Pokazywanie postów oznaczonych etykietą schizofrenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą schizofrenia. Pokaż wszystkie posty

6 lipca 2010

Delficka wyrocznia psychiatrii. Antoni Kępiński „Schizofrenia”


Jestem oczarowana sposobem, w jaki A. Kępiński pisał o schizofrenii (ze względu na to, że koncentrują się w niej najważniejsze zagadnienia ludzkiej psychiki jest ona określana jako delficka wyrocznia psychiatrii). Naukowo, a zarazem bardzo humanistycznie i przystępnym językiem. Podobny szacunek do pacjenta zauważyłam we wspomnieniach włoskiego psychiatry Andreolego Vittorina – Moi wariaci (słowo wariat miało dla niego, podobnie zresztą jak dla mnie, pozytywny wydźwięk). Książki te pokazały mi, że bycie psychiatrą to coś więcej niż bycie lekarzem.

Schizofrenia zawiera obraz kliniczny choroby, opis świata schizofrenicznego (tematykę, strukturę, koloryt) i krótki rozdział dotyczący leczenia. W próbie zrozumienia tej choroby bardzo pomagały przykłady z życia pacjentów krakowskiego szpitala psychiatrycznego, w którym pracował Kępiński (podany niżej przykład mowy schizofrenicznej) czy opisy twórczości schizofreników itd.

Oto dziwaczna skarga chorego, w której możemy zauważyć niezwykłe skojarzenia i swobodnie tworzone neologizmy, przy jednoczesnym zachowaniu poprawności gramatycznej:

Jestem istotnie skrajnie osłabiony, dzięki nieodpowiedzialnym machinacjom rodzin i redaktora X, który w bezczelny sposób uważał za stosowne wtrącać się w moje życie i poglądy osobiste. Lekarze, którzy to zaaprobowali, to jedna klika pozostająca pod rozkazami tych z Nafty, naftowców, nafciarzy, nafcików, nafciuchów. To oni chcą mnie zakanistrować, zakastrować, tak, jestem kastratem psychicznym, nie wierzę w żadne leki lekarzy, nie ufam ludziom, bo to jest pomaganie, pomachtanie, wermachtanie, Wehrmacht. Ja to znam, w knajpach, bo to jest wszystko knajpa, mówią może śledź, może kompocik, może bez kompociku, może herbata, może bata. Znam to dobrze, nie ma o czym mówić.

A to jest rysunek pt. Trójpostać (1954) Edmunda Monsiela, artysty-samouka, który w 1943 roku doznał olśnienia schizofrenicznego i podpisał obraz następującymi słowami: „Pan Jezus objawił się w Wielki Piątek 1943r.” Monsiel był artystą, w którym choroba wyzwoliła talent plastyczny. Tworzył w ukryciu, dopiero po śmierci odkryto setki jego rysunków. Obrazy schizofreników przedstawiają zwielokrotnione części ciała, natłok form i postaci, ścisłe wypełnienie po brzegi powtarzającymi się kształtami.



Jedną z lektur polecanych przez autora posłowia, Andrzeja Cechnickiego, jest Byłam po drugiej stronie lustra, którą czytałam wcześniej. Można powiedzieć, że książki lekarza i byłej pacjentki wzajemnie się uzupełniają.

Bardzo dużo podkreślałam w tej książce, jest dla mnie ważna. Traktuję ją jako wstęp do przyszłej nauki psychopatologii.

23 listopada 2009

Arnhild Lauveng "Byłam po drugiej stronie lustra"


Nawet najpiękniejszy krzew różany w styczniu wygląda jak kolczasty patyk. Takie już są róże, musimy tylko pamiętać, aby nie podejmować ważnych decyzji ani nie oceniać swojej wartości akurat w tym momencie. – Mądre słowa, zważając na paskudną jesień. Napisała je w swojej książce pt. Byłam po drugiej stronie lustra Arnhild Lauveng – była schizofreniczka i psycholog.

Lauveng opowiada o początkach choroby, o tym jak będąc młodą dziewczyną przestała się dobrze uczyć i pogrążyła w „szarości” schizofrenii. O tym jak słyszała głosy (a rozkazy wydawał jej groźny Kapitan), widywała wokół siebie stada wilków i „samotność” w białej i ciemnoniebieskiej sukience jednocześnie. A także o tym, jak tłukła przedmioty i cięła się odłamkami szkła. Latami przebywała w zakładach zamkniętych, w domach całodniowej opieki, wiele razy w izolatkach. Opowiada o swojej samotności, kiedy leżała przypięta pasami do łóżka i nie mogła o niczym decydować. Przy czym opisuje to wszystko z dwóch perspektyw – chorej i psychologa. Bo wielkim marzeniem Arnhild było zostać psychologiem, chociaż niewielu ludzi traktowało jej plany poważnie.

Spotykała różnych ludzi, jedni byli okrutni, drudzy dobrzy. Ale kiedy było z nią naprawdę źle, potrzebny był jej spokój i cierpliwość innych. Tak jak wtedy, gdy uciekła ze szpitala i przyjechali po nią policjanci, którzy starali się być jak najbardziej delikatni. Wspomina ich dobrze:

Trudno jest zrozumieć świat, gdy jest się w samym środku psychozy (…). Załamują się wszystkie skomplikowane strategie i pozostają tylko te najprostsze. Spokojny głos. Dobre oczy. Jasne polecenia.

Diagnozy (…) zaledwie opisują rzeczywistość. Jeśli mamy z r o z u m i e ć, musimy przyjrzeć się człowiekowi – pisze dalej. Uważa, że chociaż diagnoza jest potrzebna, to jednak każdy człowiek ma objawy związane ze swoją historią, a lekarze często o tym zapominają. Wilki pojawiały się przecież, kiedy przeżywała stres. Kapitan był jej własnymi wygórowanymi ambicjami. „Samotność” w sukience to jej dawna nauczycielka baletu. Okaleczając się sprawdzała, czy jeszcze żyje, czy w jej żyłach płynie krew, bo przecież wydawało jej się, jakby wtopiła się w szarość, jakby jej już nie było.

W wyzdrowienie Arnhild bardzo wierzyły jej matka i siostra. Oto historia którejś z przepustek:

Mama wiele razy była świadkiem sytuacji, gdy tłukłam filiżanki. Wiedziała, że potrafię poruszać się szybko jak błyskawica. Pamiętała, jak trudno było mnie powstrzymać, zanim szkoda stanie się faktem. A jednak nakryła do stołu swoim różanym serwisem, pokazując tym pełne zaufanie do mnie – choć ja tyle razy dowiodłam, że nie można powierzyć mi żadnej filiżanki. Oczywiście niczego nie stłukłam. To jasne, że nie mogłam zawieść jej zaufania.

Lauveng, jako psycholog, zwraca uwagę na to, by nie kończyć leczenia wtedy, gdy przynosi ono efekty, bo gwałtowny powrót chorego psychicznie człowieka do świata może być zbyt trudny. Mówi także o tym, że pacjenci powinni mieć prawo do nadziei, nawet kiedy chorują przewlekle, bo brak nadziei odbiera jakąkolwiek motywację do walki.
Wiele zawdzięcza terapeutom, którzy tej nadziei nie tracili:

Moi dwaj pierwsi terapeuci (…) wytrzymywali ze mną rok po roku, równie uważni, równie zainteresowani, tak samo zaangażowani, mimo że żadna korzyść nigdy do nich ode mnie nie powróciła. Nigdy w tym czasie nie nastąpiła u mnie żadna zauważalna poprawa, nie dokonał się żaden rozwój w dowolnym kierunku, a nawet przeciwnie, było ze mną coraz gorzej. A jednak oni jakoś to wytrzymywali. Wyznaczali mi wizyty, przychodzili na spotkania grupowe, tworzyli dla mnie oferty pomocy, z których nie potrafiłam skorzystać. Nie potrzebowali żadnych informacji zwrotnych, czy to działa (…). Pracowali dalej. Bez względu na wszystko.

Po przeczytaniu tej historii, zadaję sobie pytanie: czy nie zwątpiłabym będąc na ich miejscu? A także: czy potrafiłabym dać nadzieję komuś choremu tak bardzo jak ona?

To niezwykła książka, bo opowiada o tym, co wielu ludzi uznaje za niemożliwe – o procesie zdrowienia osoby chorej na chroniczną schizofrenię. Dzisiaj autorka nie bierze już żadnych leków. A nawet udało się jej spełnić irracjonalne marzenie :). Polecam. Nie tylko psychologom :P.