18 września 2026

Walencja - gorąca jak patelnia

Słońce aż kłuje w oczy. Czysta i rozległa. Stara i futurystyczna. Nęci szeroką plażą, ale tego akurat się spodziewałam. Natomiast już na lotnisku zaskoczyły mnie podwójne napisy. Te drugie niby hiszpańskie, ale nie do końca. Jak się okazało to język walencki, a w zasadzie kataloński, którego walencki jest południowym dialektem. Zupełnie nie łączyłam Walencji z Barceloną, wydawało mi się, że to odległe od siebie światy. A jednak. Walencki jest obok hiszpańskiego językiem urzędowym (tylko wydaje się, że tendencje separatystyczne nie są tak silne jak w przypadku Katalonii). W mieście napisy były w jednym lub drugim języku, czasem w obu, więc cały czas towarzyszyły mi próby rozszyfrowania, z którym mam do czynienia. 
 
Co do języka - nie ma szans, żebym dogadała się po hiszpańsku, ale znajomość paru słów kilka razy ułatwiła nam życie: kupując kartę na komunikację miejską czy owoce w hali targowej. 
 
Mieszkańcy Walencji są głośni i szybcy. Grzeczni, ale nie przymilni jak Grecy czy Włosi. Żadnego "hello, ladies", raczej słoneczna, lecz chłodna uprzejmość. Na plaży otwartość przejawiała się w chodzeniu topless przez wiele kobiet, młodszych i starszych. 
 
W przestrzeni publicznej było widać wiele osób z niepełnosprawnościami. Zwróciłam uwagę na niskie krawężniki, w pełni zautomatyzowane podesty w autobusach i inne udogodnienia. Ratownicy wprowadzali je do morza na specjalnych wózkach-łódkach, czasem ktoś wchodził do wody o kulach. 
 
W wynajmowanym przez nas mieszkaniu nie było czajnika. Cóż, Hiszpanie nie są zainteresowani herbatą. Natomiast kawiarka i oliwa to punkty obowiązkowe. 
 
Przykrym zdarzeniem była kradzież mojego portfela z torebki. "Profesjonaliści" zrobili to w taki sposób, że nawet się nie zorientowałam. Potem byłyśmy z J biedne "jak może być tylko czeladnik ekwadorski" (bardzo lubię tę piosenkę zespołu Pogodno). 
 
W katedrze, przy kaplicy ze św. Graalem zapaliłam świeczkę dla babci Marysi. To mój nowy zwyczaj, w którym nie przeszkadza mi ateizm. Wszak babcia wiedziała, że jestem "husyt".

7 września 2026

Gdyby miasta miały diagnozy

Paryż byłby narcystycznym zaburzeniem osobowości, ten język, blichtr, nonszalancja. Warszawa pewnie miałaby ADHD, wie, że pęd i wielogłos są męczące. Berlin cierpiałby z powodu wyparcia i miewał flashbacki. Sarajewo, ach Sarajewo, do którego ciągle planuję dotrzeć, miałoby diagnozę złożonego zespołu stresu pourazowego. Sewilla, wstyd to przyznać, trochę śmierdzi kanałami, ale jednocześnie pachnie kwiatami pomarańczy – czyżby rozdwojenie jaźni? 

Gdyby miasta były ludźmi – Lublana byłaby dziewczyną z trochę bogatszego domu, ale jeszcze nie zarozumiałą. Nie przepadałaby za kuzynkami, które są mniej europejskie, a bardziej bałkańskie. Cóż, nie ten klimat, nie te zainteresowania. Wiedeń to pilny student akademii muzycznej, garniak, sodówka uderzyła mu do głowy. Ateny zaś to hiphopowiec z zamiłowaniem do graffiti, trochę łobuz, ale w sumie ma dobre serce. 

Jak łatwo posługiwać się stereotypem. 

A Ty jaka będziesz, Walencjo?

22 sierpnia 2026

Starość i serce. Stare serce

Przy osobach starszych i niepełnosprawnych włącza mi się tryb zabawiacza i tak było także tym razem w domu pomocy społecznej, w odwiedzinach u pani T. Jest ona osobą sprawną intelektualnie, ale ma kłopoty z poruszaniem się po udarze. Kiedyś była moją podopieczną w dziennym ośrodku, gdzie pracowałam jako psycholog. Nie miałam wtedy problemu, żeby gadać głupoty po to, by seniorzy się uśmiechnęli, śpiewać (zdrowi ludzie by mojego śpiewu nie wytrzymali!), przebierać się w dziwne stroje, tańczyć z tymi, którzy byli w stanie itd. 
 
Dziś w DPS-ie mijało nas kilka osób niewerbalnych, reszta osób w jeszcze gorszym stanie, leżąca w swoich pokojach. Przygarbiona staruszka o wielkich, jasnych oczach podchodziła do nas, za którymś razem odpowiedziała mi na dzień dobry i odwzajemniła uśmiech, polubiłam ją. Miałam serce do takich ludzi. Chętnie też zagadują do mnie osoby starsze, które spotykam w różnych miejscach, w autobusach czy tak jak ostatnio - na oddziale kardiologii. 
 
- Pani taka młoda i tutaj? Co się dzieje z tymi młodymi? - dziwiły się dwie starsze panie w miejscu pobytu osób na hospitalizacji jednodniowej. Odpowiedziałam, że młodzi też czasem chorują i wdałam się w miłą pogawędkę. Jedna z nich opowiedziała, jak po zawałach i z rozrusznikiem serca ochoczo kosi trawę koło swojego domu. I że dawali jej mniej lat życia, a wciąż żyje. Pochwaliłam ją za wytrwałość, koszenie trawy i za to, że oszukała lekarzy. 
 
Test pochyleniowy był sporym wyzwaniem. Pielęgniarka, która była siłą spokoju i przy której czułam się bezpiecznie, wytłumaczyła mi, na czym polega badanie i cały czas była obok, patrzyła na mnie i sprawdzała parametry. Miałam się nie odzywać, nie walczyć z tym, ona będzie wiedziała, kiedy poczuję się gorzej. Leżąc, a w zasadzie stojąc na stole, przypięta pasami i podpięta do sprzętów, dostałam nitroglicerynę w spreju do ust i tak jak zakładało badanie - zemdlałam. Chwilę przedtem miałam wrażenie, że nie mogę oddychać, spociłam się, zrobiło mi się niedobrze i ciemno przed oczami. Chyba pojękiwałam, ostatnie co pamiętam to słowo pielęgniarki: "Spokojnie". Tętno i ciśnienie spadły. Wtedy straciłam przytomność. 
 
Dostałam diagnozę omdleń wazowagalnych i wskazówki, jak sobie radzić z tą przypadłością. Następnie, po tym jak doszłam do siebie, miałam próbę wysiłkową przy mojej profesjonalnej pani doktor i innej, porządnie wytatuowanej, charakternej pielęgniarce. Lekarka skomentowała wynik, że gdybym miała 70 lat to podejrzewałaby chorobę wieńcową, ale ponieważ mam 36 to da skierowanie do poradni kardiologicznej i zaleca dalszą obserwację. 
 
A mówiłam kiedyś, że mam starą duszę. Może w takim razie mam też stare serce? 
 
Po powrocie ze szpitala wzięłam leki na migrenę (nitrogliceryna rozszerza naczynia plus dołożyło mi światło z sufitu). Poleżałam parę godzin z kocim towarzystwem. Wieczorem wstałam i zatańczyłam. Bo taniec jest dobry na wszystko - kardiolożka się zgadza!