24 października 2026

Raz dwa trzy, w piątej karetce będziesz ty

Kaszel dokuczał mi już od prawie dwóch tygodni, ale byłam po tygodniowym zwolnieniu z lekami wykrztuśnymi od lekarza rodzinnego i kolejnych siedmiu dniach brania antybiotyku. Miało być już dobrze. Przed południem zaczęła mnie bardziej boleć nerka, na stażu słuchając sesji terapii par wzięłam ketonal i nospę, a następnie pojechałam do pracy. Trza być twardym, nie?

Jednak przed pracą zrobiło mi się duszno. Może mało tlenu? Otworzyłam okno. Może to od kaszlu? Wzięłam doraźny lek na astmę – nic. Myślę, myślę. Atak paniki? Nie miewam. Coś musi być nie tak. Duszność nasiliła się tak bardzo, że po pierwszej sesji musiałam wyjść z pracy i jechać do przychodni. Tym razem był tam miły i sensowny lekarz, przyjął mnie bez problemu (choć terminy na za tydzień), od razu zlecił test kombo – rsv. Po dwóch tygodniach leczenia. Sterydy w tabletkach, wziewne, inhalacje, kupić pulsoksymetr i mierzyć saturację. Jeśli będzie gorzej – SOR, jeśli bez zmian – przyjść w poniedziałek. Podziękowałam ładnie, wykupiłam wszystko, wróciłam do domu, weszłam za próg i rozpłakałam się tak strasznie, że aż koty patrzyły się jak na wariatkę i trochę się bały. Wytarłam twarz, zaczęłam myśleć. Zażyłam leki.

W międzyczasie nerka się nie uspokoiła, wręcz przeciwnie. Mimo trzech ketonali i dwóch nosp było coraz gorzej. Nadszedł ten moment, że trzeba było zadzwonić na pogotowie. Wzywałam je już do siebie, do kolki nerkowej półtora roku temu i wiele razy do innych ludzi. Największym problemem dla mnie jest, że odwołuję sesje pacjentom i że zajmuję karetkę bardziej potrzebującym. Ale ból nerki jest naprawdę silny. Miałam tylko nadzieję, że wystarczą kroplówki od ratowników, bo przecież mam tego wirusa i to tylko problem dla szpitala (ale w szpitalu takimi drobnostkami się nie przejmowali). Kiedy kroplówki nie pomogły, wiedziałam, że zostaje już tylko z nimi pojechać.

Do szpitala, gdzie się kierowaliśmy, bylibyśmy numerem sześć w kolejce karetek, więc pojechaliśmy do innego, położonego tuż obok, gdzie karetka była piąta w kolejce do przyjęcia.

SOR jak to SOR – jedni ludzie z pierdołami typu ciśnienie 140/100, inni w ciężkim stanie, z demencją, wyrywający wenflony. Mam duży szacunek do tych lekarzy i ratowników (czytałam o tym świetną książkę „Pogo” Jakuba Sieczki, specjalisty anestezjologii i intensywnej terapii). Mój lekarz nazywał się Miazga, co dodało smaczku sytuacji. Po badaniach i z receptą na kolejną torbę leków, o 3 w nocy wróciłam razem z J. (która przyjechała za karetką, ale była tam na długo przed nami) do domu. To był długi dzień.

Dziś K. i K. przywieźli mi zapas wody "Jan", bardzo miło z ich strony. Żałuję, że nie mogłam pojechać do Oświęcimia na bardzo ciekawą konferencję o traumie międzypokoleniowej, na którą czekałam od wiosny. No trudno. Będę kolejny tydzień na L4. Staram się nie udusić i wytrzymać fale bólu nerki. I pić, pić, pić.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz