22 lutego 2015

Magdalena Grzebałkowska „Beksińscy. Portret podwójny”

Wczoraj minęło 10 lat od śmierci Zdzisława Beksińskiego. Dlatego zależało mi, żeby poprzedniej nocy skończyć czytać reportaż Grzebałkowskiej (zaspałam przez to trochę na sobotnie zajęcia).

Ekstrawagancki ojciec i jeszcze bardziej ekstrawagancki (zaburzony?) syn szukali porozumienia przez całe swoje życie. Nie lubię mówić, że ktoś był skazany na samobójstwo, ale od kiedy lepiej poznałam historię Tomasza, nie mogę opędzić się od takiej myśli. Podobnie było z Wojaczkiem. Czuła, uległa matka i ojciec emocjonalnie oddalony od syna. Myślę, że Tomasz miał poważne zaburzenia osobowości, od dzieciństwa zachowywał się nietypowo.

Poza tym utkwiły mi w głowie jego słowa o pewnej kobiecie (jednej z wielu, w których był zakochany): „Wydaje mi się, że niechcący udowodniliśmy sobie, że byliśmy parą kochanków dobranych lepiej niż Romeo i Julia, ale nie stworzonych do dzielenia wspólnego domu, bo wtedy zaczęłyby się schody” (s. 365). Kiedy je przeczytałam, pomyślałam sobie: ma rację. Wspólne życie polega na czymś więcej niż romantycznych randkach i zachwytach nad sobą. Tylko że te „schody” też mogą zaprowadzić ludzi w różne miejsca, niekoniecznie w nudę, rutynę i same problemy. Dla niego nawet samo wejście na schody było chyba zbyt trudne.

Jego ojciec jawi mi się za to jako ciepły człowiek, mimo tego, że nie potrafił zbudować z nim czułej relacji i jak głosi okładka, nigdy go nie przytulił. Miał swoje dziwactwa, ale kochał żonę i syna. Zaciekawiło mnie bardzo jego podejście do własnej twórczości. Często kpił sobie z górnolotnych interpretacji swoich obrazów, twierdził, że nie mają one żadnego związku z traumą wojny czy wizją obozów koncentracyjnych. Rozmawiałam o tym z Jowitą. Zapytałam ją jak to jest, że artysta mówi jedno, a krytycy drugie.

Prawda leży prawdopodobnie gdzieś pośrodku. Artysta niczego nie maluje przypadkowo, żyje w danym okresie, w danej rzeczywistości, poszczególne nurty w sztuce nie są oderwane od siebie i całkowicie oryginalne. Z drugiej strony nigdy nie można lekceważyć słów twórcy.

Beksiński odcinał się od tematyki śmierci, strachu, wojny. Ale przecież przeżył wojnę, wiele jego zachowań było podszytych lękiem. Te fantastyczne i przerażające wizje miały swój początek w jego głowie, w jego uczuciach.

Dzięki tej książce mogłam trochę lepiej go poznać. Z moją skłonnością do idealizacji, wcześniej widziałam go jako niedostępnego dziwaka w pieczarze, który żyje tylko twórczością. A on przecież zdobył wykształcenie techniczne, zmagał się z biedą, malowaniem zarabiał na życie. To nie umniejszyło jego ważności. Dalej jest dla mnie niesamowicie interesującym człowiekiem.

Bardzo chciałabym zobaczyć jego obrazy. Miałam okazję dwa lata temu w maju, kiedy byłam na objeździe z etnologii i w Sanoku popsuł się nam autobus. Ale muzeum akurat wtedy było zamknięte. W Krakowie ma podobno powstać stała wystawa jego obrazów. Już czekam.

20 lutego 2015

Wstęp

Lubię czytać na głos. Zdałam sobie z tego sprawę dopiero teraz, chociaż w zasadzie robię to od dzieciństwa. Ale tylko jak jestem sama.

Lubię też tańczyć, kiedy jestem sama. Skakać i patrzeć na swoje odbicie w szybce od regału albo drzwi.

Pomyślałam o tym akurat dzisiaj, bo zaczyna się nowy etap w moim życiu. Beznadzieja i smutek bezrobocia po studiach idą w zapomnienie. 3 marca zaczynam swoją pierwszą pracę.
Bycie samej w mieszkaniu nie będzie już dla mnie koszmarem. Może znowu mi się spodoba?

Te najbliższe dni są jak wstęp do książki. Niby człowiek dowiaduje się, o co będzie w niej chodziło, ale tak naprawdę nie wie jeszcze nic.
Czekam z niecierpliwością i kończę zarzuconych wcześniej „Beksińskich”.

28 stycznia 2015

Diagnoza

Zaczytuję się Diagnozą psychoanalityczną Nancy McWilliams. Psychoanaliza pociąga mnie od bardzo dawna, a w tej książce podana jest w bardzo strawny i zrozumiały sposób.

Oprócz ogromu wiedzy bardzo pomocnej w terapii pacjentów, oprócz opisów zaburzeń, które standardowo widzę w sobie, znajduję tam informacje o możliwych uczuciach terapeuty.
I tak dowiedziałam się, że:

1. Przyznanie się terapeuty do błędu jest dobre, bo jest dowodem dla pacjenta, że prawidłowo postrzega rzeczywistość, a pomyłki zdarzają się każdemu i nie ma w tym nic nadzwyczajnego.
2. Idealna empatia i autentyczność nie są możliwe, bo nikt nie jest doskonały (swoją drogą ciekawe jak czuł się z własnymi pomyłkami Carl Rogers, który lansował pogląd przeciwny).
3. „Powszechnie wiadomo, że w szkole medycznej lub na szkoleniu psychoterapeutycznym zdolne, autonomiczne osoby dorosłe zaczynają się czuć jak niekompetentne dzieci” – to zdanie tak mnie ucieszyło, że przeczytałam je kilka razy na głos.
4. Leczenie osób z pewnymi zaburzeniami jest na tyle trudne, że niektórzy nigdy się w tym nie odnajdą i nie oznacza to, że są złymi terapeutami.

Łechtam się tymi stwierdzeniami i myślę sobie, że tak jak kiedyś idealizowałam Annę (terapeutka-anioł, która nie robi kupy), tak teraz chciałam zrobić to samo z wyobrażeniem siebie jako przyszłej terapeutki. Uczynić z tego zawodu jakiś kamienny posąg. Okropne.

Chcę przestać.