Od dziecka byłam bardzo wrażliwa na zapachy. Pamiętam zapach szaf starszych osób, psiej i kociej sierści (zapach zależy od umaszczenia!), metalu w pociągach i gumy w autobusach, szkolnej stołówki, kopru w wakacje i rozpalanego pieca w zimie. Pamiętam zapach krwi po zranieniu kolan.
Wącham wszystko przed zjedzeniem, a dla J jest to wyznacznik, czy coś jest świeże. W sklepie owoce i warzywa, w domu surowe mięso przed przygotowaniem. Jeśli coś jest niepewne - wyrzucamy, nie ma co ryzykować. Kawę przed wsypaniem do kawiarki. Nowe książki (zapach zależy od rodzaju papieru), a kiedy czytam nadal czuję ich delikatnie unoszącą się woń.
W podróżach najbardziej lubię zapach morza i ryb. Niektórym zapach ryb przeszkadza, a mnie przyciąga. Lubię hale targowe, gdzie leżą surowe, złowionego tego samego dnia rano.
Niestety ta przypadłość ma swoje minusy. Czuję osoby nieumyte, spocone, spocone i brudne, spocone, brudne i zakażone bakteriami. W publicznych toaletach czuję zapach moczu chorych ludzi. Choroby czuć, a niektóre bardzo. Pracowałam chwilę w hospicjum, więc wiem, co to odleżyny i rozpadający się nowotwór.
Powala mnie zapach kanalizacji w centrach miast. Czuję suszący się za długo ręcznik i kiedy osoba mówiąca do mnie ma kamienie migdałkowe. Duszą mnie zbyt słodkie perfumy.
Uwielbiam płyn do podłóg o zapachu mydła marsylskiego i mam ulubiony płyn do płukania tkanin. Przyznam się, że podejrzewam, że skóra osób różnych ras pachnie inaczej, ale nie mogę być tego pewna.
Zapachy wypełniają moje dni.
A dwie pachnąco-śmierdzące książki, które chętnie przeczytałam to "Pachnidło"
Patricka Süskinda oraz "Autobiografia. Wiara" Michała Witkowskiego.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz