Przy
osobach starszych i niepełnosprawnych włącza mi się tryb zabawiacza i
tak było także tym razem w domu pomocy społecznej, w odwiedzinach u
pani T. Jest ona osobą sprawną intelektualnie, ale ma kłopoty z
poruszaniem się po udarze. Kiedyś była moją podopieczną w dziennym
ośrodku, gdzie pracowałam jako psycholog. Nie miałam wtedy problemu,
żeby gadać głupoty po to, by seniorzy się uśmiechnęli, śpiewać (zdrowi
ludzie by mojego śpiewu nie wytrzymali!), przebierać się w dziwne
stroje, tańczyć z tymi, którzy byli w stanie itd.
Dziś w DPS-ie mijało nas kilka osób niewerbalnych, reszta osób w jeszcze
gorszym stanie, leżąca w swoich pokojach. Przygarbiona staruszka o
wielkich, jasnych oczach podchodziła do nas, za którymś razem
odpowiedziała mi na dzień dobry i odwzajemniła uśmiech, polubiłam ją.
Miałam serce do takich ludzi. Chętnie też zagadują do mnie osoby
starsze, które spotykam w różnych miejscach, w autobusach czy tak jak
ostatnio - na oddziale kardiologii.
- Pani taka młoda i tutaj? Co się dzieje z tymi młodymi? - dziwiły się
dwie starsze panie w miejscu pobytu osób na hospitalizacji jednodniowej.
Odpowiedziałam, że młodzi też czasem chorują i wdałam się w miłą
pogawędkę. Jedna z nich opowiedziała, jak po zawałach i z rozrusznikiem
serca ochoczo kosi trawę koło swojego domu. I że dawali jej mniej lat
życia, a wciąż żyje. Pochwaliłam ją za wytrwałość, koszenie trawy i za
to, że oszukała lekarzy.
Test pochyleniowy był sporym wyzwaniem. Pielęgniarka, która była siłą
spokoju i przy której czułam się bezpiecznie, wytłumaczyła mi, na czym
polega badanie i cały czas była obok, patrzyła na mnie i sprawdzała
parametry. Miałam się nie odzywać, nie walczyć z tym, ona będzie
wiedziała, kiedy poczuję się gorzej. Leżąc, a w zasadzie stojąc na
stole, przypięta pasami i podpięta do sprzętów, dostałam nitroglicerynę w
spreju do ust i tak jak zakładało badanie - zemdlałam. Chwilę przedtem miałam wrażenie,
że nie mogę oddychać, spociłam się, zrobiło mi się niedobrze i ciemno
przed oczami. Chyba pojękiwałam, ostatnie co pamiętam to słowo
pielęgniarki: "Spokojnie". Tętno i ciśnienie spadły. Wtedy straciłam
przytomność.
Dostałam diagnozę omdleń wazowagalnych i wskazówki, jak sobie radzić z
tą przypadłością. Następnie, po tym jak doszłam do siebie, miałam próbę
wysiłkową przy mojej profesjonalnej pani doktor i innej, porządnie
wytatuowanej, charakternej pielęgniarce. Lekarka skomentowała wynik, że
gdybym miała 70 lat to podejrzewałaby chorobę wieńcową, ale ponieważ mam
36 to da skierowanie do poradni kardiologicznej i zaleca dalszą obserwację.
A mówiłam kiedyś, że mam starą duszę. Może w takim razie mam też stare
serce?
Po powrocie ze szpitala wzięłam leki na migrenę (nitrogliceryna
rozszerza naczynia plus dołożyło mi światło z sufitu). Poleżałam parę
godzin z kocim towarzystwem. Wieczorem wstałam i zatańczyłam. Bo taniec
jest dobry na wszystko - kardiolożka się zgadza!
Czytając ten wpis mam jedną myśl - jak dobrze,że są tacy specjaliści, przy których można bezpiecznie zemdleć!
OdpowiedzUsuń