Przekonałam się już, że życie codzienne nie musi być udręką, a szanowanie siebie nawzajem nie jest oznaką słabości. Tak, zwyczajność dnia codziennego nie mieściła mi się kiedyś w głowie, a życie po studiach uważałam za powolną, bolesną, umysłową degradację. Było to spowodowane nadmiarem emocji (w większości tych negatywnych), do których byłam przyzwyczajona w domu rodzinnym.
Polubiłam więc życie, składające się przecież w dużej mierze z rytuałów i powtarzających się żmudnie czynności. Jednak emocje są mi potrzebne nadal. Dużo emocji. Z emocjami wiąże się moja przyszła wymarzona praca, z emocjami wiąże się moje zainteresowanie wolontariatem (zaczęłam niedawno w klinice psychiatrii), zainteresowanie literaturą, filmem, ogólnie sztuką oraz coś od czego jestem uzależniona – podróże, choćby najmniejsze.
Kiedy nie mogę nigdzie wyjechać, pomaga mi nawet przejechanie trzech przystanków komunikacją miejską albo odwiedzenie babci w Lubartowie. W autobusach i pociągach czas płynie inaczej, myśli mają szansę na uporządkowanie i wskoczenie na odpowiednie półki. Krajobrazy zmieniające się za oknem są lekarstwem na astmatyczną duszność. Ucieczka od codziennych starań umożliwia dalsze starania. Karykaturalny świat staje się na powrót znośny.
Kiedy nie mogę wyjechać nigdzie przez bardzo długi czas, robi mi się gorzej.
Dlatego, gdy plany wycieczki do Wiednia runęły, starałam się znaleźć coś na zastępstwo. Ponieważ Sylwia lubi Niemców, postanowiłam przełamać swoją niechęć do tego narodu i poszukałam tanich biletów do Berlina. Wyjazd 6 kwietnia, mam nadzieję, że do tej pory śnieg przestanie padać. :-)
PS Obejrzałam dziś świetny dokument, Królik po berlińsku. Jest to historia upadku muru berlińskiego opowiedziana z perspektywy królików mieszkających w pasie pomiędzy murami. Lektorką jest Czubówna, co daje efekt dziwacznego filmu przyrodniczego. Twórcze podejście do tematu, polecam.
1 kwietnia 2013
29 marca 2013
Anna Laszuk „Dziewczyny, wyjdźcie z szafy”
Jeśli myślisz, że lesbijka to kobieta, która nie zaznała przyjemności z mężczyzną i nie wie co dobre; jeżeli uważasz, że to istoty dalekie, dziwaczne, rozbierające się na Love Parade, udekorowane piórkami, które krzyczą i machają językiem – mylisz się.
Ludzie są różni - kobiety są różne - lesbijki są różne.
Są takie, które nie godzą się na to, kim są i pogodzone ze sobą. Są rozwódki i mężatki, które całe życie przeżyły z mężczyzną, ukrywając prawdę. Są aktywistki, buntowniczki i domatorki zajmujące się dziećmi. Ateistki i byłe zakonnice. Nauczycielki, lekarki, artystki. W książce Anny Laszuk opowiadają swoje historie, nierzadko dramatyczne. Opowiadają o społecznym wykluczeniu, odrzuceniu przez rodzinę czy znajomych, o walce samych ze sobą. I o tym, że żyją zwyczajnie, tworzą szczęśliwe związki, realizują się w pracy, mają pasje.
Kiedy czytam historie ludzi żyjących nieco inaczej niż większość, najbardziej przejmujący wydaje mi się fakt, że za sto lat nikogo z nas już nie będzie, ani żyjących inaczej, ani tych, dla których tolerancja jest takim dużym wyzwaniem, czasami zbyt dużym.
Wszyscy wsiąkniemy w dobrą ziemię, to smutne i pokrzepiające zarazem. Dostrzegam pewną analogię z sytuacją, kiedy wyobrażamy sobie przemądrzałą osobę na sedesie. Tak, w pewnych okolicznościach ludzie pozostają sobie równi.
Po pięciu latach studiów psychologicznych i trzech terapii własnej, nie przestają mnie fascynować, także ci zarozumiali, pewni swoich przekonań. Najciekawsi są oczywiście tacy, którzy zamiast tracić energię na nienawiść, dużo myślą. Choć myślenie boli.
Ludzie są różni - kobiety są różne - lesbijki są różne.
Są takie, które nie godzą się na to, kim są i pogodzone ze sobą. Są rozwódki i mężatki, które całe życie przeżyły z mężczyzną, ukrywając prawdę. Są aktywistki, buntowniczki i domatorki zajmujące się dziećmi. Ateistki i byłe zakonnice. Nauczycielki, lekarki, artystki. W książce Anny Laszuk opowiadają swoje historie, nierzadko dramatyczne. Opowiadają o społecznym wykluczeniu, odrzuceniu przez rodzinę czy znajomych, o walce samych ze sobą. I o tym, że żyją zwyczajnie, tworzą szczęśliwe związki, realizują się w pracy, mają pasje.
Kiedy czytam historie ludzi żyjących nieco inaczej niż większość, najbardziej przejmujący wydaje mi się fakt, że za sto lat nikogo z nas już nie będzie, ani żyjących inaczej, ani tych, dla których tolerancja jest takim dużym wyzwaniem, czasami zbyt dużym.
Wszyscy wsiąkniemy w dobrą ziemię, to smutne i pokrzepiające zarazem. Dostrzegam pewną analogię z sytuacją, kiedy wyobrażamy sobie przemądrzałą osobę na sedesie. Tak, w pewnych okolicznościach ludzie pozostają sobie równi.
Po pięciu latach studiów psychologicznych i trzech terapii własnej, nie przestają mnie fascynować, także ci zarozumiali, pewni swoich przekonań. Najciekawsi są oczywiście tacy, którzy zamiast tracić energię na nienawiść, dużo myślą. Choć myślenie boli.
7 stycznia 2013
Spłuczka książkowego sedesu
U babci postanowiłam sobie: żadnych książek o obozach w czasie świąt. I chociaż u Justyny na półkach leżały Refren kolczastego drutu i Inny świat, nieprzeczytany z braku czasu w szkole, wytrwałam w swoim postanowieniu.
Miało nie być o obozach, ale kto powiedział, że nie może być na smutno. Wybrałam dwie krótkie książeczki. Pierwszą z nich było Jądro ciemności Conrada, również porzucone dawno temu. Czytało się ciężko, ale trud został wynagrodzony. Przyglądałam się powolnemu zapadaniu się w zielone piekło. Dusza białego człowieka rozpłynęła się w dusznej atmosferze dżungli i chciałoby się złośliwie powiedzieć: nic dziwnego. Zimbardo już na to wpadł. Tacy jesteśmy. Ale poczułam też ten dziwaczny rodzaj szacunku do czegoś, czego nigdy się nie dotknie, co jest bardzo daleko, do kogoś, kim w głębi jestem, ale odczuwam z tego powodu dyskomfort.
Olka zwróciła mi ostatnio uwagę, że nieładnie mówię o tych ludziach – tubylcy. Owszem, nieładnie. Ale nieładnie mówię też o pacjentach – wariaci i wcale nie robię tego złośliwie.
Dżungla to takie trochę Id. A ja lubię to co dzikie. Lubię prawdę.
Drugą książeczką, również nienapawającą optymizmem była Kronika zapowiedzianej śmierci Marqueza. Trochę Procesu Kafki, trochę barwnego, migotliwego mętliku Hrabala. Człowiek pozostawiony sam sobie. Z planami na przyszłość, które z biegiem czasu stają się coraz bardziej mgliste, by pewnego dnia mleczną skorupą pokryć jego ciało już na zawsze.
Kronikę czytało się przyjemnie (znany od początku finał, słownictwo umniejszające powagę). Mimo tego odczuwało się niepokój. Podobny może do tego, który towarzyszył mi podczas zwiedzania muzeum Kafki. Zagubienie normalnego człowieka w schizofrenicznym świecie? Czy może schizofrenika w normalnym, takim jakim jest, odwiecznym?
Wisienką na torcie ludzkiej nikczemności okazało się przypomnienie sobie w podróży Folwarku zwierzęcego, niedoczytanego w klasie maturalnej. Pamiętam, że Rok 1984 bardzo mi się spodobał, Folwark mnie nie pociągał, ale ponieważ jest krótki, a chciałam odsunąć od siebie myślenie o sesji, więc padło na tą powieść.
Po przeczytaniu tych trzech książeczek wcale nie poczułam się gorzej. Poczułam się bliżej. Mając osobę, którą się kocha świat nie może być do końca zły. Jedni mają zabobony, inni religię, a ja mam spłuczkę książkowego sedesu.
No bo czy można to nazwać optymizmem, Anno, kiedy ja to wszystko widzę? Wzrok mam dobry, słuch mam dobry, mówią, że nawet zbyt, a jednak trawić i wydalać trochę lżej.
Wniosek również taki, że odgrzewane lektury smakują inaczej.
Miało nie być o obozach, ale kto powiedział, że nie może być na smutno. Wybrałam dwie krótkie książeczki. Pierwszą z nich było Jądro ciemności Conrada, również porzucone dawno temu. Czytało się ciężko, ale trud został wynagrodzony. Przyglądałam się powolnemu zapadaniu się w zielone piekło. Dusza białego człowieka rozpłynęła się w dusznej atmosferze dżungli i chciałoby się złośliwie powiedzieć: nic dziwnego. Zimbardo już na to wpadł. Tacy jesteśmy. Ale poczułam też ten dziwaczny rodzaj szacunku do czegoś, czego nigdy się nie dotknie, co jest bardzo daleko, do kogoś, kim w głębi jestem, ale odczuwam z tego powodu dyskomfort.
Olka zwróciła mi ostatnio uwagę, że nieładnie mówię o tych ludziach – tubylcy. Owszem, nieładnie. Ale nieładnie mówię też o pacjentach – wariaci i wcale nie robię tego złośliwie.
Dżungla to takie trochę Id. A ja lubię to co dzikie. Lubię prawdę.
Drugą książeczką, również nienapawającą optymizmem była Kronika zapowiedzianej śmierci Marqueza. Trochę Procesu Kafki, trochę barwnego, migotliwego mętliku Hrabala. Człowiek pozostawiony sam sobie. Z planami na przyszłość, które z biegiem czasu stają się coraz bardziej mgliste, by pewnego dnia mleczną skorupą pokryć jego ciało już na zawsze.
Kronikę czytało się przyjemnie (znany od początku finał, słownictwo umniejszające powagę). Mimo tego odczuwało się niepokój. Podobny może do tego, który towarzyszył mi podczas zwiedzania muzeum Kafki. Zagubienie normalnego człowieka w schizofrenicznym świecie? Czy może schizofrenika w normalnym, takim jakim jest, odwiecznym?
Wisienką na torcie ludzkiej nikczemności okazało się przypomnienie sobie w podróży Folwarku zwierzęcego, niedoczytanego w klasie maturalnej. Pamiętam, że Rok 1984 bardzo mi się spodobał, Folwark mnie nie pociągał, ale ponieważ jest krótki, a chciałam odsunąć od siebie myślenie o sesji, więc padło na tą powieść.
Po przeczytaniu tych trzech książeczek wcale nie poczułam się gorzej. Poczułam się bliżej. Mając osobę, którą się kocha świat nie może być do końca zły. Jedni mają zabobony, inni religię, a ja mam spłuczkę książkowego sedesu.
No bo czy można to nazwać optymizmem, Anno, kiedy ja to wszystko widzę? Wzrok mam dobry, słuch mam dobry, mówią, że nawet zbyt, a jednak trawić i wydalać trochę lżej.
Wniosek również taki, że odgrzewane lektury smakują inaczej.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

