11 sierpnia 2026

Pierwsza platoniczna m.

Pojawił się na szkolnym korytarzu nie wiadomo skąd. Nowy nauczyciel w skostniałej instytucji. Gwiazda w pokoju nauczycielskim, idol starszych pań. Wysoki, ciemne oczy i włosy. Coś mądrego w spojrzeniu, obok czego nie dało się przejść obojętnie. Nosił okulary i koszule w kratę. Uczył mnie przez rok i to był jedyny rok w moim życiu, kiedy rozumiałam fizykę. Albo tak mi się przynajmniej wydawało. Później dowiedziałam się, że woli matematykę, a fizyki uczył właśnie tylko przez ten krótki okres. Miałam do niej gruby zeszyt z granatową okładką. Najważniejsze rzeczy napisane na kolorowo. Oj tak, umiałam schludnie prowadzić zeszyty. Być może chodziłam też do tablicy, ale nie pamiętam czy potrafiłam rozwiązać jakieś zadanie. 
 
Mógł mnie zgnieść. Byłam wtedy dzieckiem. A on, nawet jeśli w duchu się ze mnie śmiał, nie pokazał tego. Odpowiadał na moje wiadomości (już po skończeniu tej szkoły) i nie zrobił nic, co by mnie naruszyło. Podszedł do tego z ciekawością. Chciał wiedzieć z kim pisze, więc dowiedział się, że ja to ja. 
 
Żyłam wtedy w piekle. Miałam już silną nerwicę, z bólami żołądka, drżeniem rąk i zacinaniem się przy wypowiedzi na forum klasy. Zatrzymała mi się miesiączka, co spowodowało, że w wieku 14 lat musiałam pójść do ginekologa. W domu niemal codziennie były awantury, z krzykami na całą klatkę w bloku, biciem, szarpaniem. Dzień w dzień stres, co będzie dalej. Wstyd przed sąsiadami. Ojciec stosował słowotwórstwo, którego nie powstydziłby się nawet Leśmian - np. wymyślił słowo "kurwiszczelec". Darł się też częściowo po rusku. Może dlatego, że matkę nazywał komunistką? Wyparłam to, że mnie nadużywał, a to był czas, w którym jeszcze to do mnie nie wróciło. 
 
W szkole nie było lepiej. Koledzy z klasy wyzywali mnie, popychali na schodach. Nie umiałam się bronić. Traumy domowe rozgrywały się w szkole, pilnie się uczyłam i pilnie powtarzałam rolę ofiary. Zgadnijmy, co było w centrum uwagi - cycki. A teraz zgadnijmy, kto pomagał i wspierał - oczywiście przyjaciółki, czyli także dzieci. 
 
Wyparcie, dysocjacja, wszystkie mechanizmy obronne, jakich nieświadomie użyłam, pozwoliły mi przetrwać. Miałam średnią 5.0 do końca gimnazjum. Jak byłam w stanie się uczyć w takiej atmosferze? Nie wiem. 
 
A on? On był fantazją. Ucieczką. Przystojny, inteligentny, miał wiele zainteresowań - naukowych, sportowych, muzycznych. Raz napisałam mu, ile dni i minut jestem w nim zakochana. Zapytałam go też, czy lubi słuchać metalu. Odpisał, że tak, ale w każdym gatunku są jakieś popłuczyny. "Popłuczyny", zapamiętałam to słowo, choć minęło tyle lat. Przywołuję obraz szkolnej dyskoteki z durną muzyką, sztucznym dymem i z nim pilnującym uczniów. Opiera się o ścianę i patrzy w przestrzeń. Adonis, do którego mogłam się modlić w prywatnej kaplicy mojej głowy. 
 
Przyjaciółki śmiały się, że kiedy tłumaczył coś zbyt długo, w kącikach ust zbierała mu się ślina. Czy mi to przeszkadzało? Może trochę, a może nie miało znaczenia. Miał też zmieniony głos, chyba przez to, że w dzieciństwie na coś zachorował. 
 
Był moją pierwszą platoniczną miłością. Wspominam to z zażenowaniem, ale mam dużo ciepła do tej naiwnej dziewczynki. Robiła wszystko, żeby przeżyć. A przeżyć piekło to nie było takie proste.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz