Moja
ambiwalentna relacja z naturą od dzieciństwa naznaczona jest zmaganiem z
komarami. Nigdy nie byłam wielką fanką lasów ani jezior, bo po spacerze
miałam wielkie i okrutnie swędzące bąble na nogach. Z czasem zmieniały
kolor z czerwonego na fioletowy. Nie dało się ich nie drapać. Pamiętam
bandaże śmierdzące octem (pomagał na świąd i opuchliznę!).
Dlatego tak
przemówił do mnie fragment książki "Dzikie kakao. Wyprawa do źródeł
czekolady" Rowana Jacobsena, który poniżej zacytuję. Od podróży do
dżungli amazońskiej zdecydowanie wolałabym podróż do jakiegoś dużego
miasta w Ameryce Południowej. (A kwiatki na balkonie sadzi J, bo
grzebania w ziemi też nie lubię ;)).
<<Jestem zatem rad, że wody jest tak dużo, bo nie grozi nam rozdarcie
kadłuba, ale mam jeszcze jedno zmartwienie, które mogłoby się wydawać
błahostką, gdyby nie to, co czytam w dziennikach dawnych odkrywców.
Zmagając się codziennie z mnóstwem przeciwności, począwszy od spiekoty,
przez choroby, na atakach tubylców kończąc, część grozy swoich relacji
zachowywali na opisy meszek, zwanych w Brazylii pium, zdolnych złamać
nawet najtwardszych podróżników. "Gdy przez cały dzień atakują meszki
pium, a przez całą noc komary, odpoczynek jest prawie niemożliwy", pisał
William Chandless w raporcie dla Królewskiego Towarzystwa
Geograficznego w 1866 roku, "i człowiek miota się tam i z powrotem,
jakby znajdował się między bramą piekła a Acheronem".
W tej kwestii Luisa nie ma dla mnie dobrych informacji i przyznaje, że
nawet wielu mieszkańców Amazonii unika tego regionu z powodu meszek. "Są
wredne i tyle" - mówi. "Po ich ukąszeniu zostają takie małe ranki. Ale
gdy zaczniesz je drapać, będzie jeszcze gorzej".>>

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz