Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Herzog Werner. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Herzog Werner. Pokaż wszystkie posty

11 lutego 2010

Świetlicki, Herzog, Bralczyk



„…mam to na końcu języka, / mój język nie ma końca” pisze Marcin Świetlicki. A potem dodaje: „to jest zwyczajnie historia o człowieku, / który uparcie pisze, chociaż wszystkie klisze / już prześwietliły się”.

Z jednej strony odczuwa upływający czas, z drugiej podkreśla, że nie przestanie pisać.

Dotrzymuje słowa. Choć jego ostatni tomik Niskie pobudki w moim odczuciu jest gorszy od poprzednich, to cieszę się, że pisze nadal. Sam sposób jego pisania pobudza mnie do myślenia, nawet jeśli wiersze podobają mi się mniej.

W Niskich pobudkach jest sporo odniesień do ludzi, których nie znam. Poza tym jest tam wiele krótkich form i dużo powtórzeń, które jednak nie rażą.

Wśród wierszy, na które zwróciłam uwagę jest np. MINIMALIZM :

Budzę się z bezsenności, oczekuję burzy.
Boże, daj burzę! Niech się każdy kontur
wyostrzy! Niech to błyśnie,
a potem choćby poczernieje, zdechnie!

Dla jednego błysku,
Boże, daj burzę, dla jednej eksplozji!
Byłem cierpliwy, wytrzymałem wiele
upalnych, mętnych godzin.

Jedną czystą sekundę daj.


W innym wierszu ładnie napisał o życiu:

KRÓTKO, ALE INTENSYWNIE

Krótko, ale intensywnie.
Co zostaje?
Zostaje ugryzienie, zadrapanie.
Zostaje dziura wypalona w czymś.

Krótko, ale intensywnie.
Co zostaje?
Parasol pod stołem.
Zostaje ugryzienie, zadrapanie.
To zostaje.

Na koniec odważne wyznanie.

DLATEGO, ŻE MNIE
NIE CHCESZ


Dlatego, że mnie nie chcesz,
znajdę robotę w telefonii,
znajdę robotę w tefałenie,
znajdę robotę w bankowości,
dlatego, że mnie nie chcesz.
Dlatego, że mnie nie chcesz,
będę dodatkiem do kolorowych
pism dla gospodyń domowych,
dlatego, że mnie nie chcesz.
Dlatego, że mnie nie chcesz,
wypalę na raz siedem paczek
papierosów superlights
mentolowych.
Dlatego, że mnie nie chcesz,
wymieszam piwo z red bullem
i będę żywił się wyłącznie
w centrach handlowych,
dlatego, że mnie nie chcesz.
Dlatego, że mnie nie chcesz,
znajdę robotę w telefonii,
znajdę robotę w bankowości,
znajdę robotę w tefałenie,
bo wszyscy już tam robią.
I zrobię laskę prezesowi,
i zrobię laskę prezesowej,
bo wszyscy to robią,
dlatego, że mnie nie chcesz…

Cały świat przeciwko niemu, bo ona go nie chce. Fajnie to napisał. :)

I jeszcze zdanie, które mnie zastanowiło:

Wakacje spędzam / jak płód.

To bardziej tragiczne czy przyjemne? Sama nie wiem.
Czekam na kolejny tomik.




„W małym miasteczku nad rozległym stawem…”
Potem scena z poniżaniem żołnierza, Franza Woyzecka. I wtedy się zaczyna. Ten film jest ciężki jak ołów. Klaus Kinski bardzo ekspresyjnie zagrał człowieka ogarniętego obłędem. Człowieka, którego źle traktuje przełożony, żona zdradza, a miejscowy lekarz przeprowadza na nim eksperymenty. A może mu się wydaje? Może to film o chorym człowieku, któremu wydaje się, że żona go zdradza, że inni chcą mu zrobić krzywdę? Jedno jest pewne. Franz cały czas się boi. Strach dyktuje mu sposób zachowania – jest szybki, spięty, wiecznie gdzieś goni. Może więc główną rolę gra tutaj lęk. A może po prostu to historia o tym, że każda psychika ma swoje granice wytrzymałości.
Uniosłam ciężar kolejnego filmu Mistrza. Klaus Kinski miał tak smutne oczy, jak wtedy, gdy grał Nosferatu i wypowiadał genialne słowa:
„Czas jest otchłanią sięgającą głębi tysiąca nocy. Mijają wieki. To straszne, gdy nie można się zestarzeć. Śmierć to nie wszystko. Są rzeczy straszniejsze. Wyobraża pan sobie, że można przeżyć wieki i wciąż doświadczać tej samej marności?”.
Woyzeck mniej mi się podobał niż Stroszek, ale do tej pory Herzog mnie jeszcze nie zawiódł. Odetchnę przed kolejnym jego filmem, bo w nadmiarze mogą szkodzić na układ nerwowy. :P




Pamiętam pewną lekcję polskiego. Było to w którejś z klas 1-3. Uczyliśmy się wtedy czytać z białego elementarza z czarnowłosą Dorotką na okładce. Pani kazała wyszukać w tekście słowo, w którym dwie takie same spółgłoski stoją obok siebie albo takie, które przenosi się zostawiając spółgłoskę na końcu jednej linijki, a drugą, taką samą zapisuje w kolejnej linijce – nie pamiętam już dokładnie polecenia. W każdym razie nikt z klasy nie wiedział, a ja powiedziałam: sukiennice. Byłam z siebie bardzo zadowolona, pamiętam to uczucie do dziś. Już wtedy język polski stał w wyraźnej opozycji do matematyki (królowej nauk nie zrozumiałam nigdy), już wtedy budził we mnie jakieś uczucia. Lubiłam też dyktanda. I jak do tej pory wcale mi nie przeszło. Ostatnio postanowiłam sięgnąć po książkę Słowo o słowie, żeby dowiedzieć się o naszym języku trochę więcej.

Profesor Bralczyk pokazał mi język polski jako dynamiczną strukturę, która wciąż się zmienia i na którą my, zwykli użytkownicy mamy wpływ. Bo jeśli jakieś słowo wejdzie do użycia, to prędzej czy później pojawi się w słowniku. Oczywiście, jeśli tym słowem będzie się posługiwać bardzo dużo ludzi. Z jednej strony jest to wygodne, bo jeśli użyjemy słowa rzadkiego, to jednak nie popełnimy błędu. Z drugiej – to ciągły bałagan.

Co mnie zaskoczyło w książce Słowo o słowie?

1. odmiana nazwiska Dali. Nie ma Dalego. Mój słownik poprawnej polszczyzny PWN z 2002 roku podaje, że Dali się nie odmienia.
2. odmiana słowa blog – prof. proponuje blogu, a słyszy się raczej bloga
3. podobnie jest z smsem czy mailem. Poprawnie byłoby wysyłamy sms, wysyłamy mail. Ale kto tak mówi?
3. nazwisko małżeństwa zapisujemy Nowakowie, Prętcy (kiedyś adresując kartkę do dziadków, ktoś zwrócił mi uwagę, że zapisując nazwisko, powinnam użyć liczby pojedynczej, a może to jeszcze inna sprawa?)
4. dopełniacz słów dobranoc i Rzeczpospolita – dobrejnocy i Rzeczypospolitej. W mianowniku nie powinniśmy pisać Rzeczypospolita – to jeszcze jest zrozumiałe. Muszę przyznać, że zaskoczyła mnie forma dobrejnocy. Sprawdziłam w słowniku, który podaje: życzyć komuś dobrej nocy.
5. zdrobnienie od kakao – kakałko
6. nie zdawałam sobie sprawy, że o ile ze słowem doktor sprawa jest prosta, nie ma tego dra lub dr., to z kobietą doktorem jest zawsze tak samo: tu stoi pani dr, porozmawiam z panią dr, nie ma tutaj pani dr, żadnych kropek. Niby logiczne, ale wcześniej się nad tym nie zastanawiałam.
7. w potocznym języku funkcjonuje forma tych uczni. Zajrzałam do słownika, jest dopuszczalna. Jak dla mnie kosmos.
8. podobnie było z formą protokółu. Dałabym sobie rękę uciąć, że tylko protokołu jest poprawnie. Już bym nie miała ręki.
9. dopełniacz liczby mnogiej od zło czy tło. Tych zeł, tych teł, śmiesznie brzmi.
10. półtora roku temu, półtorej tylko z rzeczownikami w rodzaju żeńskim. Tutaj często robiłam błąd.
11. te postaci, te postacie – obie formy poprawne, ale kiedy mamy liczebnik, to już tylko (np. 3) postacie
12. uderzyć się w palec, robiłam błąd mówiąc uderzyłam się w palca
13. Mrówka obeszła górę – góra została przez mrówkę obeszła. Tak, właśnie tak!
14. ubranie nakładamy lub wkładamy. Założyć marynarkę to już błąd!
15. istnieją formy Litewka i Łotewka. Ale ja ich nigdy nie użyję.
16. istnieją także takie słowa jak: widź – od widzieć, móż – od móc, muś – od musieć
17. ścichapęk – ktoś, kto się skromnie zachowuje, ale czasem nagle powie głośniej coś trafnego, funkcjonuje także jako przymiotnik – on jest taki z cicha pęk albo przysłówek – odezwał się z cicha pęk. Pierwsze słyszę :)
18. słowo patrzał jest poprawne
19. chłopacy – to słowo jest dopuszczalne.

Co mnie uspokoiło:

1. piszemy romantyzmie, czytamy romantyźmie
2. w wyrazie analiza akcent pada na „li”, a nie na „na”, w wyrazie nauka na „u”, a nie na „a”
3. ha ha ha i cha cha cha – obie formy poprawne (za którąś z nich, nie pamiętam już którą, dostałam kiedyś w podstawówce 2 z dyktanda – pani policzyła mi to jako 3 błędy :-) )
4. Nowy Rok to jeden dzień. Nie życzymy komuś szczęśliwego jednego dnia, tylko wszystkich, a więc szczęśliwego nowego roku – tak jest dobrze
5. kisielu, nie kiślu
6. meczów, koców
7. psychologowie, psycholodzy – obie formy poprawne
8. pół do dwunastej, wpół do dwunastej – tutaj tak samo
9. wymyślił – wymyślić, nienawidzi – nienawidzić, i tylko tak jest dobrze.

I pomyśleć, że za kilka lat, szlag trafi moje przemyślenia. A już dla obcokrajowców – to nie do nauczenia. Wszystkiego nie chciało mi się sprawdzać w słowniku. Być może prof. Bralczyk, jak każdy człowiek, czasem się myli. Zresztą przeważnie podaje, co jest lepsze, a co nie, rzadziej co jest zabronione. Czytając, często doznawałam szoku, bo to co wydawało mi się stuprocentowym błędem, jest jednak dopuszczalne. Dziwny ten nasz język. Ale i tak go kocham.

Jeszcze jedna uwaga. Pewnie w tym tekście zrobiłam wiele błędów językowych. Ha ha ha! (Cha cha cha!) :D

29 stycznia 2010

Biofilia

- miłość życia. To, czego w sesji rozpaczliwie poszukuje student. :D

Dopóki nie zaliczę wszystkich egzaminów, czytanie „moich rzeczy” odpada. Ale filmów jak zwykle sobie nie odmawiam. Tak się złożyło, że w styczniu obejrzałam kilka polskich. Przeważnie były to filmy o polskiej patologii.




Film o odchodzeniu i o tym, jak sobie z tym odchodzeniem radzą bliscy. Oglądając go, nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że pani reżyser gra na moich emocjach i robi to w jakiś trudny do wytłumaczenia, brudny sposób. Były tam sceny komiczne, które miały rozładować napięcie – to mi się podobało, bo człowiek nie może być cały czas poważny, nawet w obliczu tragedii. Temat przewodni - widok osoby w agonii, wiwisekcja cierpienia jest o tyle ciekawy, co ryzykowny. Udało się go zrealizować twórcy filmu pt. Dowcip o umierającej badaczce XVII-wiecznej poezji, która wypowiada niesamowite, skontrastowane ze swoją pasją słowa: „Teraz jest czas prostoty”. O śmierci opowiedział też dobrze Krzysztof Zanussi w filmie pt. Życie jako śmiertelna choroba przenoszona drogą płciową. Oglądając te filmy nie czuło się takiego: „zobacz, co to cierpienie, bo nie zdajesz sobie sprawy, czym ono jest”. 33 sceny z życia zdawały się przemawiać do mnie w taki właśnie sposób. Z drugiej strony jest to film bolesny. Bolesny może być tylko obraz, który robi wrażenie i wzbudza emocje, więc tego odmówić mu nie można. Zabolał. Zdenerwował mnie i sprawił, że od razu po obejrzeniu, kompletnie nie wiedziałam, co mam o nim myśleć. Nie chce mi się go oglądać po raz drugi. Nie podobało mi się również to, że jedną z głównych ról zagrała obcojęzyczna aktorka. To nie był dobry pomysł.




Opowieść o nadszarpniętym zaufaniu. Żona przypadkowo dowiaduje się, że mąż przez długie lata był z nią tylko po to, żeby donosić władzom na teścia. Początkowo w to nie wierzy, ale z czasem jej życie staje się studium rosnącej podejrzliwości, a później obrzydzenia. Historia jest pokazana realistycznie. Jadwiga Jankowska-Cieślak w roli kobiety ogarniętej obłędem – bardzo przekonująca. Film nie porywa, ale jest ok. Spokojnie, na psychice pozostawia tylko małą ryskę.




W kategorii filmów o patologii, ten powinien zdobyć Złotą Patelnię. Pijaństwo, siekiery, głęboki PRL, kobieta jako kura domowa, przemoc domowa, zacofanie, sodoma i gomora. Może miał być Dom zły – budynek, w którym rozgrywa się akcja - metaforą naszego złego kraju, artystycznym symbolem upadku Polaka. Ja w tym filmie nie zobaczyłam nic artystycznego. Choć tak bardzo chciałam :). Aha, jeszcze jedno. Do Tarantino i Fargo to on się nie umywa.

A oto filmy, które wzbudziły we mnie pozytywne emocje:



Spodziewałam się zwykłej bajki, a ona była niezwykła :). Zgorzkniałeś? Wydaje Ci się, że nie masz marzeń? Smutno Ci? Masz zły dzień? Obejrzyj. To prawie jak terapia. :D




On śpiewa i gra na gitarze. Ona śpiewa i gra na pianinie. W pewnym momencie swojego życia spotykają się i mają fajny prawie-romans. Bardzo subtelny obraz, chociaż końcówka mnie zdenerwowała. Ładna muzyka. Polecam.




Dokument Herzoga o ludziach, którzy wyjechali na Antarktydę w poszukiwaniu sensu życia. Jest tam filozof, który został operatorem wózka widłowego i lingwista, który hoduje w szklarni pomidory. Są ludzie, którzy z pasją badają wulkany, nurkują, odkrywając nowe żyjątka lub opowiadają o tym, że Antarktyda nie jest martwa, że porusza się w każdej chwili. Ta podróż strasznie mi się podobała.

Filmowe znieczulenie przestało działać, pora wracać do nauki. :-)

16 listopada 2009

Stroszek

Są takie filmy, których nie chce się oglądać drugi raz (i nie mam tu na myśli polskich komedii romantycznych). Mam na myśli filmy bolesne, ocierające się o surrealizm, ale jakże realistycznie ukazujące ludzkie zło. I nieprzystosowanie wynikające z inności. Takim filmem jest Stroszek.

Po obejrzeniu Zagadki Kaspara Hausera zainteresowałam się grającym główną rolę w tym dramacie Brunonem S. Sam Herzog zobaczył go po raz pierwszy w dokumencie o grajkach ulicznych. Zagadka… odniosła sukces, a Bruno – choć ciężko było z nim współpracować, bo jest człowiekiem chorym psychicznie – miał zagrać również rolę w Woyzecku. Kiedy jednak reżyser zmienił zdanie i powierzył ją komu innemu, chcąc zrekompensować złamaną obietnicę, napisał w 4 dni scenariusz do innego filmu, opartego na życiorysie Brunona.

Bruno zagrał berlińskiego grajka ulicznego o umyśle dziecka - Brunona Stroszka, który właśnie zakończył odsiadkę za przestępstwa popełnione po alkoholu. Nie chciał właściwie wychodzić z więzienia, bo nie wiedział jak żyć na wolności. Wiedział jednak, że ma dokąd wracać – jego mieszkania pilnował sąsiad, zafascynowany magnetyzmem zwierzęcym staruszek Scheitz. Jest jeszcze znajoma prostytutka - Eva, którą Stroszek będzie próbował wyciągnąć ze złego towarzystwa. Zapłaci za to wysoką cenę. Byli klienci Evy brutalnie ją prześladują (ona zaś wciąż do nich wraca), a od tej pory nie dadzą spokoju także jemu. Mamy więc trójkę dziwolągów i okrutny, pełen niebezpieczeństw i obojętności świat.

Scheitz ma kuzyna w Ameryce, rodzi się pomysł ucieczki z berlińskiego piekła. Eva szybko zarabia brakującą sumę i wszyscy troje wyruszają w podróż. Na początku jest całkiem nieźle. Mają gdzie mieszkać, Eva pracuje jako kelnerka, Stroszek jako mechanik. American dream jednak się nie spełnia, w końcu zaczyna brakować pieniędzy. Eva prostytuuje się jak dawniej, do Stroszka średnio dociera to, jaką Eva jest kobietą, bo bardzo potrzebuje jej bliskości. Chce spać z nią w jednym pokoju, ale ona mówi, że nigdy nie miała swojego kąta i woli samotność. Będąc w pracy Stroszek wypowiada słowa: „Nie ma nadziei”. Wkrótce dochodzi do licytacji ich domu. Eva odchodzi od niego na zawsze.

Brzmi to wszystko dosyć trywialnie. Do tego momentu jest to przygnębiający obraz samotnych ludzi w smutnym i brudnym świecie. Ale nie rozumiałam, dlaczego wokalista Joy Division, Ian Curtis, popełnił po jego obejrzeniu samobójstwo (oglądając nie pamiętałam już jaka scena ze Stroszka była ukazana w Control), dopóki nie popatrzyłam na ostatnie sceny.

Pozbawiony nadziei Stroszek wyrusza w ostatnią podróż. Po drodze psuje mu się samochód. Zostawia go, jeżdżącego w kółko i idzie na wesołe miasteczko. Tam widzi zwierzęta – tańczące, grające na instrumentach – są one rażone prądem. „Muzykalne”, zamknięte w klatkach. Zupełnie jak Bruno. Włącza wyciąg krzesełkowy i wsiada tam ze strzelbą. Z tyłu krzesełka widnieje napis: Is this really me! Niedługo potem używa strzelby.

Film obfituje w wiele groteskowych scen, ale to chyba dodaje mu jeszcze prawdziwości.
Bruno Schleinstein, tak jak tytułowy bohater, był wyrzutkiem społeczeństwa. Jako małe dziecko porzucony przez matkę prostytutkę, większość życia spędził w przytułkach i więzieniach. Schizofrenik, analfabeta i uliczny artysta. Dzisiaj ma 77 lat i nie mam pojęcia, co się z nim dzieje. W 2003 roku powstał dokument o nim, ale raczej nie uda mi się do niego dotrzeć.

Pisząc o filmie Herzoga nie mogę nie wspomnieć o muzyce. W Stroszku była ładna, podczas pobytu w Ameryce celowo dosyć śmieszna, ale w Zagadce… – naprawdę niesamowita. I te słowa, od których zaczyna się film: „Czyż nie słyszycie wokół tego strasznego krzyku, który zwykło się nazywać ciszą?” z fragmentem Kanonu D-dur Pachelbela w tle... :) W Stroszku pada za to jedno bardzo pozytywne zdanie, które sobie zapisałam: „Jeśli czegoś pragniesz, nigdy nie jesteś za stary”. To nic, że wypowiada je Eva. Tym razem wykazała się mądrością. I tego optymistycznego akcentu, chwyciłam się - niczym tonący brzytwy - po obejrzeniu tego pozbawiającego złudzeń obrazu. :)