22 sierpnia 2026

Starość i serce. Stare serce

Przy osobach starszych i niepełnosprawnych włącza mi się tryb zabawiacza i tak było także tym razem w domu pomocy społecznej, w odwiedzinach u pani T. Jest ona osobą sprawną intelektualnie, ale ma kłopoty z poruszaniem się po udarze. Kiedyś była moją podopieczną w dziennym ośrodku, gdzie pracowałam jako psycholog. Nie miałam wtedy problemu, żeby gadać głupoty po to, by seniorzy się uśmiechnęli, śpiewać (zdrowi ludzie by mojego śpiewu nie wytrzymali!), przebierać się w dziwne stroje, tańczyć z tymi, którzy byli w stanie itd. 
 
Dziś w DPS-ie mijało nas kilka osób niewerbalnych, reszta osób w jeszcze gorszym stanie, leżąca w swoich pokojach. Przygarbiona staruszka o wielkich, jasnych oczach podchodziła do nas, za którymś razem odpowiedziała mi na dzień dobry i odwzajemniła uśmiech, polubiłam ją. Miałam serce do takich ludzi. Chętnie też zagadują do mnie osoby starsze, które spotykam w różnych miejscach, w autobusach czy tak jak ostatnio - na oddziale kardiologii. 
 
- Pani taka młoda i tutaj? Co się dzieje z tymi młodymi? - dziwiły się dwie starsze panie w miejscu pobytu osób na hospitalizacji jednodniowej. Odpowiedziałam, że młodzi też czasem chorują i wdałam się w miłą pogawędkę. Jedna z nich opowiedziała, jak po zawałach i z rozrusznikiem serca ochoczo kosi trawę koło swojego domu. I że dawali jej mniej lat życia, a wciąż żyje. Pochwaliłam ją za wytrwałość, koszenie trawy i za to, że oszukała lekarzy. 
 
Test pochyleniowy był sporym wyzwaniem. Pielęgniarka, która była siłą spokoju i przy której czułam się bezpiecznie, wytłumaczyła mi, na czym polega badanie i cały czas była obok, patrzyła na mnie i sprawdzała parametry. Miałam się nie odzywać, nie walczyć z tym, ona będzie wiedziała, kiedy poczuję się gorzej. Leżąc, a w zasadzie stojąc na stole, przypięta pasami i podpięta do sprzętów, dostałam nitroglicerynę w spreju do ust i tak jak zakładało badanie - zemdlałam. Chwilę przedtem miałam wrażenie, że nie mogę oddychać, spociłam się, zrobiło mi się niedobrze i ciemno przed oczami. Chyba pojękiwałam, ostatnie co pamiętam to słowo pielęgniarki: "Spokojnie". Tętno i ciśnienie spadły. Wtedy straciłam przytomność. 
 
Dostałam diagnozę omdleń wazowagalnych i wskazówki, jak sobie radzić z tą przypadłością. Następnie, po tym jak doszłam do siebie, miałam próbę wysiłkową przy mojej profesjonalnej pani doktor i innej, porządnie wytatuowanej, charakternej pielęgniarce. Lekarka skomentowała wynik, że gdybym miała 70 lat to podejrzewałaby chorobę wieńcową, ale ponieważ mam 36 to da skierowanie do poradni kardiologicznej i zaleca dalszą obserwację. 
 
A mówiłam kiedyś, że mam starą duszę. Może w takim razie mam też stare serce? 
 
Po powrocie ze szpitala wzięłam leki na migrenę (nitrogliceryna rozszerza naczynia plus dołożyło mi światło z sufitu). Poleżałam parę godzin z kocim towarzystwem. Wieczorem wstałam i zatańczyłam. Bo taniec jest dobry na wszystko - kardiolożka się zgadza!

21 sierpnia 2026

Policzalne i niepoliczalne

Jesteśmy z J w związku od 14 lat. Od 11 mamy koty, a od 10 mieszkamy w maleńkim mieszkaniu na kredyt, które panowie z Ikei nazwali kiedyś suszarnią. 
 
W naszej suszarni jest sporo książek, magnesów z podróży, wszędzie jest sierść kotów i wydrapane przez nie dziury na boku łóżka, fotelu i sofie. 
 
Jest też dużo kolorów na obrazach, półkach i w szafie. Kolory to moja przyjemność, ulga i broń przed melancholią świata, mój bunt wobec szarości.

15 sierpnia 2026

Imieniny babci

Dziś wspominam imieniny babci. 15 sierpnia - wakacje, więc wtedy najczęściej przebywałam w Lubartowie. Lubiłam ten dzień. Dziadek mówił wtedy do niej Maniu. Były dobre ciasta i przychodziły różne starsze panie, których narzekań chętnie słuchałam. 
 
Jedna z nich, pani R. miała ogromny biust w niedobranym staniku (wypływał górą), włosy jakby piorun strzelił i mówiła w taki sposób, że bardzo starałam się nie roześmiać. Pani R. czasem przyprowadzała swoją wnuczkę, którą wychowywała, bo córka wyjechała do pracy za granicę. Dziewczynka była bardzo ładnie ubrana, w białe rajstopy, lakierki. A ja z siostrą cioteczną uwielbiałyśmy błoto, piach i zwierzęta, więc trochę trudno było się razem bawić. Ale na pewno znajdowałyśmy jakiś sposób.
 
Babci, im była starsza, tym bardziej przeszkadzało, gdy ktoś zakłócał jej serialowy rytm. Nie mogła przepuścić żadnego odcinka. Oglądałam z nią "Modę na sukces" i słuchałam, jak komentuje zachowanie Brooke, która miała wielu mężów i dużo ciekawych przygód, np. przeżyła upadek z wieży Eiffla. Nazywała ją "pomiotłem" i to mnie niesamowicie satysfakcjonowało. Może dlatego, że zawsze była ułożona i rzadko pozwalała sobie na tak bezpośrednie wyrażanie emocji. Jeszcze ją podjudzałam, że jak to - kolejny mąż z tej samej rodziny? Jak to tak może być?!
 
Nie mogła też znieść, kiedy podczas wspólnego oglądania filmu była jakaś scena erotyczna i przełączała kanały. Kiedyś bezczelnie policzyłam miesiące i zorientowałam się, że zaszła w ciążę z matką jeszcze przed ślubem z dziadkiem. Oczywiście zaczęła kręcić, ale obie wiedziałyśmy, że robi to dla zasady.
 
Przeskakuję pamięcią do ostatniego lata, kiedy była w stanie chodzić, tylko trzeba było jej pilnować, żeby nie upadła. Poszłam za nią do ogrodu, czy raczej - jak się tam mówiło - na ogród i usiadłam obok niej pod winoroślą. Słońce wisiało już nisko. Przez chwilę nic nie mówiłyśmy. Wiedziałam, że jej czas się kończy. Bardzo chciałam zapamiętać ten moment, żeby móc do niego wracać. Jak w soczewce skupiona była cała beztroska dzieciństwa, która była tylko tam, tylko w trakcie przerw od szkoły. Tylko albo aż. Zamieniłyśmy parę słów i wróciła do domu się położyć.

11 sierpnia 2026

Pierwsza platoniczna m.

Pojawił się na szkolnym korytarzu nie wiadomo skąd. Nowy nauczyciel w skostniałej instytucji. Gwiazda w pokoju nauczycielskim, idol starszych pań. Wysoki, ciemne oczy i włosy. Coś mądrego w spojrzeniu, obok czego nie dało się przejść obojętnie. Nosił okulary i koszule w kratę. Uczył mnie przez rok i to był jedyny rok w moim życiu, kiedy rozumiałam fizykę. Albo tak mi się przynajmniej wydawało. Później dowiedziałam się, że woli matematykę, a fizyki uczył właśnie tylko przez ten krótki okres. Miałam do niej gruby zeszyt z granatową okładką. Najważniejsze rzeczy napisane na kolorowo. Oj tak, umiałam schludnie prowadzić zeszyty. Być może chodziłam też do tablicy, ale nie pamiętam czy potrafiłam rozwiązać jakieś zadanie. 
 
Mógł mnie zgnieść. Byłam wtedy dzieckiem. A on, nawet jeśli w duchu się ze mnie śmiał, nie pokazał tego. Odpowiadał na moje wiadomości (już po skończeniu tej szkoły) i nie zrobił nic, co by mnie naruszyło. Podszedł do tego z ciekawością. Chciał wiedzieć z kim pisze, więc dowiedział się, że ja to ja. 
 
Żyłam wtedy w piekle. Miałam już silną nerwicę, z bólami żołądka, drżeniem rąk i zacinaniem się przy wypowiedzi na forum klasy. Zatrzymała mi się miesiączka, co spowodowało, że w wieku 14 lat musiałam pójść do ginekologa. W domu niemal codziennie były awantury, z krzykami na całą klatkę w bloku, biciem, szarpaniem. Dzień w dzień stres, co będzie dalej. Wstyd przed sąsiadami. Ojciec stosował słowotwórstwo, którego nie powstydziłby się nawet Leśmian - np. wymyślił słowo "kurwiszczelec". Darł się też częściowo po rusku. Może dlatego, że matkę nazywał komunistką? Wyparłam to, że mnie nadużywał, a to był czas, w którym jeszcze to do mnie nie wróciło. 
 
W szkole nie było lepiej. Koledzy z klasy wyzywali mnie, popychali na schodach. Nie umiałam się bronić. Traumy domowe rozgrywały się w szkole, pilnie się uczyłam i pilnie powtarzałam rolę ofiary. Zgadnijmy, co było w centrum uwagi - cycki. A teraz zgadnijmy, kto pomagał i wspierał - oczywiście przyjaciółki, czyli także dzieci. 
 
Wyparcie, dysocjacja, wszystkie mechanizmy obronne, jakich nieświadomie użyłam, pozwoliły mi przetrwać. Miałam średnią 5.0 do końca gimnazjum. Jak byłam w stanie się uczyć w takiej atmosferze? Nie wiem. 
 
A on? On był fantazją. Ucieczką. Przystojny, inteligentny, miał wiele zainteresowań - naukowych, sportowych, muzycznych. Raz napisałam mu, ile dni i minut jestem w nim zakochana. Zapytałam go też, czy lubi słuchać metalu. Odpisał, że tak, ale w każdym gatunku są jakieś popłuczyny. "Popłuczyny", zapamiętałam to słowo, choć minęło tyle lat. Przywołuję obraz szkolnej dyskoteki z durną muzyką, sztucznym dymem i z nim pilnującym uczniów. Opiera się o ścianę i patrzy w przestrzeń. Adonis, do którego mogłam się modlić w prywatnej kaplicy mojej głowy. 
 
Przyjaciółki śmiały się, że kiedy tłumaczył coś zbyt długo, w kącikach ust zbierała mu się ślina. Czy mi to przeszkadzało? Może trochę, a może nie miało znaczenia. Miał też zmieniony głos, chyba przez to, że w dzieciństwie na coś zachorował. 
 
Był moją pierwszą platoniczną miłością. Wspominam to z zażenowaniem, ale mam dużo ciepła do tej naiwnej dziewczynki. Robiła wszystko, żeby przeżyć. A przeżyć piekło to nie było takie proste.

7 sierpnia 2026

Woda

Owszem, fale były dość spore, ale nie odczuwałam lęku. Lubię przez nie skakać, wygłupiać się i tańczyć w morzu. Nie wchodzę dalej niż do pasa i pilnuję, żeby czuć dno pod stopami. 
 
Był piękny dzień, plaża z klifu wyglądała spektakularnie. Prowadziło do niej dużo schodów. Pamiętam, że ktoś biegał po nich w tę i z powrotem. Piłyśmy mrożone cappuccino z puszki i co ciekawe, było smaczne. 
 
W pewnym momencie zobaczyłam, że J jest trochę dalej od brzegu niż ja. Trochę za daleko, żeby nadal było zabawnie. Próbowała wrócić, ale nie mogła, fale spychały ją wgłąb morza. I wtedy zrobiłam najbardziej nierozsądną rzecz, jaką mogłam - poszłam po nią. 
 
W zasadzie nie umiem pływać, najwyżej jakieś parę metrów pieskiem, ale wtedy uruchomiłam w sobie coś - nie wiem, co to było - jakiś instynkt przetrwania. Ona też. Skończyło się na strachu i napiciu słonej wody. Plaża była strzeżona, więc prawdopodobnie ktoś by nam pomógł. 
 
Od tamtej pory nie wchodziłam do morza. Miałam postanowienie, że nauczę się pływać, ale w ostatnim czasie nie udało się go zrealizować. 
 
Niedługo wybieramy się nad morze. Uwielbiam je od dzieciństwa i nie chcę tego zmieniać. 
 
Obiecałam sobie rozsądek. 
Nie rzucać się na pomoc, kiedy nie mogę pomóc. (To również jest o moim życiu i pracy). 
Mieć respekt.

29 lipca 2026

Midsommar

Od lat unikałam horrorów, bo ich oglądanie zwykle kończyło się strachem przed pójściem w nocy do łazienki i spojrzeniem w lustro - może czai się tam zło? Jednocześnie ciekawią mnie wariacje na temat różnych gatunków (podobnie miałam z filmem "Strefa interesów" - też był inny i długo się zbierałam, żeby go obejrzeć, bo przeczuwałam ciężar). Reżysera "Midsommar", Ariego Astera kojarzyłam z jednego filmu - "Bo się boi", ale już to wystarczyło, żeby spodziewać się czegoś ryjącego banię. Horror, którego akcja toczy się w dzień, a ludzie ubrani są w białe stroje i wianki, niech będzie. Efektem był niepokój, obrzydzenie i zainteresowanie zwyczajami, które zostały tam ukazane. 
 
Przypomniałam sobie, że Y. słuchała kiedyś folk metalu i pomyślałam, że motywy ludowe są niesamowicie nośne. Może nawet byłaby z tego ciekawa praca naukowa z etnologii - motywy ludowe i ich przekształcenia we współczesnym kinie. Jeśli chodzi o folklor obserwuję dwie tendencje - albo sielankowość na kubeczkach i chustkach albo mrok - odwołania do demonów, bolesnych obrzędów przejścia. Pewnie literatura też ma na ten temat wiele do powiedzenia, ale nie znam się na tym, bo nigdy nie czytałam fantastyki. 
 
Za to wyszła książka, jak naprawdę wyglądały baśnie, zanim zostały ugrzecznione i mam ochotę ją kupić. 
 
Może im bardziej pozwalam sobie na istnienie cienia, tym więcej wpuszczam słońca?

25 lipca 2026

Nie wszystko można zawetować

Mogłam się spodziewać tej decyzji. Ale czekałam, łudząc się, że może obudzę się w innej rzeczywistości. Jednak obudziłam się w tej, co zwykle - ustawy nie będzie. 
 
Zalała mnie wściekłość zmieszana z bezradnością. 
 
Po czasie pobudza to też do refleksji - czym jest dla mnie miłość. Podkreślę, że po 14 latach. No to jedziemy. 
 
Miłość jest wtedy, gdy: 
 
- mam potrzebę przytulić J. codziennie przed snem, a obok nas moszczą się koty
- rano robi mi kawę z taką ilością cukru, że jest w sam raz (ja zawsze sypię za mało) 
- mogę przy niej założyć absolutnie każde ubranie i nie wstydzę się 
- patrzy na mnie tak jak kiedyś 
- nadal lubimy się razem śmiać 
- uwielbiam jej piegi na rękach, zapach i głos 
- uczymy się przerywać nasze wojny i wracać mimo lęku przed zranieniem  
- znosi moje pomysły, gadanie o podróżach i zgadza się na wiele z nich 
- jesteśmy najbliżej jak się da, mogę przy niej odlecieć 
- pyta mnie o ortografię albo mogę jej powiedzieć coś, czego nie wie (to nie takie częste!) 
- przypominam sobie jak całowała moje blizny na plecach, a ja płakałam po cichu, że je akceptuje
- pokazuje mi Rzeszów i ze szczegółami opowiada, które miejsca są związane z jej przeszłością 
- idąc wymiotować, informuje mnie o tym, żebym mogła założyć słuchawki, bo wie, że nie mogę znieść tego dźwięku 
- podaje mi leki, robi miętę i przychodzi zapytać jak tam, kiedy źle się czuję 
- po tym, jak idzie gdzieś sama, mówi, że szkoda, że mnie tam nie było
- zerka z czułością, kiedy ponosi mnie na koncercie (poszła ze mną na koncert Comy i nawet jej się podobało oraz pojedzie do Łodzi na drugi, wow) 
- udaje, że nie interesują jej seriale, które oglądam, ale podsłuchuje z drugiego pokoju i jest na bieżąco 
- towarzyszymy sobie, kiedy któraś z nas jest w czarnej dupie 
- boję się, że ona umrze pierwsza i będę musiała być na tym świecie bez niej. 

24 lipca 2026

Urywki

Mam jakieś 21 lat, jesteśmy z A. i S. w restauracji żydowskiej na Starym Mieście w Lublinie, stać nas tylko na macę, ale i tak jest cudownie. Rozmawiamy o tym, że może pójdę na etnologię. Zbędny kierunek bez perspektyw na pracę, ale za to jaki ciekawy! 
 
Jesteśmy na zebraniu ludzi zainteresowanych wolontariatem w Afryce. Nie pamiętam czy było to przed wolontariatem w hospicjum czy w przerwie pomiędzy śmiercią Marcina a zaopiekowaniem się Czarkiem. Jest mowa o tym, że trzeba nauczyć się suahili, wyjazdy na kilka miesięcy, środowisko kościelno-edukacyjne. Hmm... zbyt odjechane? Dobrze, to jednak szpital dziecięcy. Pamiętam dziewczynkę z rozbitą głową, która powiedziała: "Uff dobrze, że nie jest pani psychologiem, bo nie lubię psychologów". Nie byłam, ja wtedy tylko studiowałam. 
 
Jadę autobusem na miasteczko akademickie (psychologia była przy Placu Litewskim, więc na miasteczku rzadziej się bywało). Słuchawki w uszach, leci Rihanna - We Found Love. Cieszy mnie po prostu zdobywanie wiedzy. Na etnologii niewielu było specjalistów w tej dziedzinie, bo był to nowo utworzony kierunek, więc trochę bardziej przypomniał kulturoznawstwo. A tam najbardziej pociągał mnie film. 
 
Przy okazji przeżywam różne dramaty, większe lub mniejsze. Zakochania, od których puchnie głowa, powroty do Dęblina z nadzieją, że może coś się zmieni. Zbyt duże ilości alkoholu i odreagowania, imprezy - aby taniej. Siano w głowie, jakieś niebezpieczne sytuacje, chęć zbawiania świata, zbyt ostra waleczność. Emocje, dużo emocji. 
 
Teraz, kiedy przychodzi pani X (tak, w tym wieku jest się już panią) czasem przypominam sobie siebie z tamtych lat. Rozsądek zaślepiony pomysłami, burzą mózgów, ale też mroczne zakamarki - nienawiść do siebie, chęć zniknięcia, ból. Tak trudno się teraz słucha, że ktoś nienawidzi swojego ciała. 
 
Próbuję przekazać jej, że da się przez to przejść. Przez ten przedsionek dorosłości, spróchniały próg rozumu. Ja też wtedy chodziłam do Anny. Ciekawe jak się czuła Anna mając 21 lat.

13 lipca 2026

Natura

Moja ambiwalentna relacja z naturą od dzieciństwa naznaczona jest zmaganiem z komarami. Nigdy nie byłam wielką fanką lasów ani jezior, bo po spacerze miałam wielkie i okrutnie swędzące bąble na nogach. Z czasem zmieniały kolor z czerwonego na fioletowy. Nie dało się ich nie drapać. Pamiętam bandaże śmierdzące octem (pomagał na świąd i opuchliznę!). 
 
Dlatego tak przemówił do mnie fragment książki "Dzikie kakao. Wyprawa do źródeł czekolady" Rowana Jacobsena, który poniżej zacytuję. Od podróży do dżungli amazońskiej zdecydowanie wolałabym podróż do jakiegoś dużego miasta w Ameryce Południowej. (A kwiatki na balkonie sadzi J, bo grzebania w ziemi też nie lubię ;)). 
 
<<Jestem zatem rad, że wody jest tak dużo, bo nie grozi nam rozdarcie kadłuba, ale mam jeszcze jedno zmartwienie, które mogłoby się wydawać błahostką, gdyby nie to, co czytam w dziennikach dawnych odkrywców. Zmagając się codziennie z mnóstwem przeciwności, począwszy od spiekoty, przez choroby, na atakach tubylców kończąc, część grozy swoich relacji zachowywali na opisy meszek, zwanych w Brazylii pium, zdolnych złamać nawet najtwardszych podróżników. "Gdy przez cały dzień atakują meszki pium, a przez całą noc komary, odpoczynek jest prawie niemożliwy", pisał William Chandless w raporcie dla Królewskiego Towarzystwa Geograficznego w 1866 roku, "i człowiek miota się tam i z powrotem, jakby znajdował się między bramą piekła a Acheronem". 
 
W tej kwestii Luisa nie ma dla mnie dobrych informacji i przyznaje, że nawet wielu mieszkańców Amazonii unika tego regionu z powodu meszek. "Są wredne i tyle" - mówi. "Po ich ukąszeniu zostają takie małe ranki. Ale gdy zaczniesz je drapać, będzie jeszcze gorzej".>>

25 czerwca 2026

Cierpliwość

Czekałam osiem lat, aż moja matka znowu przyjedzie do Krakowa. Po "aferze rzymskiej" długo myślałam, że to już nigdy nie będzie możliwe. Mój pomysł, żeby zintegrować dwie ważne kobiety - matkę i partnerkę - okazał się katastrofą. Potem był najdłuższy czas, kiedy nie odzywałam się do matki. Od października do wigilii. W wigilię zadzwoniła. Byłam wtedy w pracy, niewielu seniorów, bo przed świętami mało kto przyjeżdżał do ośrodka. D. widziała, ile mnie kosztowała rozmowa z nią. 
 
Taki był mój pierwszy raz z Włochami. Myślałam, że matka wyląduje w psychiatryku, bo bardzo szalała. Piękno Rzymu było do tego epickim tłem. Ale wtedy było mało śmiesznie. 
 
Tak to już jest ze znerwicowanymi matkami jedynaczek. 
 
Ale teraz się udało. Zabrałam ją do opery, restauracji i kawiarni. Znosiłam jej krytyczne komentarze, ale były też chwile, że widziałam na jej twarzy zachwyt. W operze był humor i przede wszystkim bal, a to trafiło w jej gusta. Fakt, bal był zjawiskowy. 
 
Czy można mieć bliską relację, a jednocześnie zdawać sobie sprawę z wyparcia matki dotyczącego przeszłości? Myślę, że tak, chociaż są trudne momenty. Czasami zastanawiam się, czy nie realizuję jej marzeń. O wychodzeniu, podróżach, życiu w większym mieście. Ale to też ja. Na pewno to też ja.

24 czerwca 2026

ognisko

w środku
jesteśmy ciemni 
fioletowe żyły syczą kiedy śpimy
czasem wylatuje nasze brudne wnętrze
 
i pulsuje czerwień
oskrobana światłem
 
gwiazdy zamiast spadać
leciały do góry
na nas ciepły popiół
i stygnąca noc 

11 maja 2026

Zobaczyć Neapol i ... żyć

Żyć tak bardzo. Ciekawe, że to, co mnie porusza w południowych Włoszech to stosunek do śmierci - może nie brak strachu, ale próba oswojenia się z tym tematem i normalizacji. Rok temu w Palermo odwiedziłam katakumby kapucynów, gdzie powieszone były setki ich (częściowo) zachowanych ciał. Niedawno w Neapolu zobaczyłam wiele kapliczek na ścianach kamienic, które zawierały zdjęcia zmarłych. Czytałam o cmentarzu, gdzie w odsłoniętych grobach są widoczne kości czaszek i inne. Podziwiałam też rzeźbę "Chrystus spowity całunem" Giuseppe Sanmartino, która była wyjątkowo realistyczna i drobiazgowo wykonana. Żałuję, że nie zdążyłam zobaczyć "Piety" autorstwa Jago. O tym niezwykłym, współczesnym artyście dowiedziałam się dopiero z książki, kiedy miałyśmy już zaplanowane inne aktywności. 
 
To, co zapamiętam z Neapolu to na pewno hałas, trąbienie kierowców niekoniecznie ze złości, ale po prostu, żeby zaznaczyć swoją obecność. 
 
Dziewczynę, która oprowadzała nas po Baptysterium San Giovanni in Fonte i robiła to po angielsku pierwszy raz w życiu. Bardzo się stresowała, choć zupełnie niepotrzebnie, szczególnie przy mnie, bo jej angielski i tak był nieporównanie lepszy niż mój. 
 
Małą Włoszkę, którą mężczyzna (chyba ojciec) podrzucał do góry i mówił wesoło: "Grazie mille! Grazie mille!", a ona się śmiała. 
 
To, jak Włosi wymawiają literę R. Tak wyraziście. I w ogóle ich melodyjny język. 
 
Zachwyt J, kiedy zobaczyła w pałacu w Casercie ogromne neapolitańskie szopki. 
 
Smak lodów cytrynowych w zamrożonej skórce cytryny w ogrodzie w Sorrento. 
 
Kolorowe skrzydła aniołów na obrazach w Muzeum Capodimonte. 
 
Współczucie wobec ludzi i zwierząt zasypanych popiołem po erupcji Wezuwiusza w 79r. w Pompejach. Zachowanych na zawsze (na zawsze?). Na długo. Zachowanych do dziś w mało zmienionym stanie.

27 kwietnia 2026

Słodki jak sól

Przygotowując się do wyjazdu, czytam dobrze napisany reportaż Piotra Kępińskiego "Neapol słodki jak sól". Podzielę się fragmentem: 
 
"Antropolodzy od lat twierdzą, że niektórzy gangsterzy (jak ci, którzy chcieli wykraść posąg świętego Januarego) zapożyczają wiele z filmów, seriali i książek. Nasycają swój świat dialogami i anegdotami wziętymi z popularnych dzieł. Tak było trzydzieści i czterdzieści lat temu. Tak jest obecnie. Bywają wśród nich prawdziwi erudyci. Augusto La Torre, szef klanu Mondragone, jest znawcą dzieł Carla Gustava Junga i Sigmunda Freuda. Interesują go także filozofia postmodernistyczna, antropologia i teoria filmu. Podczas jednej z mów procesowych cytował z pamięci fragmenty dzieł Jacques'a Lacana. Inny wpływowy gangster, zmarły niedawno na zawał serca Tommaso Prestieri, był wielkim miłośnikiem sztuki. Pasquale Galasso kolekcjonował starodruki, Luigi Vollaro zaś w swojej willi na honorowym miejscu powiesił obraz ulubionego malarza - Botticellego. 
 
Wszystkich chyba przebił Raffaele Cutolo, zmarły w roku 2021 szef odłamu kamorry La Nuova Camorra Organizzata. Ten krwawy bandyta, mający na sumieniu wiele morderstw i porwań, po godzinach pisywał wiersze. Próbował nawet wydać je w roku 1980, w legalnie działającej oficynie, ale sędziowie zablokowali druk książki. (Na dwa lata przed śmiercią udało mu się opublikować zbiór Poesie dal carcere - Poezje z więzienia). Zwolennicy Cutola uważali go za postać barwną i charyzmatyczną. Mówili, że posiadał moce nadprzyrodzone i wskrzeszał zmarłych. Według wrogów był tylko szkodliwym psychopatą, histerykiem i megalomanem, który marnował pokolenia młodych neapolitańczyków."
 
Mit mafiozy-romantyka? Połączenie kryminału, nowobogactwa i demonstracyjnej religijności. Omnipotencja do kwadratu. Do tego piękne zabytki, widoki i góry śmieci. Neapol - będzie ciekawie.

7 kwietnia 2026

Gwóźdź

Budzisz się, a za oknem świeci ostre słońce. Czujesz ulgę, że skończyła się zima. Dobrze zaczynasz dzień, zapach kawy jest bardzo przyjemny. Ale poranne słońce często oznacza delikatne ukłucia nad okiem. Jest takie miejsce nad prawym okiem, po lewej stronie, bliżej kącika, pomiędzy powieką a brwią. Dopóki kłuje lekko, starasz się to ignorować. Dzień toczy się dalej, ból staje się mocniejszy, ale wciąż przerywany. Jakby ktoś wbijał szpilkę i wyciągał - wtedy jeszcze da się funkcjonować. Prawe oko wprawdzie jest już większe i powoli zaczynają cię drażnić światła i zapachy, ale jeszcze dajesz radę. Po południu przychodzi moment, w którym szpilka zmienia się w gwoźdź. Nie ma już przerw w bólu, który jest ostry, przeszywa oko i czaszkę, promieniuje na czoło i nos. Chce ci się rzygać. Nie możesz patrzeć przed siebie, tylko w dół. Masz ochotę wydłubać sobie oko, żeby tylko to się skończyło. Marzysz o przyłożeniu lodu do głowy w ciemnym pokoju. Ale jesteś przecież w pracy, musisz skupić się na innych osobach. Rozmawiasz z kimś, patrzysz mu w oczy, słuchasz o jego ważnych sprawach. Czekasz do przerwy między sesjami. Bierzesz tabletkę, która - masz nadzieję - pozwoli ci przetrwać. Skutkiem ubocznym jest senność, mdłości, ucisk w szyi i ramionach. To mocny lek, ale najważniejsze, że prawie zawsze pomaga. Po jakiejś godzinie lub dwóch gwóźdź opuszcza oko. I tak np. 15 razy w miesiącu. To właśnie migrena. 

1 kwietnia 2026

Rajska 1


Przez całe lata nie chodziłam do biblioteki. Być może dlatego, że kompulsywnie kupuję książki. Im bardziej J. podkreśla, że nie ma już na nie miejsca, tym większą mam ochotę to robić (jak dziecko, które czyta pod kołdrą w czasie, gdy powinno już spać i myśli, że robi rodzicom na przekór).
 
Ostatnio pisząc artykuły, potrzebuję zajrzeć do różnych książek, poszukać w nich inspiracji i dlatego bywam w dużej bibliotece na starym mieście. Przypomniało mi się, jaka atmosfera panuje w takich miejscach. Jest cicho, trochę jakby świat zamarł. Słychać echa głosów na klatce schodowej i delikatny pomruk tramwajów. Panie są bardzo poważne, tak poważne, jak potrafią być tylko bibliotekarki w średnim wieku. Pachnie starym papierem. Czasem mija się jakąś osobę o dociekliwym spojrzeniu albo pogrążoną w myślach.
 
A czytelnia to już wyższy stopień wtajemniczenia! 
 
Nieprzyjemny jest tylko pierwszy moment, kiedy zdaję sobie sprawę, przez ile rąk przeszły te egzemplarze. Ale po chwili godzę się z tym. Tak jak z faktem, że coraz częściej jestem "psycholożką" zamiast "psychologiem". Niech będzie, poddaję się temu.