Czekałam
osiem lat, aż moja matka znowu przyjedzie do Krakowa. Po "aferze
rzymskiej" długo myślałam, że to już nigdy nie będzie możliwe. Mój
pomysł, żeby zintegrować dwie ważne kobiety - matkę i partnerkę - okazał
się katastrofą. Potem był najdłuższy czas, kiedy nie odzywałam się do
matki. Od października do wigilii. W wigilię zadzwoniła. Byłam wtedy w
pracy, niewielu seniorów, bo przed świętami mało kto przyjeżdżał do
ośrodka. D. widziała, ile mnie kosztowała rozmowa z nią.
Taki był mój pierwszy raz z Włochami. Myślałam, że matka wyląduje w
psychiatryku, bo bardzo szalała. Piękno Rzymu było do tego epickim tłem.
Ale wtedy było mało śmiesznie.
Tak to już jest ze znerwicowanymi matkami jedynaczek.
Ale teraz się udało. Zabrałam ją do opery, restauracji i kawiarni.
Znosiłam jej krytyczne komentarze, ale były też chwile, że widziałam na
jej twarzy zachwyt. W operze był humor i przede wszystkim bal, a to
trafiło w jej gusta. Fakt, bal był zjawiskowy.
Czy można mieć bliską relację, a jednocześnie zdawać sobie sprawę z
wyparcia matki dotyczącego przeszłości? Myślę, że tak, chociaż są trudne
momenty. Czasami zastanawiam się, czy nie realizuję jej marzeń. O
wychodzeniu, podróżach, życiu w większym mieście. Ale to też ja. Na
pewno to też ja.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz