają takie małe ranki. Ale gdy zaczniesz je drapać, będzie jeszcze gorzej".>>

25 czerwca 2026

Cierpliwość

Czekałam osiem lat, aż moja matka znowu przyjedzie do Krakowa. Po "aferze rzymskiej" długo myślałam, że to już nigdy nie będzie możliwe. Mój pomysł, żeby zintegrować dwie ważne kobiety - matkę i partnerkę - okazał się katastrofą. Potem był najdłuższy czas, kiedy nie odzywałam się do matki. Od października do wigilii. W wigilię zadzwoniła. Byłam wtedy w pracy, niewielu seniorów, bo przed świętami mało kto przyjeżdżał do ośrodka. D. widziała, ile mnie kosztowała rozmowa z nią. 
 
Taki był mój pierwszy raz z Włochami. Myślałam, że matka wyląduje w psychiatryku, bo bardzo szalała. Piękno Rzymu było do tego epickim tłem. Ale wtedy było mało śmiesznie. 
 
Tak to już jest ze znerwicowanymi matkami jedynaczek. 
 
Ale teraz się udało. Zabrałam ją do opery, restauracji i kawiarni. Znosiłam jej krytyczne komentarze, ale były też chwile, że widziałam na jej twarzy zachwyt. W operze był humor i przede wszystkim bal, a to trafiło w jej gusta. Fakt, bal był zjawiskowy. 
 
Czy można mieć bliską relację, a jednocześnie zdawać sobie sprawę z wyparcia matki dotyczącego przeszłości? Myślę, że tak, chociaż są trudne momenty. Czasami zastanawiam się, czy nie realizuję jej marzeń. O wychodzeniu, podróżach, życiu w większym mieście. Ale to też ja. Na pewno to też ja.