15 sierpnia 2026

Imieniny babci

Dziś wspominam imieniny babci. 15 sierpnia - wakacje, więc wtedy najczęściej przebywałam w Lubartowie. Lubiłam ten dzień. Dziadek mówił wtedy do niej Maniu. Były dobre ciasta i przychodziły różne starsze panie, których narzekań chętnie słuchałam. 
 
Jedna z nich, pani R. miała ogromny biust w niedobranym staniku (wypływał górą), włosy jakby piorun strzelił i mówiła w taki sposób, że bardzo starałam się nie roześmiać. Pani R. czasem przyprowadzała swoją wnuczkę, którą wychowywała, bo córka wyjechała do pracy za granicę. Dziewczynka była bardzo ładnie ubrana, w białe rajstopy, lakierki. A ja z siostrą cioteczną uwielbiałyśmy błoto, piach i zwierzęta, więc trochę trudno było się razem bawić. Ale na pewno znajdowałyśmy jakiś sposób.
 
Babci, im była starsza, tym bardziej przeszkadzało, gdy ktoś zakłócał jej serialowy rytm. Nie mogła przepuścić żadnego odcinka. Oglądałam z nią "Modę na sukces" i słuchałam, jak komentuje zachowanie Brooke, która miała wielu mężów i dużo ciekawych przygód, np. przeżyła upadek z wieży Eiffla. Nazywała ją "pomiotłem" i to mnie niesamowicie satysfakcjonowało. Może dlatego, że zawsze była ułożona i rzadko pozwalała sobie na tak bezpośrednie wyrażanie emocji. Jeszcze ją podjudzałam, że jak to - kolejny mąż z tej samej rodziny? Jak to tak może być?!
 
Nie mogła też znieść, kiedy podczas wspólnego oglądania filmu była jakaś scena erotyczna i przełączała kanały. Kiedyś bezczelnie policzyłam miesiące i zorientowałam się, że zaszła w ciążę z matką jeszcze przed ślubem z dziadkiem. Oczywiście zaczęła kręcić, ale obie wiedziałyśmy, że robi to dla zasady.
 
Przeskakuję pamięcią do ostatniego lata, kiedy była w stanie chodzić, tylko trzeba było jej pilnować, żeby nie upadła. Poszłam za nią do ogrodu, czy raczej - jak się tam mówiło - na ogród i usiadłam obok niej pod winoroślą. Słońce wisiało już nisko. Przez chwilę nic nie mówiłyśmy. Wiedziałam, że jej czas się kończy. Bardzo chciałam zapamiętać ten moment, żeby móc do niego wracać. Jak w soczewce skupiona była cała beztroska dzieciństwa, która była tylko tam, tylko w trakcie przerw od szkoły. Tylko albo aż. Zamieniłyśmy parę słów i wróciła do domu się położyć.

11 sierpnia 2026

Pierwsza platoniczna m.

Pojawił się na szkolnym korytarzu nie wiadomo skąd. Nowy nauczyciel w skostniałej instytucji. Gwiazda w pokoju nauczycielskim, idol starszych pań. Wysoki, ciemne oczy i włosy. Coś mądrego w spojrzeniu, obok czego nie dało się przejść obojętnie. Nosił okulary i koszule w kratę. Uczył mnie przez rok i to był jedyny rok w moim życiu, kiedy rozumiałam fizykę. Albo tak mi się przynajmniej wydawało. Później dowiedziałam się, że woli matematykę, a fizyki uczył właśnie tylko przez ten krótki okres. Miałam do niej gruby zeszyt z granatową okładką. Najważniejsze rzeczy napisane na kolorowo. Oj tak, umiałam schludnie prowadzić zeszyty. Być może chodziłam też do tablicy, ale nie pamiętam czy potrafiłam rozwiązać jakieś zadanie. 
 
Mógł mnie zgnieść. Byłam wtedy dzieckiem. A on, nawet jeśli w duchu się ze mnie śmiał, nie pokazał tego. Odpowiadał na moje wiadomości (już po skończeniu tej szkoły) i nie zrobił nic, co by mnie naruszyło. Podszedł do tego z ciekawością. Chciał wiedzieć z kim pisze, więc dowiedział się, że ja to ja. 
 
Żyłam wtedy w piekle. Miałam już silną nerwicę, z bólami żołądka, drżeniem rąk i zacinaniem się przy wypowiedzi na forum klasy. Zatrzymała mi się miesiączka, co spowodowało, że w wieku 14 lat musiałam pójść do ginekologa. W domu niemal codziennie były awantury, z krzykami na całą klatkę w bloku, biciem, szarpaniem. Dzień w dzień stres, co będzie dalej. Wstyd przed sąsiadami. Ojciec stosował słowotwórstwo, którego nie powstydziłby się nawet Leśmian - np. wymyślił słowo "kurwiszczelec". Darł się też częściowo po rusku. Może dlatego, że matkę nazywał komunistką? Wyparłam to, że mnie nadużywał, a to był czas, w którym jeszcze to do mnie nie wróciło. 
 
W szkole nie było lepiej. Koledzy z klasy wyzywali mnie, popychali na schodach. Nie umiałam się bronić. Traumy domowe rozgrywały się w szkole, pilnie się uczyłam i pilnie powtarzałam rolę ofiary. Zgadnijmy, co było w centrum uwagi - cycki. A teraz zgadnijmy, kto pomagał i wspierał - oczywiście przyjaciółki, czyli także dzieci. 
 
Wyparcie, dysocjacja, wszystkie mechanizmy obronne, jakich nieświadomie użyłam, pozwoliły mi przetrwać. Miałam średnią 5.0 do końca gimnazjum. Jak byłam w stanie się uczyć w takiej atmosferze? Nie wiem. 
 
A on? On był fantazją. Ucieczką. Przystojny, inteligentny, miał wiele zainteresowań - naukowych, sportowych, muzycznych. Raz napisałam mu, ile dni i minut jestem w nim zakochana. Zapytałam go też, czy lubi słuchać metalu. Odpisał, że tak, ale w każdym gatunku są jakieś popłuczyny. "Popłuczyny", zapamiętałam to słowo, choć minęło tyle lat. Przywołuję obraz szkolnej dyskoteki z durną muzyką, sztucznym dymem i z nim pilnującym uczniów. Opiera się o ścianę i patrzy w przestrzeń. Adonis, do którego mogłam się modlić w prywatnej kaplicy mojej głowy. 
 
Przyjaciółki śmiały się, że kiedy tłumaczył coś zbyt długo, w kącikach ust zbierała mu się ślina. Czy mi to przeszkadzało? Może trochę, a może nie miało znaczenia. Miał też zmieniony głos, chyba przez to, że w dzieciństwie na coś zachorował. 
 
Był moją pierwszą platoniczną miłością. Wspominam to z zażenowaniem, ale mam dużo ciepła do tej naiwnej dziewczynki. Robiła wszystko, żeby przeżyć. A przeżyć piekło to nie było takie proste.

7 sierpnia 2026

Woda

Owszem, fale były dość spore, ale nie odczuwałam lęku. Lubię przez nie skakać, wygłupiać się i tańczyć w morzu. Nie wchodzę dalej niż do pasa i pilnuję, żeby czuć dno pod stopami. 
 
Był piękny dzień, plaża z klifu wyglądała spektakularnie. Prowadziło do niej dużo schodów. Pamiętam, że ktoś biegał po nich w tę i z powrotem. Piłyśmy mrożone cappuccino z puszki i co ciekawe, było smaczne. 
 
W pewnym momencie zobaczyłam, że J jest trochę dalej od brzegu niż ja. Trochę za daleko, żeby nadal było zabawnie. Próbowała wrócić, ale nie mogła, fale spychały ją wgłąb morza. I wtedy zrobiłam najbardziej nierozsądną rzecz, jaką mogłam - poszłam po nią. 
 
W zasadzie nie umiem pływać, najwyżej jakieś parę metrów pieskiem, ale wtedy uruchomiłam w sobie coś - nie wiem, co to było - jakiś instynkt przetrwania. Ona też. Skończyło się na strachu i napiciu słonej wody. Plaża była strzeżona, więc prawdopodobnie ktoś by nam pomógł. 
 
Od tamtej pory nie wchodziłam do morza. Miałam postanowienie, że nauczę się pływać, ale w ostatnim czasie nie udało się go zrealizować. 
 
Niedługo wybieramy się nad morze. Uwielbiam je od dzieciństwa i nie chcę tego zmieniać. 
 
Obiecałam sobie rozsądek. 
Nie rzucać się na pomoc, kiedy nie mogę pomóc. (To również jest o moim życiu i pracy). 
Mieć respekt.