13 lipca 2026

Natura

Moja ambiwalentna relacja z naturą od dzieciństwa naznaczona jest zmaganiem z komarami. Nigdy nie byłam wielką fanką lasów ani jezior, bo po spacerze miałam wielkie i okrutnie swędzące bąble na nogach. Z czasem zmieniały kolor z czerwonego na fioletowy. Nie dało się ich nie drapać. Pamiętam bandaże śmierdzące octem (pomagał na świąd i opuchliznę!). 
 
Dlatego tak przemówił do mnie fragment książki "Dzikie kakao. Wyprawa do źródeł czekolady" Rowana Jacobsena, który poniżej zacytuję. Od podróży do dżungli amazońskiej zdecydowanie wolałabym podróż do jakiegoś dużego miasta w Ameryce Południowej. (A kwiatki na balkonie sadzi J, bo grzebania w ziemi też nie lubię ;)). 
 
<<Jestem zatem rad, że wody jest tak dużo, bo nie grozi nam rozdarcie kadłuba, ale mam jeszcze jedno zmartwienie, które mogłoby się wydawać błahostką, gdyby nie to, co czytam w dziennikach dawnych odkrywców. Zmagając się codziennie z mnóstwem przeciwności, począwszy od spiekoty, przez choroby, na atakach tubylców kończąc, część grozy swoich relacji zachowywali na opisy meszek, zwanych w Brazylii pium, zdolnych złamać nawet najtwardszych podróżników. "Gdy przez cały dzień atakują meszki pium, a przez całą noc komary, odpoczynek jest prawie niemożliwy", pisał William Chandless w raporcie dla Królewskiego Towarzystwa Geograficznego w 1866 roku, "i człowiek miota się tam i z powrotem, jakby znajdował się między bramą piekła a Acheronem". 
 
W tej kwestii Luisa nie ma dla mnie dobrych informacji i przyznaje, że nawet wielu mieszkańców Amazonii unika tego regionu z powodu meszek. "Są wredne i tyle" - mówi. "Po ich ukąszeniu zostają takie małe ranki. Ale gdy zaczniesz je drapać, będzie jeszcze gorzej".>>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz