tam został. Kiedy się boję i nie wiem, co będzie i gdzie będę mieszkać, wracam tam.
Zmieniło się tylko tyle, że nie chcę ich już zrywać na złość babci.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lubartów. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lubartów. Pokaż wszystkie posty
13 maja 2013
19 lipca 2012
Zwyczajny dzień
PKS. Mijam autobus Lublin-Lwów, ruskie torby i panie o metalicznych zębach. Lubię ten klimat. Z głośnika wydobywa się kobiecy, wyraźny (co się rzadko zdarza) głos: „Autobus pospieszny do Rzeszowa, stanowisko 7”. Mimowolnie się uśmiecham.
Wsiadam do autobusu do Lubartowa i obserwuję przez okno grupkę młodych ludzi. Śmieją się głośno, sympatyczni. Trochę na rockowo. Dziewczyna w bluzie Iron Maiden i z burzą farbowanych rudych włosów (odrosty ciemne) żegna się z szatynką ubraną na czarno, o przyjemnej twarzy. Ta druga: „Gdzie ja byłam, kiedy ty stawiałaś piwo? Ja pierdolę”. Śmieją się i przytulają. Ruda idzie w stronę autobusu, za chwilę siada obok mnie. Drewniana bransoletka, czarne paznokcie, mocna muzyka szumi z jej słuchawek. W mojej mp3 leci jakaś łupanka, przełączam to, przy niej nie wypada.
Pani pulmonolog przepisała mi nowe leki. Już trzeci zestaw. – Czy to możliwe, że rozszerzyły mi się oskrzela i dlatego ciągle choruję? – Nie, to alergia. Wzmacnia astmę.
Wieczorem Pysia i Rudy leżą na moim łóżku, mają ponad 40-stopniową gorączkę. Są po zastrzykach, dla Pysi to już drugi dzień leczenia. Jakiś koci wirus. Doglądam, głaskam. Martwię się.
Niedługo zbiorę się do spania. Przy warczącej zamrażalce, która stoi bliska łóżka, z dwoma sierściuchami, do których ręka sama się wyciąga, nawet jak jest się bardzo senną. No bo weź nie pogłaszcz. Nie dość, że mięciutkie, to jeszcze chore, ech.
Jutro sesja u Anny, pierwsza po jej urlopie i odwiedziny u Czarka po dłuższej przerwie. Stęskniłam się za nimi.
Wsiadam do autobusu do Lubartowa i obserwuję przez okno grupkę młodych ludzi. Śmieją się głośno, sympatyczni. Trochę na rockowo. Dziewczyna w bluzie Iron Maiden i z burzą farbowanych rudych włosów (odrosty ciemne) żegna się z szatynką ubraną na czarno, o przyjemnej twarzy. Ta druga: „Gdzie ja byłam, kiedy ty stawiałaś piwo? Ja pierdolę”. Śmieją się i przytulają. Ruda idzie w stronę autobusu, za chwilę siada obok mnie. Drewniana bransoletka, czarne paznokcie, mocna muzyka szumi z jej słuchawek. W mojej mp3 leci jakaś łupanka, przełączam to, przy niej nie wypada.
Pani pulmonolog przepisała mi nowe leki. Już trzeci zestaw. – Czy to możliwe, że rozszerzyły mi się oskrzela i dlatego ciągle choruję? – Nie, to alergia. Wzmacnia astmę.
Wieczorem Pysia i Rudy leżą na moim łóżku, mają ponad 40-stopniową gorączkę. Są po zastrzykach, dla Pysi to już drugi dzień leczenia. Jakiś koci wirus. Doglądam, głaskam. Martwię się.
Niedługo zbiorę się do spania. Przy warczącej zamrażalce, która stoi bliska łóżka, z dwoma sierściuchami, do których ręka sama się wyciąga, nawet jak jest się bardzo senną. No bo weź nie pogłaszcz. Nie dość, że mięciutkie, to jeszcze chore, ech.
Jutro sesja u Anny, pierwsza po jej urlopie i odwiedziny u Czarka po dłuższej przerwie. Stęskniłam się za nimi.
15 lipca 2012
Wakacje w Lubartowie
Szum drzew przywołał mnie na zewnątrz. Lubię czytać w kuchni, ale kiedy głośno szumią drzewa, wychodzę na ganek. Dom babci określam, bez ironii, jako wieś w środku miasta. Wszędzie niedaleko, a wokół cisza, drzewa i krzaki. Od strony mieszkania Justyny – ogród.
Jest rok 1944. Jestem w Oświęcimiu. Widzę twarze ludzi z wielkimi oczami, ich wychudzone sylwetki. Widzę krematorium i salę sekcyjną doktora Nyiszli.
Co jakiś czas czytam opowieści obozowe, żeby nie zapomnieć, do czego jesteśmy zdolni. Długie, niemieckie nazwy drażnią moje oczy.
No tak, to było dawno. Bycie odważną Żydówką w obozie, w poprzednim wcieleniu to tylko moja fantazja.
W oddali szczekanie psów i piski dzieci. Z okna pokoju dobiega przytłumiony dźwięk telewizora. Muchy obsiadły gnaty rzucone obok budy. To podwórko wydawało się kiedyś takie duże…
Nie muszę dzisiaj robić nic szczególnego, nie muszę nigdzie wychodzić. Zaczęły się wakacje w Lubartowie.
Jest rok 1944. Jestem w Oświęcimiu. Widzę twarze ludzi z wielkimi oczami, ich wychudzone sylwetki. Widzę krematorium i salę sekcyjną doktora Nyiszli.
Co jakiś czas czytam opowieści obozowe, żeby nie zapomnieć, do czego jesteśmy zdolni. Długie, niemieckie nazwy drażnią moje oczy.
No tak, to było dawno. Bycie odważną Żydówką w obozie, w poprzednim wcieleniu to tylko moja fantazja.
W oddali szczekanie psów i piski dzieci. Z okna pokoju dobiega przytłumiony dźwięk telewizora. Muchy obsiadły gnaty rzucone obok budy. To podwórko wydawało się kiedyś takie duże…
Nie muszę dzisiaj robić nic szczególnego, nie muszę nigdzie wychodzić. Zaczęły się wakacje w Lubartowie.
6 kwietnia 2012
Zaniedbany ogród
Zrobiłam z tego miejsca zaniedbany ogród. Źle się z tym czuję, bo lubię tutaj pisać. Ale ostatnio mam dużo obowiązków. Nie ma czasu na czytanie „swoich” książek.
Wiele spraw się wyjaśniło. Powrócili Ludzie z Przeszłości, przyszli Nowi i to wszystko mi się podoba. Tak dużo rzeczy mnie interesuje. Nawet gdy marudzę mam świadomość tego, że nie zostawię niczego czym się zajmuję i nikogo, kto jest ważny.
Piję wódkę, chodzę na wagary, mam mnóstwo głupich pomysłów, ale też sporo czytam, ciągle się czegoś uczę, odwiedzam Czarka i leczę się u Anny.
Czekam na wyjazd do Poznania i w Bieszczady z Magdą. Czekam na lipcowe morze z Sylwią i Beatą. Czekam na wiele rzeczy, a jednocześnie tak bardzo obchodzi mnie teraźniejszość. Nie chciałabym teraz niczego zmieniać. Potrzebne mi tylko kilka dni odpoczynku.
Przepraszam tych, co tu wchodzą i widzą pustkę. Nie mam zamiaru opuszczać tego miejsca. Wrócę, kiedy będę miała czas.
Wiele spraw się wyjaśniło. Powrócili Ludzie z Przeszłości, przyszli Nowi i to wszystko mi się podoba. Tak dużo rzeczy mnie interesuje. Nawet gdy marudzę mam świadomość tego, że nie zostawię niczego czym się zajmuję i nikogo, kto jest ważny.
Piję wódkę, chodzę na wagary, mam mnóstwo głupich pomysłów, ale też sporo czytam, ciągle się czegoś uczę, odwiedzam Czarka i leczę się u Anny.
Czekam na wyjazd do Poznania i w Bieszczady z Magdą. Czekam na lipcowe morze z Sylwią i Beatą. Czekam na wiele rzeczy, a jednocześnie tak bardzo obchodzi mnie teraźniejszość. Nie chciałabym teraz niczego zmieniać. Potrzebne mi tylko kilka dni odpoczynku.
Przepraszam tych, co tu wchodzą i widzą pustkę. Nie mam zamiaru opuszczać tego miejsca. Wrócę, kiedy będę miała czas.
22 grudnia 2011
Przy piecu
Pierwszy dzień zimy. Pierwszy dzień odpoczynku po trzech intensywnych miesiącach. Z czasem zrobiło się trudniej, bardziej sennie, męczliwie. Dlatego napycham głowę magicznymi opowieściami. Książka od Beaty, „Biegnąca z wilkami” w dłoni. Racjonalizm niech na chwilę odejdzie, niech pozwoli na głęboki oddech i nierealne marzenia. A to wszystko grzejąc się przy piecu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
