25 lipca 2026

Nie wszystko można zawetować

Mogłam się spodziewać tej decyzji. Ale czekałam, łudząc się, że może obudzę się w innej rzeczywistości. Jednak obudziłam się w tej, co zwykle - ustawy nie będzie. 
 
Zalała mnie wściekłość zmieszana z bezradnością. 
 
Po czasie pobudza to też do refleksji - czym jest dla mnie miłość. Podkreślę, że po 14 latach. No to jedziemy. 
 
Miłość jest wtedy, gdy: 
 
- mam potrzebę przytulić J. codziennie przed snem, a obok nas moszczą się koty
- rano robi mi kawę z taką ilością cukru, że jest w sam raz (ja zawsze sypię za mało) 
- mogę przy niej założyć absolutnie każde ubranie i nie wstydzę się 
- patrzy na mnie tak jak kiedyś 
- nadal lubimy się razem śmiać 
- uwielbiam jej piegi na rękach, zapach i głos 
- uczymy się przerywać nasze wojny i wracać mimo lęku przed zranieniem  
- znosi moje pomysły, gadanie o podróżach i zgadza się na wiele z nich 
- jesteśmy najbliżej jak się da, mogę przy niej odlecieć 
- pyta mnie o ortografię albo mogę jej powiedzieć coś, czego nie wie (to nie takie częste!) 
- przypominam sobie jak całowała moje blizny na plecach, a ja płakałam po cichu, że je akceptuje
- pokazuje mi Rzeszów i ze szczegółami opowiada, które miejsca są związane z jej przeszłością 
- idąc wymiotować, informuje mnie o tym, żebym mogła założyć słuchawki, bo wie, że nie mogę znieść tego dźwięku 
- podaje mi leki, robi miętę i przychodzi zapytać jak tam, kiedy źle się czuję 
- po tym, jak idzie gdzieś sama, mówi, że szkoda, że mnie tam nie było
- zerka z czułością, kiedy ponosi mnie na koncercie (poszła ze mną na koncert Comy i nawet jej się podobało oraz pojedzie do Łodzi na drugi, wow) 
- udaje, że nie interesują jej seriale, które oglądam, ale podsłuchuje z drugiego pokoju i jest na bieżąco 
- towarzyszymy sobie, kiedy któraś z nas jest w czarnej dupie 
- boję się, że ona umrze pierwsza i będę musiała być na tym świecie bez niej. 

24 lipca 2026

Urywki

Mam jakieś 21 lat, jesteśmy z A. i S. w restauracji żydowskiej na Starym Mieście w Lublinie, stać nas tylko na macę, ale i tak jest cudownie. Rozmawiamy o tym, że może pójdę na etnologię. Zbędny kierunek bez perspektyw na pracę, ale za to jaki ciekawy! 
 
Jesteśmy na zebraniu ludzi zainteresowanych wolontariatem w Afryce. Nie pamiętam czy było to przed wolontariatem w hospicjum czy w przerwie pomiędzy śmiercią Marcina a zaopiekowaniem się Czarkiem. Jest mowa o tym, że trzeba nauczyć się suahili, wyjazdy na kilka miesięcy, środowisko kościelno-edukacyjne. Hmm... zbyt odjechane? Dobrze, to jednak szpital dziecięcy. Pamiętam dziewczynkę z rozbitą głową, która powiedziała: "Uff dobrze, że nie jest pani psychologiem, bo nie lubię psychologów". Nie byłam, ja wtedy tylko studiowałam. 
 
Jadę autobusem na miasteczko akademickie (psychologia była przy Placu Litewskim, więc na miasteczku rzadziej się bywało). Słuchawki w uszach, leci Rihanna - We Found Love. Cieszy mnie po prostu zdobywanie wiedzy. Na etnologii niewielu było specjalistów w tej dziedzinie, bo był to nowo utworzony kierunek, więc trochę bardziej przypomniał kulturoznawstwo. A tam najbardziej pociągał mnie film. 
 
Przy okazji przeżywam różne dramaty, większe lub mniejsze. Zakochania, od których puchnie głowa, powroty do Dęblina z nadzieją, że może coś się zmieni. Zbyt duże ilości alkoholu i odreagowania, imprezy - aby taniej. Siano w głowie, jakieś niebezpieczne sytuacje, chęć zbawiania świata, zbyt ostra waleczność. Emocje, dużo emocji. 
 
Teraz, kiedy przychodzi pani X (tak, w tym wieku jest się już panią) czasem przypominam sobie siebie z tamtych lat. Rozsądek zaślepiony pomysłami, burzą mózgów, ale też mroczne zakamarki - nienawiść do siebie, chęć zniknięcia, ból. Tak trudno się teraz słucha, że ktoś nienawidzi swojego ciała. 
 
Próbuję przekazać jej, że da się przez to przejść. Przez ten przedsionek dorosłości, spróchniały próg rozumu. Ja też wtedy chodziłam do Anny. Ciekawe jak się czuła Anna mając 21 lat.

13 lipca 2026

Natura

Moja ambiwalentna relacja z naturą od dzieciństwa naznaczona jest zmaganiem z komarami. Nigdy nie byłam wielką fanką lasów ani jezior, bo po spacerze miałam wielkie i okrutnie swędzące bąble na nogach. Z czasem zmieniały kolor z czerwonego na fioletowy. Nie dało się ich nie drapać. Pamiętam bandaże śmierdzące octem (pomagał na świąd i opuchliznę!). 
 
Dlatego tak przemówił do mnie fragment książki "Dzikie kakao. Wyprawa do źródeł czekolady" Rowana Jacobsena, który poniżej zacytuję. Od podróży do dżungli amazońskiej zdecydowanie wolałabym podróż do jakiegoś dużego miasta w Ameryce Południowej. (A kwiatki na balkonie sadzi J, bo grzebania w ziemi też nie lubię ;)). 
 
<<Jestem zatem rad, że wody jest tak dużo, bo nie grozi nam rozdarcie kadłuba, ale mam jeszcze jedno zmartwienie, które mogłoby się wydawać błahostką, gdyby nie to, co czytam w dziennikach dawnych odkrywców. Zmagając się codziennie z mnóstwem przeciwności, począwszy od spiekoty, przez choroby, na atakach tubylców kończąc, część grozy swoich relacji zachowywali na opisy meszek, zwanych w Brazylii pium, zdolnych złamać nawet najtwardszych podróżników. "Gdy przez cały dzień atakują meszki pium, a przez całą noc komary, odpoczynek jest prawie niemożliwy", pisał William Chandless w raporcie dla Królewskiego Towarzystwa Geograficznego w 1866 roku, "i człowiek miota się tam i z powrotem, jakby znajdował się między bramą piekła a Acheronem". 
 
W tej kwestii Luisa nie ma dla mnie dobrych informacji i przyznaje, że nawet wielu mieszkańców Amazonii unika tego regionu z powodu meszek. "Są wredne i tyle" - mówi. "Po ich ukąszeniu zostają takie małe ranki. Ale gdy zaczniesz je drapać, będzie jeszcze gorzej".>>