11 maja 2026

Zobaczyć Neapol i ... żyć

Żyć tak bardzo. Ciekawe, że to, co mnie porusza w południowych Włoszech to stosunek do śmierci - może nie brak strachu, ale próba oswojenia się z tym tematem i normalizacji. Rok temu w Palermo odwiedziłam katakumby kapucynów, gdzie powieszone były setki ich (częściowo) zachowanych ciał. Niedawno w Neapolu zobaczyłam wiele kapliczek na ścianach kamienic, które zawierały zdjęcia zmarłych. Czytałam o cmentarzu, gdzie w odsłoniętych grobach są widoczne kości czaszek i inne. Podziwiałam też rzeźbę "Chrystus spowity całunem" Giuseppe Sanmartino, która była wyjątkowo realistyczna i drobiazgowo wykonana. Żałuję, że nie zdążyłam zobaczyć "Piety" autorstwa Jago. O tym niezwykłym, współczesnym artyście dowiedziałam się dopiero z książki, kiedy miałyśmy już zaplanowane inne aktywności. 
 
To, co zapamiętam z Neapolu to na pewno hałas, trąbienie kierowców niekoniecznie ze złości, ale po prostu, żeby zaznaczyć swoją obecność. 
 
Dziewczynę, która oprowadzała nas po Baptysterium San Giovanni in Fonte i robiła to po angielsku pierwszy raz w życiu. Bardzo się stresowała, choć zupełnie niepotrzebnie, szczególnie przy mnie, bo jej angielski i tak był nieporównanie lepszy niż mój. 
 
Małą Włoszkę, którą mężczyzna (chyba ojciec) podrzucał do góry i mówił wesoło: "Grazie mille! Grazie mille!", a ona się śmiała. 
 
To, jak Włosi wymawiają literę R. Tak wyraziście. I w ogóle ich melodyjny język. 
 
Zachwyt J, kiedy zobaczyła w pałacu w Casercie ogromne neapolitańskie szopki. 
 
Smak lodów cytrynowych w zamrożonej skórce cytryny w ogrodzie w Sorrento. 
 
Kolorowe skrzydła aniołów na obrazach w Muzeum Capodimonte. 
 
Współczucie wobec ludzi i zwierząt zasypanych popiołem po erupcji Wezuwiusza w 79r. w Pompejach. Zachowanych na zawsze (na zawsze?). Na długo. Zachowanych do dziś w mało zmienionym stanie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz