15 listopada 2016

Prawa pólkulo, działaj!

Brama, którą znałam, była zamknięta. 

Postawiłam sobie za cel obejść budynek naokoło. Poszłam pod górę, ale on powoli znikał mi z oczu. Przypomniałam sobie jak czytałam Zamek i poczułam absurd.

W końcu się poddałam. Kobieta z wózkiem popatrzyła na mnie z politowaniem, kiedy wskazała mi drogę, a ja odpowiedziałam, że właśnie stamtąd idę.
Takie są moje zdolności wzrokowo-przestrzenne. Na stare lata nie będę umiała trafić do łazienki.

A potem wróciłam do ośrodka robić to, co wychodzi mi lepiej. Słuchać o uczuciach, których oni nie są w stanie znieść. O złości, która rozsadza i tworzy nowe postaci przed oczami. O lęku, który usztywnia całe ciało. O pomysłach jak skończyć z cierpieniem. Tak, w tym jestem dobra, mówią mi o wszystkim.

26 grudnia 2015

Wigilia

Wujek umarł, ale śmierć obeszła nasz dom. Była w oczach babci, w jej czarnym ubraniu, kiedy wróciła z pogrzebu, w jej zgodzie na starość, w jej postawionym już dawno nagrobku. Żeby nikogo nie kłopotać, kiedy sama umrze. Śmierć obeszła nasze święta, dobrotliwie usunęła się z wigilijnego stołu.

Chciałabym z tak stoickim spokojem jak babcia przyjmować wiadomości o śmierci bliskich osób. Ona to bardzo przeżywa, ja to wiem. Ale nie robi histerii, nie narzuca się nikomu ze swoim bólem. Woli raczej wspomnieć, jak to było, kiedy była mała. Wspominała swojego drugiego brata, zmarłego w młodych wieku prawie pięćdziesiąt lat temu. Wspominała jak była małą dziewczynką i oparzenia leczono okładając je białą gliną leżącą obok domu. A potem mówiła o tym, jak moja mama miała kilka lat, ropiała jej rana na nodze, i nie pomógł jej lekarz, tylko moczenie nogi w wywarze z wrzosu.

Zapytała też, gdzie są moje koty. I czy w Rzeszowie. Więc wie o moim związku. Chociaż nikogo nie pyta, może nie chce, nie umie na ten temat rozmawiać otwarcie. Ale wie.

Rozmawiała z wujkiem pół godziny przed jego wylewem. Miał już naszykowane ubranie na święta, ubraną choinkę.

Pożegnała go i tego samego dnia zrobiła nam święta. Śpiewała kolędy, wspominając dom wujka, w którym sama kiedyś mieszkała.  

24 listopada 2015

Ranna

Poranki to dla mnie ciężki temat. Jestem skrajnym przypadkiem sowy, najchętniej kładłabym się o 3 i wstawała o 10. Jeśli istnieje sprawa, dla której mogę regularnie zrywać się rano, to jest to praca w zawodzie. Lata studiów, wolontariatów, podyplomówki, długie szukanie pracy, turbulencje w postaci (zbyt) wielu zmian od marca tego roku – to wszystko świadczy o tym, że psychologia jest moim życiem, jakkolwiek tanio to może zabrzmieć.

Żeby dotrzeć do pracy, muszę przejechać cały Kraków. Najbardziej lubię mijać Wawel, który za każdym razem wygląda inaczej. Czasem jest niewyraźny przez dym unoszący się nad rzeką, czasem znika we mgle i wtedy czuję jednocześnie ekscytację i strach, bo lubię przedzierać się przez gęstą mgłę. Po deszczu ma intensywne kolory, a w ponure dni przypomina groźny zamek Kafki. Czasami siedzę w autobusie po przeciwnej stronie i znad głów ludzi widzę tylko jego kawałek, gonię go wzrokiem i wiem, że choćbym nie wiem jak bardzo odwracała głowę, nie ogarnę go całego. Albo się zamyślam i nie pamiętam, żeby w porę na niego spojrzeć, jest przystanek Konopnicka i wiem, że muszę czekać do popołudnia.

Dzisiaj było wyjątkowo ładnie. W nocy poprószył śnieg, a teraz było czyste, fioletowe niebo. W oddali ogniste budynki wystawały z szarej ziemi. Obudziłam się taka wściekła, a ten widok jakoś mnie ukoił. Do tego jechałam późniejszym autobusem i nie widziałam Blondyny. Zwyczajna, farbowana Blondyna towarzyszy mi każdego ranka. Zwróciłam na nią uwagę, bo ma jedną z bardziej przytomnych twarzy o 6:35. Kiedy wsiadam, ona już jest w autobusie, zastanawiam się, o której musi wstawać, ja przed 6.

Kawa i Wawel, tylko to mnie ratuje. Jadę do moich schizofreników, z którymi czuję się dobrze.